Выбрать главу

Pomyślałem, że gdybym zdzielił go teraz w szczękę, to tak jak Bielski nie byłby zdziwiony.

– Wróciłby pan po nią, gdyby była moją narzeczoną? – warknąłem.

– Na szczęście nie jest.

– Więc nie musi pan kiwać palcem, by ją ratować, co?

– Główne siły mieli po tamtej stronie – wzruszył ramionami. – Teraz pewnie idą za nami. Co niby mam zrobić: posłać czołg na poszukiwanie? Zniszczą go, a nawet jak nie, to nie znajdzie dziewczyny. Jeśli żyje i jest porządna, to prawdopodobnie siedzi ciężko przestraszona w jakichś krzakach. Nie do odróżnienia od Somalijczyka z granatnikiem.

– Jeśli jest porządna?

– Nie czarujmy się. Sam ją pan podejrzewa. Niby z kim się tłukliście na pięści i bagnety?

No tak. Nikt jej wtedy nie zastrzelił, ale to nie znaczy, że nas nie widziano.

Odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Nie wypytywał mnie o tamten incydent: najwyraźniej nasze starcie przy spalonej cysternie nie miało znaczenia dla jego opinii o Gabrieli. Jeśli się nad tym zastanowić, także osoba zgubionej dziewczyny nie miała wpływu na jego decyzję. Przeważyła – byłem tego prawie pewny – chłodna kalkulacja rozsądnego oficera, który zważył koszty i uznał, że gra nie jest warta świeczki. Wiedziałem, że tak właśnie jest, ale wiedza nie zawsze wystarcza i po głowie bez przerwy obijała mi się czarniejsza od nocy myśl.

Że tam, przy cysternie, bijąc Gabrielę po twarzy, tak naprawdę zadałem jej śmiertelny cios.

*

Przespałem świt. Kiedy otworzyłem oczy, podeszwy opartych o burtę samuraja butów przewyższały już temperaturą tkwiące w nich stopy. Aż mnie mdliło od wiedzy, że z każdą następną godziną będzie tylko gorzej.

Wziąłem się w garść i usiadłem. Prawie dokładnie w tej samej chwili jadący przed nami BWP spokojnie, nie zmieniając rytmu ani kierunku, wjechał na jedyne w promieniu dwustu metrów drzewo. Rozległ się zadziwiająco głośny trzask, akacja runęła jak szarpnięta sprężyną, wóz wlazł na zwalone ciało ofiary, zadarł gąsienicę i znieruchomiał.

Nie zrozumiałem tego. Dopiero kiedy suzuki wyhamowało gwałtownie pół metra za poobijaną kulami tylną ścianką zawalidrogi, rozjaśniło mi się w głowie.

– Zmienię panią. – Położyłem dłoń na ramieniu nie całkiem jeszcze przytomnej Agnieszki. Zebrała włosy z tyłu głowy i oglądana z tej strony robiła wrażenie młodszej. Z przodu na odwrót: podkrążone oczy i spękane usta dodawały jej parę lat.

– Dzień dobry – uśmiechnęła się słabo. – Nie trzeba. Trochę się zagapiłam, ale jestem na chodzie. Nie takie balangi się zaliczało.

Dobre porównanie. Gramolący się z pojazdów ludzie faktycznie przypominali ciężko skacowane ofiary całonocnej imprezy.

Sforsowałem boczną ściankę odkrytego samochodu – „forsowanie” to właściwe słowo – i, utykając na jedną odrętwiałą i drugą stłuczoną nogę, podszedłem do przekrzywionego na bok bewupa.

– Przysnąłeś? – zapytał bez złości Filipiak. Oparty o błotnik Hanusik ostrożnie poruszył głową. Nie dość ostrożnie: spod otulających twarz dłoni popłynęła ku brodzie następna strużka krwi.

– Połóż się. – Wziąłem go za łokieć i kołnierz, trochę na siłę posadziłem obok gąsienicy. W innych okolicznościach, z odrobiną wilgoci w układzie pokarmowym, uśmialibyśmy się z całej historii. Pragnienie, jak się okazuje, miewa dobre strony. Nie wyszliśmy na bezdusznych sadystów.

