Raczej przez roztargnienie niż z winy hamulców Rogala wrócił na dół jak na puszczonym wstecz filmie: po własnych śladach i stale nabierając szybkości. W ostatniej chwili przypomniał sobie, że nie jest sam, ale trochę się z tym spóźnił. Wołynow też nie zdążył.
Oba jadące do tyłu wozy zderzyły się z dość upiornym trzaskiem giętych blach.
Nagle zrobiło się cicho. Obaj kierowcy, jak to po imponującej stłuczce, powyłączali odruchowo silniki – miałem przynajmniej nadzieję, że oni – i powyskakiwali na zewnątrz. Natomiast nasz BWP zniknął. Nie zauważyłem, jak i kiedy.
– Porucznik się wścieknie – rzucił ktoś zduszonym głosem. Bał się. Wszyscy się baliśmy. Nie gniewu Filipiaka, a zawalenia się i tak kruchego planu.
– I co teraz? – Demonstracja władzy zrobiła swoje: Jola wpatrywała się we mnie z mieszaniną lęku, szacunku i nadziei. – Jedziemy?
Dobre pytanie. Skryty za krawędzią wąwozu Hanusik też je sobie pewnie stawiał. Filipiak… Trochę za późno spojrzałem w lewo. Zad samochodu pancernego nie sterczał już z okopu. To tłumaczyło przelot pierwszego ciężkiego pocisku nad naszymi głowami: BRDM był pierwszym pojazdem, jaki pokazał się w celowniku przyczajonych gdzieś w mroku artylerzystów. Słyszeli, że coś się dzieje, ale honker i suzuki, kiedy zdemontowało się dachy i oszklenie, były wystarczająco niskie, by ginąć w zaroślach. BWP Bielskiego czekał w zagłębieniu kończącym podjazd numer jeden, ten przeznaczony dla czołgu. Miał ruszyć, gdy Drabowicz zacznie zagrażać lufą jego tylnym światłom. Póki stał, też nie było go widać z głębi sawanny. Ale teraz, gdy stosunkowo wysoki samochód pancerny wytoczył się na otwartą przestrzeń w towarzystwie przydzielonego nam bewupa, bitwa została oficjalnie rozpoczęta. Każda zmarnowana sekunda mogła być odtąd podarunkiem dla nieprzyjacielskich kanonierów.
– Czekamy.
Na górze budziły się do życia milczące karabiny. Race i granaty świetlne wylatywały w niebo, celowniczowie cięższej broni wypatrywali plam bieli w ciemnościach. Wozy upaćkano smarem, który przyprawiony piachem tworzył dość dobry kamuflaż, w robocie były też wielkie płaty siatek maskujących, więc sylwetki pojazdów nie rzucały się w oczy; ogadeński księżyc jednak trzymał stronę tubylców i nikt nie mógł liczyć na niewidzialność.
Zanim jednak działka i wukaemy wzięły się na serio do roboty, przez brzeg wąwozu przetoczyła się pierwsza ofiara natarcia. Bieg w wykonaniu Andrusiaka bardziej przypominał kontrolowane staczanie się i przez chwilę byłem święcie przekonany, że odciągając mu od brzucha zaciśnięte tam dłonie ujrzę przerażającą krwawą papkę wypływającą spod kamizelki.
– Nie mogę! – Zbił mi z ust trwożliwe pytanie. – Jezu, ale to boli! Nie dam rady prowadzić!
Potrwało trochę, nim zorientowałem się, że nawet jeśli umiera, to nie w typowy dla żołnierza sposób. Nigdzie nie znalazłem rany.
– Co się stało? – Kątem oka zobaczyłem biegnącego na górę Lesika. Nikogo za sobą nie pociągnął, więc zignorowałem go.
– Strasznie boli, w żołądku. Jakby nożem…
Z boku Morawski przewrzaskiwał się z czołgistami, ale słów nie rozumiałem: kierowca wrócił do swej żelaznej nory i uruchomił silnik. Na górze zadudnił wukaem samochodu pancernego, rozerwał się pocisk. Nie miałem pojęcia, co się tam dzieje; mogłem tylko błagać w myślach Filipiaka, by jakoś nad tym zapanował.
– Gdzie radio?! – Nie wiedziałem, co myśleć o niewidzialnym nożu w brzuchu Andrusiaka, więc potrząsnąłem nim dość delikatnie.
– Zostało. Niech mnie ktoś zastąpi… Porucznik nas zabije, jak zostawimy wóz. – Ból, choć znów zwinął go w kłębek, najwyraźniej nie osłabił wyczucia sytuacji. Bohater? Aktor? Cóż, teraz nieważne. Samochód był ważny. No i nadajnik.
– Potrafi ktoś poprowadzić honkera?
Liczyłem na Staśkę, ale właśnie on najenergiczniej pokręcił głową. Niedobrze. Kapelan nie wchodził w grę, nawet gdybym go dogonił.
– Ja pojadę. – Jakimś cudem prawie zdążyłem o niej zapomnieć, ale Gabriela Asmare nie należała do takich, które pozwolą się szybko i trwale wymazać z pamięci. Ruszyła biegiem, nie czekając na zgodę.
