Выбрать главу

Wołynow wrzucił bieg jeszcze na stoku i star odpalił gładko, ledwie znalazł się na górze. Staśko wyskoczył z bewupa, odczepił linę. Wgramoliłem się na ławkę, zamknąłem za sobą stalowe drzwi. Saper zatrzasnął swoje i włączył latarkę. Opuścił filtr i przystawił czerwone oczko do gniazda strzeleckiego. Dookoła nas tu i ówdzie płonęły zapalone przez pociski krzaki, dalej jednak czekała noc, zagęszczona dodatkowo zasłoną dymną. Wozom bojowym to nie przeszkadzało – każdy kierowca miał przed oczami peryskop z zamontowanym wzmacniaczem światła szczątkowego – ale gogli nocnych dla prowadzących pozostałe pojazdy mocno brakowało. Jedyny ocalały po wczorajszych walkach egzemplarz przydzielono Wielogórskiej. Honker i ciężarówka miały trzymać się blisko poprzedników i – choć tego nie powiedziano wprost – modlić się o łaskę niebios. Teren był względnie płaski, kamieni i drzew mało, a noc pogodna, więc nie musiała to być od razu modlitwa o cud, ale trochę szczęścia zdecydowanie by się przydało. Latarki nie załatwiały sprawy: zgodnie z instrukcją Filipiaka wyznaczeni do tego pasażerowie bewupów mieli ich używać tylko od czasu do czasu, najlepiej wyłącznie przy skrętach. Nic tak nie skraca życia na nocnym polu bitwy jak robienie z siebie dobrze oświetlonej choinki. Co prawda prowadzące ogień wozy bojowe i tak łatwo było zlokalizować, lecz dotyczyło to nieprzyjaciół znajdujących się z przodu. Rozbłyski wystrzałów od pewnego momentu robiły się zresztą anonimowe i biorąc na cel mrugający gdzieś na skrzydle płomyk wylotowy kaemu, każdy rozsądny Somalijczyk musiał się zastanowić, czy nie ostrzela własnego kolegi, którego okop znalazł się w jednej linii z napastnikami. Latarki nie sposób było pomylić z czymkolwiek innym.

Jechaliśmy najwyżej czterdziestką. Mogliśmy szybciej, ale kosztem Wołynowa, który albo zgubiłby nas w mroku, albo, w przypadku nagłego hamowania, rozwalił do reszty ciężarówkę, tłukąc nas w tyłek. Nikt nie strzelał. Może z braku widoczności, może dlatego, że nie było do kogo. BWP-1 nie miał stabilizowanego uzbrojenia, więc mogła wchodzić w grę także zwykła chłodna kalkulacja, podpowiadająca, że lepiej siedzieć cicho i oszczędzać amunicję, niż mało skutecznym ogniem prowokować skuteczniejszą być może odpowiedź.

Nie wiem, jak długo trwała ta na pozór zupełnie normalna jazda. Pewnie z minutę. Dziesięć metrów na sekundę, sześćset metrów do pierwszej linii kaemów, przemieszanych z granatnikami. Drabowicz miał za zadanie rozstrzelać te kilka okopów z bezpiecznego dystansu i przy pomocy pary lżej uzbrojonych pancernych asystentów pewnie zrobił swoje, ale trudno liczyć na stuprocentową skuteczność. Celny ogień z daleka na pewno zepchnął część piechurów w głąb okopów: tych mniej odważnych, trzeźwiej myślących, rannych czy oszołomionych zbyt bliskimi wybuchami. Od początku swej niemal stuletniej kariery czołgi dość gładko przetaczały się przez obsadzone takimi niedobitkami linie, ale prawie nigdy nie oznaczało to całkowitej likwidacji zagrzebanych w norach ludzkich szczurów. Filipiak nie robił nikomu złudzeń: jego plan zakładał, że – jeśli dobrze pójdzie – nasza pancerna szpica wyeliminuje ciężką broń, czyli stanowiska wukaemów i działek bezodrzutowych. Na strzelców z karabinami i granatami nie było rady. Musieliśmy liczyć na panikę w ich szeregach, własną szybkość i kiepską widoczność. No i na szczęście.

Jakiś dwieście metrów przed linią dołów strzeleckich nasz BWP uruchomił instalację dymotwórczą. Czas był najwyższy: zaraz potem o pancerz zabębniły pierwsze stalowe paluchy. Nie odpowiedzieliśmy ogniem: pochowani bliżej partyzanci widzieli nas, ale większość jedynie słyszała i nie było sensu ułatwiać im roboty. Po prawdzie to nie było kogo wystawić do ogniowego pojedynku: ranni nie bardzo mogli strzelać, Jola nie umiała, a durnie i lenie pokroju Lesika i Szczebielewicza nie zaopatrzyli się w karabiny.

