Выбрать главу

– Sprawdzałam, kto z was mógł to zrobić. Wyszło, że prawie każdy, ale najbardziej Lesik. A Krzysiek nie miał powodu. Parę razy zostawiałam go przy otwartej walizce.

– Nie bardzo rozumiem, co ma do rzeczy…

– Film – przerwała mi. – Zrobiłam zdjęcie tego śmigłowca.

Natychmiast rozjaśniło mi się w głowie. Nie było to olśnienie z gatunku radosnych.

– Znalazł?

– Wyglądam na blondynkę? – poklepała się z dumą po kieszeni.

– Nie oddała go pani Filipiakowi?!

– Od razu widać, że nie jest pan dziennikarzem. A poza tym w jego kieszeń częściej celują. Ja głównie dekuję się na tyłach.

Zastanawiałem się nad tym przez chwilę. O dziesiątki godzin za późno – pewnie dlatego byłem zły.

– Nie maluje pani czasem włosów? – warknąłem. Uniosła brwi, wyraźnie zbita z tropu. – Przecież jeśli ten skurwysyn wie o filmie i zaczął go szukać na chama… Co, nie rozumie pani?

– Rozumiem – powiedziała spokojnie. – Nie chodzę sama nigdzie, gdzie można by mnie wybebeszyć jak moją walizkę.

– Guzik pani rozumie. To zaszło o wiele dalej. Nie da się już zatuszować sprawy. Można tylko wybić prokuratorowi broń z ręki. A dla prokuratora gołe zdjęcie, choćby i idealnej jakości, nic nie znaczy. W załączniku musi mieć jeszcze autora, który zezna przed sądem, gdzie i kiedy je zrobił. – Jej twarz znieruchomiała. – Dekowanie się na tyłach może nie wystarczyć. Zabić tu kogoś i przeszukać trupa to problem, ale tylko zabić… Zdobyczna broń, strzał z daleka i po sprawie.

– Zdobyczna?

– Filipiak ma wojnę na głowie, ale wydłubać ze zwłok kulę to niewielki problem. Morderca nie użyje własnego karabinu.

Oswajała się przez chwilę ze swą nową rolą zwierzyny łownej.

– Będę uważać – obiecała w końcu. – Zresztą Krzysiek już teraz… Nawet wysikać się nie mogę sama. Cholera – zaklęła. – Też musiał na to wpaść. Tylko mi, drań, słowa nie pisnął. Zabiję go.

– Ufa mu pani? Na sto procent?

Dźwignęła się z worka, w roztargnieniu otrzepała szorty.

– Modlę się, żeby to nie był on – powiedziała ze śmiertelną powagą. – Ale pewności nie mam. Trochę jednak spałam tamtej nocy.

– Co pani właściwie o nim wie?

– Że zawsze chciał latać – uśmiechnęła się. – I zawsze śmigłowcami. Ojciec pracuje w Świdniku, rodzina matki też. Miał iść do wojska, ale coś nie wyszło. Licencję zrobił w Stanach. Ma tam krewnych, wyjechał, pracował, omal nie został. Parę lat temu załapał się do APH. To taka amerykańsko-polska spółka świadcząca usługi na rynku lotniczym. Promuje między innymi nasze sokoły, samoloty rolnicze… Właściwie to zajmuje się wszystkim po trochu, między innymi pośrednictwem pracy dla pilotów. Tutaj załatwili sobie kontrakty z paroma ministerstwami. Nic wielkiego, ale Krzysiek ma niedługo awansować na głównego przedstawiciela firmy na Północną Afrykę. – Poszerzyła uśmiech. – Tak że nie kotłuję się na tylnym siedzeniu z byle kim. Zarabia więcej ode mnie, jest bardzo męski, inteligentny, przystojny jak cholera i ma słabość do sławnych dziennikarek. Myśli pan, że zachowuję się jak idiotka?

Rozumiałem pytanie. Mógłbym się odwzajemnić identycznym.

– Nie – powiedziałem z przekonaniem. – Chyba naprawdę… Mógłby sobie znaleźć milion innych, pewnie. Ale pani też nie jest trzecia liga. Pod tym względem akurat bym mu wierzył.

– Dzięki. – Dałbym głowę, że się zarumieniła. Ruszyła w stronę wyjścia z siatkowego namiotu, odwróciła się jednak po trzech krokach. Nie widziałem jej twarzy. – A propos zdobycznej broni… Wie pan, że uratował panu życie?

– Proszę?

– Ten facet z nożem… To Krzysiek go zastrzelił. Trochę wcześniej dostał w ramię, ledwie się trzymał na nogach, karabinu w ogóle nie mógł utrzymać… Ale biliście się, widać było, że zaraz będzie po panu, więc wyskoczył z okopu i… Tam leżał jakiś pistolet. Któryś z Somalijczyków musiał zgubić. Miał pan szczęście.

