Выбрать главу

Nigdy. Jeżeli gdzieś tam, przesłonięty ścianami z pancernej blachy, nie stoi jeszcze jeden samochód.

Nic prostszego, jak wyjść i sprawdzić. Zaciemnienie już nie obowiązywało, wróg został dziesięć kilometrów z tyłu.

– W porządku?

Blokowałem wyjście, a Sikorski miał złamane żebro i nie bardzo mógł wyskakiwać górą. Wysiadłem bez słowa.

– Wóz sprawny? Żadnych strat? – Jak przez mgłę słyszałem gniewny, a może tylko naładowany napięciem głos Ciołkosza. – To dawaj tu jeden z drugim! Nie widzicie, że trzeba pomóc? Szlag by to… Po gwoździach tu jechaliście? Do świtu nam zejdzie, same kapcie, cholera…

Andrusiak ostrożnie położył się na boku tuż za gąsienicą.

Czekałem, nie wychodząc ze swej nory między parą otwartych drzwi. Jeśli tu jest, jeśli los ulitował się nade mną – to przyjdzie. Na pewno. Musi przyjść. Wolałbym, żeby przybiegła, ale byłem zbyt głupim sukinsynem, by takie dziewczyny wybiegały mi naprzeciw, więc godziłem się z tym, że za brak charakteru trzeba płacić – i płaciłem. Czekałem.

– Jacek? Dobrze się czujesz?

Morawski. Żywy, okopcony, załzawiony od dymu, no i trochę zaniepokojony. Za dużo światła. Po ciemku mógłbym uchodzić za czającego się po kątach obiboka. Normalnie, jak to wojskowy lekarz; nikt by nie zwrócił uwagi.

– Jasne.

– Co się stało? – Nie dał się nabrać. – Oberwałeś? Bał się. O mnie. Nikogo innego nie potrafiłbym o to zapytać.

– Dojechała? – Pojedyncze słowa łatwiej oczyścić z emocji.

– Kto? Wielogórska? – Zdziwiony zerknął przez ramię. – Przecież…

– Honker – rzuciłem przez zęby. – Gabriela. Ona nim…

Za dużo słów. Fatalnie to zabrzmiało. Ostatni raz pozwoliłem sobie na taki ton jako przedszkolak.

– Ona? Nie wiedziałem.

Czekałem, nie przyjmując do wiadomości, że już mi odpowiedział.

– Co się stało? Miała jechać z wami, bewupem.

Ominąłem go i w końcu rozejrzałem się po otoczonej pagórkami dolince. Parę drzew, trochę zarośli. I pustka. Wozy stały zbyt luźno, by łudzić się, że któryś przesłania zaparkowaną z tyłu terenówkę.

– Co z Filipiakiem? – Beerdeema też brakowało.

– Skręcił na wzgórze. Chce przeczesać okolicę radarem. Łudziłem się, że pozostali, by ją eskortować; może zawrócili, czy to po sanitarkę, czy choćby jej kierowcę…

– Nie zauważyliście, co się stało z honkerem? – Teraz, gdy już wiedziałem, że sprawy źle stoją, udało mi się odzyskać zimną krew. Łatwo przyszło: wszystko w środku miałem zmrożone. Raczej tysiące niż setki wystrzelonych kul, następne tysiące odłamków. Gdyby nie pancerz, nasz BWP spływałby teraz krwią. Sanitarka nie była opancerzona.

– W tym dymie? Chłopie, was nie widzieliśmy, a co dopiero…

– A Bielski, Filipiak? Oni nie byli ślepi. – Brnąłem uparcie ku prawdzie, choć czułem, że nie spodoba mi się. – Musieli widzieć.

– Daj spokój. Gnali na łeb na szyję, strzelali. Jeśli nie siedziała im na ogonie jak my wam… Dokąd? – złapał mnie za ramię.

– Macie jeszcze tę radiostację? Muszę pogadać z Filipiakiem.

– Nie dociera do ciebie, że wszyscy wiedzą tyle co ty? Cały czas byliśmy na nasłuchu: dopiero tu się połapali, kto jest, a kto został.

To było skuteczniejsze od chwytu za ramię.

– Chcesz powiedzieć, że straciliśmy wóz i nikt nawet…?

– Musimy pogadać. – Tym razem ujął mnie za łokieć.

– A niby co robimy?

– Chcesz biec do Filipiaka i co… nakrzyczeć na niego? Żądać, by wracał i szukał twojej dziewczyny?

– To nie jest moja dziewczyna!

– I dobrze, bo z tym koniec. Była, a teraz jej nie ma i już raczej nie będzie. Zapomnij, że znałeś kogoś takiego. Dla własnego dobra.

– Chłopie, o czym ty mówisz?! Zostawiliśmy jednego z naszych! Tak się nie robi! Mniejsza z tym, czy to dziewczyna i czyja! Filipiak nie miał prawa…

– Filipiak zgubił Andrusiaka, kretynie! Nie rozumiesz?! Swojego żołnierza! Do tej pory nie ma pojęcia, że pozamienialiście kierowców! I oberwie ci jaja, jak się dowie, że puściłeś ją samą – dokończył ciszej.