– Złamany – sfinalizowałem krótkie oględziny żołnierskiego nosa. – Cholera, kto by pomyślał…

Filipiak dokonał równie nieprzyjemnego odkrycia: przejechane drzewo zemściło się z nieoczekiwaną perfidią, nie tylko łamiąc nos śpiącemu kierowcy, ale i paraliżując bewupa. Maszyna, sunąc brzuchem nad, a potem po ciele ofiary, wpakowała się na gromadkę skalnych wypustów, by na koniec złamać pień i osiąść na rafie z drewna i kamieni niczym wyrzucony na mieliznę wieloryb. Przestraszony, a może tylko miotany wyrzutami sumienia Janowski, drzemiący przedtem w przedziale desantowym, podjął próbę wymazania blamażu z pamięci dowódcy i na oczach porucznika efektownie zamknął serię nieszczęść.

Pierwszym brawurowym rzutem mocy na koła napędowe udało mu się zerwać jedyną opartą o grunt gąsienicę.

– No to fajnie – rzucił zamiast standardowego: „Dzień dobry” nadchodzący od strony ciężarówki Morawski. – Przyjemnie się zaczęła.

– Co? – zapytał tępo Filipiak. Chyba nie zmrużył oka tej nocy, poprzedniej zresztą też, i powoli stawało się to widoczne.

– Jak to co? Wigilia.

Na twarzach paru spośród schodzących się coraz liczniej osób dostrzegłem podobne do własnego zaskoczenie. Wstrząśnięty nikt chyba nie był. Nie można być wstrząśniętym, kiedy się wyschło na wiór.

– Na śmierć zapomniałem – mruknął Filipiak. – Święta… Szkoda gadać, udały nam się w tym roku.

– Nie wolno tak mówić. – Jeszcze przed sekundą nie było tu Lesika, ale jako pasażer bewupa musiał się w końcu pojawić. – To czas nadziei. Myślę, że powinniśmy rozpocząć go modlitwą. Krótką – dodał przytomnie.

Filipiak ograniczył się do anemicznego kiwnięcia głową.

*

– Postawili pana na warcie?

Wołynow. Podobnie jak ja zawędrował na czoło kolumny, kiedy podziurawiona bryła stali, drewna i gumy, którą dotaszczył aż tutaj z narażeniem życia, nieoczekiwanie stała się amboną.

Pokręciłem głową, zerkając na zgromadzonych przed ciężarówką ludzi. Starali się trzymać cienia, dzięki czemu tworzyli wdzięczny cel dla kogoś, kto zechciałby nas upolować, strzelając zza okolicznych wzgórz.

– To u was obowiązkowe?

– Nie. Przynajmniej oficjalnie. – Po sekundzie wahania wziąłem z niego przykład, kucając w cieniu bewupa. – Chociaż dobrze widziane.

– To jak u nas – uśmiechnął się krzywo. – Chcesz zajść wysoko, kłaniaj się nisko. Kiedyś sekretarzom, teraz popom.

– A nie mułłom?

– Szkolę skośnookich następców. Nikt nie oczekuje, że przejdę na islam. Za to mój były dowódca z Afganistanu powiedział otwarcie, że dla bezbożników nie widzi miejsca w swojej dywizji. Facet, który jeszcze za późnego Gorbaczowa zaczynał każde zebranie oficerskie od słów: „My, czerwoni spadochroniarze”. Teraz, chcąc służyć w rosyjskiej armii, musiałbym się pewnie ochrzcić.

– Generał musi być elastyczny. Taki zawód.

– A propos generałów… Chyba o nas zapomnieli.

– Mają swoją dużą wojnę. Ta tutaj to potyczka w porównaniu…

– Pan w to wierzy?

Po raz pierwszy zaniechał wodzenia wzrokiem po horyzoncie i popatrzył mi w oczy. Nie wyglądało na to, by zrelaksował się w ten sposób, choć biegając spojrzeniem po setkach kamieni, krzewów i pagórków, nie malowniczych widoków szukał, a wymierzonych w nas luf.

– Nie bardzo rozumiem… – powiedziałem powoli.

– Jak tu lecieliśmy, nie działo się nic niepokojącego.

– Nadal nie rozumiem.

– Tam – wskazał niebo – powinno się roić od samolotów i śmigłowców. Jak nie wojskowych, to przynajmniej sieci telewizyjnych. Jesteśmy, przynajmniej potencjalnie, światową sensacją numer jeden. Kiedy słyszał pan o oddziale błękitnych hełmów, trzeci dzień z rzędu walczącym o przetrwanie, bombardowanym i pozbawionym jakiegokolwiek wsparcia?