– Chyba tak – przyznałem. – Niech mu pani da porządnego całusa. Ode mnie.

*

Stali we trzech u podnóża północnego stoku, parę kroków od napiętej liny, nawijającej się na wyciągarkę honkera.

– Jak pęknie, to po was – rzuciłem na powitanie. – A gdzie BHP?

– Zmartwychwstał pan? – Filipiak obrzucił mnie niemal wrogim spojrzeniem. – Kto was tak urządził? – Rozłożyłem ręce. – Tak myślałem.

Rozejrzałem się po sawannie. Gdzieniegdzie płonęła. Raczej od ostrzału, ale pewnie trochę i od sypiących się z oczu iskier oraz słownych gromów. Zjawiłem się w złym momencie.

– No i ubył nam ostatni leżący – warknął Ciołkosz.

– I co z tego? – Filipiak lepiej panował nad głosem, ale było to opanowanie kotła z buzującą wewnątrz parą.

– Nie będę nadstawiał dupy dla pustej ciężarówki.

– A co z twoimi kochanymi zapasami? Nagle się zrobiły be?

– Wody i tak nie ma, a bez reszty przeżyjemy. Zresztą to trup.

– Tak jak sanitarka i wóz Hanusika. Nie dociera do ciebie, że musimy jechać wszystkim, żeby coś w ogóle dojechało?

– Jasne. – Ciołkosz wepchnął między zęby jarzący się niedopałek, który jakimś cudem przetrwał nerwowe miętoszenie w dłoni. – Też się pod tym piszę. Ale ja starem nie jadę. Zapomnij o tym.

– Zabrakło kierowców? – zapytałem mało inteligentnie.

– Wała tam zabrakło! Po prostu najlepszego pan porucznik dla siebie chapnął. – Sierżant zaciągnął się tak, że omal nie podpalił wąsów.

– Potrzebuję dobrego kierowcy na beerdeema.

– Powiedz to komuś z zawodowym prawkiem. Nie mnie.

– Nie rób mnie w chuja, dobrze? Prowadziłeś ciężarówki, jak Bubula z pieluchą biegał.

– Nawet nie mam prawa jazdy.

– Bo o jeden raz za dużo zalałeś pałę! Ale mózgu ci nie zabrali, prawda? Zresztą bez obawy: drogówki tu nie ma. Nikt nie zapyta o papiery, a jak się rozwalisz, złego słowa nie powie.

– Tylko obetnie jaja – nie tracił przytomności sierżant. – Jak Giełzie. Dzięki, wolę obijać łeb o kawałek solidnego pancerza.

– Rób tak dalej – wycedził Filipiak – a pieszo pójdziesz.

– To pójdę. Piechur jestem, mogę chodzić. Na ciężarówkę wsadź sobie Szewczyka. Chce kierować… proszę. Ja się na samobójcę nie piszę.

Chyba powiedział, co miał do powiedzenia, bo odwrócił się, jeszcze raz podeptał fundamentalne reguły BHP, przeskakując nad wibrującą od obciążenia liną, po czym znikł w mroku.

– No i zaczęło się – mruknął Filipiak.

– Nie zmieni zdania? – upewnił się Morawski. Porucznik pokręcił głową. – Co się zaczęło?

– Morale nam się sypie. I tak później, niż myślałem. Zasługa Sabaha. Powinien odesłać Giełzę z kompletem jąder i butelką mrożonej coli. Miałby już może paru jeńców.

– Nie przesadza pan? – Zerknąłem na dwie sylwetki, z kamieniami w rękach asekurujące wciągany na górę wóz. W razie problemów kamienie należało błyskawicznie wepchnąć pod koła, co mogło zapobiec katastrofie, ale i skończyć się zmiażdżeniem ratującego.

– To przebrana w mundury dzisiejsza młodzież – uśmiechnął się krzywo. – Nie są ani lepsi, ani gorsi od tych w kraju. Na hasło: „Ojczyzna wzywa” przytomnie zapytają: „A ile płaci?”. Zresztą tym tutaj nie za wiele ta ojczyzna dała. Głównie przerwę w bezrobociu.

– Mówi pan jak zakamuflowany politruk – stwierdził Morawski. – LWP byłoby lepsze?

– A skąd mam wiedzieć? Też z pieluchą biegałem. Nie w tym rzecz. Wszyscy mówią, że ludzie byli inni. Dzisiaj trudniej o bohaterów.

– A potrzebujemy aż bohaterów?

– Do siedzenia w tej dziurze nie. Ale przebijanie się, odwrót… Filmów pan nie ogląda? Zawsze trzeba po kogoś zawrócić, zostać w tyle i osłaniać kumpli, poświęcić się dla reszty… Jak się coś zatnie, to brak bohatera we właściwym miejscu może wszystkich innych drogo kosztować. Boję się, że zdrowy egoizm weźmie górę u co niektórych.