– Ma ją gdzieś – rzuciłem z goryczą.

– Ale nie samochód. – Machnął ręką, wskazując pompującego lewar Wołynowa. – Czort wie, ile kół rozwaliliśmy, jadąc na felgach. Może już po ciężarówce. Samuraj też oberwał. A poza tym nikomu nie chodziło o to, by pozwolić tej panience zwiać. Jeśli to ona wykończyła naszych, to nie w ten sposób powinna odejść. Niezależnie od tego, jak ładnie kręci tyłeczkiem.

Odczekałem chwilę, ale nie udało mi się oczyścić głosu z goryczy.

– Odstrzelili jej ten tyłeczek, bo chciała ratować samochód.

*

– Żadnych rannych. – Miłe ciepło w żołądku sprawiło, że mogłem posługiwać się niemal normalnym tonem. – Dwie obcierki, parę sińców pod kamizelkami.

– A Andrusiak? Co to za historia z tą… zamianą?

Filipiak zeskoczył z beerdeema dopiero przed chwilą, ale uganiając się po okrytej czernią okolicy, nie zapomniał widocznie o radiu.

– Dostał boleści, akurat jak mieliśmy ruszać. Zbadałem go przed chwilą. Zżarł zawleczkę.

– Co proszę?!

– Podobno wyciągał zębami, no i… Aż do teraz nie bolało, więc nie mówił. Wygląda na to, że draństwo zakotwiczyło w żołądku. Wyrzygać się nie dało. Próbowaliśmy.

– Żartuje pan sobie?

– Nie. On chyba też nie, bo ostro domagał się płukania, a wszelkie objawy ma jak z podręcznika.

– Zrobił mu pan płukanie żołądka? – zapytał z niedowierzaniem.

– Niby czym? Do tego trzeba jakiegoś płynu, który nie ukatrupi pacjenta, a my poza olejem napędowym… Myślałem o honorowej zbiórce moczu, ale pewnie nie wypali. Powysychaliśmy wszyscy na amen.

Przyglądał mi się przez chwilę ze źle wróżącą uwagą.

– Wszyscy jak wszyscy… Skąd pan to wziął?

– Co?

– Wódkę.

Miał dobry węch. Albo ja słabą głowę. Raczej to drugie.

– Spirytus sanitarny – wzruszyłem ramionami. – Bez obaw, nie…

– Myślałem, że mogę na panu polegać – przerwał mi z goryczą.

– To dawka uspokajająca. Potrzebowałem tego.

– Mieliśmy umowę odnośnie tej dziewczyny. Dał pan słowo…

– Zaraz… Powiedziałem, że jeśli uznam ją za zdrajczynię…

– Uciekła. To panu nie wystarcza?

– Widział kto tę ucieczkę?

– Bielski. – Trzymał to w zanadrzu i teraz rąbnął mnie jak pięścią między uszy. – Zauważył, jak sanitarka skręca między zarośla. Gdyby raczył pan zameldować, że to nie Andrusiak…

– Mielibyśmy parę pocisków mniej – dokończyłem za niego. – I tyle. Rąbnąłby do niej z działa, zanim zdążyłaby przekręcić kluczyk.

– Tak dobrze go pan zna?

– Nawet pan żałuje, że nie palnął jej w łeb – rzuciłem wyzywająco.

– A cóż dopiero ten rasista? – dopowiedział szyderczo. – Niech pan otrzeźwieje. Jej kolor nie ma tu nic do rzeczy. Może dla pana.

– Co to miało znaczyć? – wycedziłem przez zęby.

– Nic. Nie mówmy o tym. To już historia.

Miał rację. Wiedziałem o tym, nie wiedziałem tylko, jak skorzystać z dobrych rad i wymazać z pamięci Gabrielę Wiesławę Asmare.

– Szybko spisał ją pan na straty. Ale może powinniśmy wrócić i sprawdzić przynajmniej, co z samochodem?

– Guzik pana obchodzi samochód – powiedział spokojnie. – Czepia się pan Bielskiego, ale on jest przynajmniej konsekwentny. Myśli, mówi i robi to samo, a jak kiedyś dostanie w pysk za kawały o asfaltach, nie będzie zdziwiony. To pan pozwolił jej usiąść za kierownicą. Ja swojej dziewczyny za żadne skarby… Więc bez histerii, dobrze? Albo była tylko fajną laską, jak milion innych, albo bał się pan wiązać z Murzynką. Nie wiem, co was łączyło, ale nie będę nadstawiać karku dla ratowania pańskiego przyszłego małżeństwa. Bo nie ma mowy o żadnym małżeństwie, prawda? Nie jest pan, uchowaj Boże, żadnym rasista, ale czarna żona?