Chyba dobrze się stało. Aż dwa ogniste warkocze przemknęły ze złowrogim pośpiechem za wozem. Na szczęście blisko: gdyby celowniczowie spudłowali trochę bardziej, czekałaby ich miła niespodzianka w postaci upolowanego stara. Chyba niespodzianka: stada kul biły o blachy pancerza z taką częstotliwością, że ciężarówka eksplodowałaby efektownie od ćwierci podobnych trafień. Uniosłem lekko pokrywę włazu nad swoim kawałkiem ławki; wyglądało na to, że numer z zasłoną dymną poskutkował. Podobnie jak jazda na zbyt niskim biegu, co owocowało przeraźliwym rykiem i zagłuszeniem dużo dyskretniejszego warkotu samochodowego diesla. Janowski łagodnym zygzakiem przeprowadził wóz między parą dymiących lejów, będących do niedawna stanowiskami jakiejś ciężkiej broni, minął płonące resztki półciężarówki, po której wcześniej przetoczył się czołg. Grad uderzeń zmienił się w pojedyncze puknięcia, niektóre w tylny pancerz. Przebiliśmy się.

Minutę potem Staśko otworzył drzwi i z wyczuwalną ulgą wykrzyczał, że widzi ciężarówkę. Omal nie kosztowało go to utraty języka: wjechaliśmy na jakieś paskudne garby, pasażerami zaczęło rzucać aż pod sufit. Trochę później dostrzegłem odblask świateł: star nie tylko wciąż jechał, ale mógł się pochwalić sprawną instalacją. Wymacałem klamkę i pozwoliłem opaść skośnie zamocowanym drzwiom.

– Tylko jeden?! – machnąłem w stronę mętnej plamy bieli. – Nikt nie został?! Nie widziałeś?!

– Chyba nie!

Mogłem sięgnąć po hełmofon i zapytać Hanusika. Praktycznie nie uczestniczyliśmy w walce, miał czas i możliwości rozglądać się za potencjalnymi maruderami; między innymi dlatego wlekliśmy się w ogonie całej grupy. Prawie na pewno nie przegapiłby czegoś tak dużego jak samochód.

Nie sięgnąłem. Niektóre pytania wymagają zbyt wiele odwagi.

Niepewność leżała mi na płucach lepkim ciężarem przez następne dwadzieścia minut. Przez ten czas moi współpasażerowie konsekwentnie milczeli i chyba nikt do nas nie strzelał. Przemknęło mi przez myśl, że być może raz na zawsze uwolniliśmy się od Sabaha, ale nie potrafiłem cieszyć się tą, realną przecież, szansą.

W końcu zatrzymaliśmy się: między szarymi od księżycowego światła skałkami, obok suzuki. Całe wieki czekałem na tę chwilę. Miała przynieść odpowiedź – i ulgę. Nie przyszło mi do głowy, że bać się tak naprawdę zacznę dopiero wtedy.

Nie potrafiłem wyjść z bewupa.

Ze swego miejsca przy drzwiach widziałem przechylonego na bok, podpartego parą kamieni Samuraja, z którego jacyś żołnierze ściągali przednie koło. Widziałem też dwie nieruchome, stopione w jedną bryłę sylwetki przytulonych do siebie ludzi. Siedzieli na tym uschniętym pniu chyba od dawna – tylne koło zdążyło zniknąć – ale nic nie wskazywało na to, by mieli przestać. To nie było w porządku. Nawet w stosunku do tych słaniających się ze zmęczenia dwudziestolatków, choć oni pewnie nosili pod skorupami kamizelek zdjęcia swych dziewczyn albo przynajmniej serca przepełnione młodzieńczą wiarą, że kiedyś też, tak jak tych dwoje, pod niebem pełnym gwiazd…

Moja nadzieja właśnie umarła. Gdzieś między wąwozem, pełnym spalonego żelastwa i rozkładających się zwłok, a tą płytką niecką, gdzie próbowaliśmy złapać oddech przed dalszą ucieczką. Patrzyłem na parę znużonych, połączonych w na pół świadomej pieszczocie ludzi i na okrągło mieliłem w mózgu myśl, że nigdy nie dane mi będzie doświadczyć tego, co Olszan w tej chwili.