– Zaczekaj! – O dziwo, zatrzymała się, obejrzała. – Zgłupiałaś?! Czy ty w ogóle masz prawo jazdy?!
– Z drogówki jesteś? – odszczeknęła się. I już jej nie było.
Udało mi się za nią nie pobiec. Warknąłem: „Zostańcie!” i ruszyłem w stronę wciąż stojących obok, choć już rozdzielonych metrową przerwą uczestników kolizji.
– Porucznik do ciebie! – przekrzykiwał się z czołgowym silnikiem wychylony z wieży celowniczy. Drabowicz zbył go machnięciem ręki. Klęczał za czołgiem, szarpiąc się z zaczepem liny holowniczej. Po drugiej stronie Morawski, wbity piętami w koło, zawisł na łomie, popychanym z kolei przez Wołynowa. Koniec pręta ginął gdzieś pod harmonijką powyginanej blachy, będącego niegdyś nadkolem.
– Co robimy?
Nikt nie raczył mi odpowiedzieć. Drabowicz odblokował w końcu oporny rygiel, ale nie zrzucał jeszcze pętli z zaczepu.
– To co, jedziecie czy będziecie się pieścić z tym gównem?
Morawski udał głuchego. Plutonowy cisnął liną aż pod zderzak ciężarówki i wdrapał się na czołg. Parę sekund później T-72 ryknął ostrzegawczo i ruszył, by po raz kolejny zmierzyć się ze stokiem.
– Jak go chcesz odpalić? – zapytałem, przyglądając się ponuro szarpaninie z blachą. Pod naciskiem dwóch par rąk oplatające przód opony żelastwo ustępowało powolutku, a ja nie byłem pewien, czy ten wątpliwy sukces nie zaślepił pary majorów.
– Tak… samo – rzucił przez zęby Morawski.
– Myślisz, że poczeka? – spojrzałem w bok, gdzie gąsienice wolno, ale póki co skutecznie, sunęły naprzód. – Co na to Filipiak?
– Lepiej byś… pomógł. Tam gdzieś jest młotek. Okrążając szoferkę, rzuciłem okiem na swych podopiecznych. Nie uciekli. Na razie.
Między fotelami znalazłem brezentowy pokrowiec z narzędziami. Najwyraźniej trzymali je pod ręką. Nie wiem, po co: nie potrafiłem sobie wyobrazić, jakich to szybkich napraw za pomocą kluczy i śrubokrętów zamierzali dokonywać ci pomyleńcy pod ogniem pół tuzina kaemów i baterii dział – a tyle już teraz do nas strzelało. To znaczy: do tych na górze.
– …na dziesiątej, osiemset albo więcej – trzeszczało radio głosem Filipiaka. – Ustaw na tyle i pogłębiaj. Grochulski, jeszcze jedna maszynka z prawej! Wolno bije, chyba ciężki, dawaj w tamtą…
– To jedziemy czy nie?! – Zza jakiejś bliskiej eksplozji i terkotu kaemu dało się rozpoznać Olszana. – Długo będziemy tak stać?!
I Hanusik:
– Mam zacięcie, przechodzę na działo.
W sumie nie wyglądało to dobrze. Złapałem za młotek i najcięższy z kluczy, wyskoczyłem prawymi drzwiami, o włos unikając głowy Wołynowa.
– Czekają na nas!
– Mam nadzieję! Walnij tutaj!
Walnąłem. Raz, drugi, dwudziesty. Młotek był beznadziejnie lekki. Klucz połamałem. Potem tłukłem kamieniem, cholernie nieporęcznym, za to ciężkim. Na koniec butem. Wołynow klął w jakimś dziwnym języku, nurkował głową w dziury, do których bałbym się wetknąć rękę, szukał punktu podparcia dla coraz bardziej łukowatego pręta, po czym pobił rekord szybkiej prowizorki, sięgając po pistolet i strzelając Starowi w bok zmiażdżonego pyska niczym kawalerzysta zdychającemu koniowi. Wepchnął koniec łomu w przestrzelinę, zaczął pchać.
O dziwo – pokonaliśmy blachy. Udało nam się oswobodzić koło nawet wcześniej, niż Rogala pokonał podjazd.
– Zabierajcie się! – Morawski złapał koniec liny i chwiejnym krokiem pobiegł po śladach gąsienic.
Bewupa Hanusika dopadłem niemal po omacku: plan ataku nie zakładał stawiania zasłony dymnej na pozycji wyjściowej, ale dalej już tak, a my byliśmy poważnie spóźnieni. Pancerna szpica ruszyła na północ dawno temu i choć przynajmniej na początku więcej strzelała, niż jechała, zdążyła oddalić się na tyle, że Filipiak wydał rozkaz uruchomienia generatorów dymu. Nie ułatwiło to wyciągania ciężarówki z wąwozu, ale każdy kij ma dwa końce: na razie nikt do nas nie strzelał. Grupa czołowa nie tylko przetrzebiła stanowiska ogniowe przeciwnika, ale i skupiła na sobie całą jego uwagę. Pytanie: na jak długo?