Łatwe pytanie, ale musiał poczekać na odpowiedź.
– Nie było takiej historii – przyznałem w końcu niechętnie.
– No właśnie.
– Zawsze jest ten pierwszy raz – wzruszyłem ramionami.
– Powszechna wojna każdego z każdym wyjaśnia wszystko, prawda? – podpowiedział z lekkim uśmiechem. – Tylko co wyjaśnia wojnę? Etiopczycy mają jeszcze dość siły, by wyrzynać się całymi latami, ale atakowanie wojsk ONZ… To nie idioci.
– Generał mówił o blokowaniu… no, głównie.
– De Sousa ma za wielkie brazylijskie jaja, by dał się zablokować samymi tylko pogróżkami. Zresztą w Dire Dawa wzięto podobno do niewoli cały garnizon. A jak znam naszych Hindusów, nie mogli się dać łatwo i tanio. To nie Bośnia, tu błękitne hełmy nie boją się strzelać. No i ta historia z atakiem na Dżibuti… Francuzi mają swoją Legię. Nie puszczają płazem takich numerów. Więc nikt im ich nie robi.
– I jaki z tego wniosek?
Tym razem on nie spieszył się z odpowiedzią.
– Coś tu śmierdzi – stwierdził wreszcie.
– Chce pan powiedzieć, że generał Zaręba nie powiedział całej prawdy. – Nie pytałem, po prostu dokończyłem za niego.
– To by nie było nic nowego. Dowódcy nigdy nie mówią całej prawdy, nawet nie powinni. Problem w tym… No, że powiedział za dużo.
– Chyba się pogubiłem.
– To zupełnie nie wygląda na prawdę. A mimo to kilka osób może przysiąc, że usłyszało te informacje od generała. Więc albo jednak jest prawdą, albo… – zawiesił z premedytacją głos.
– Kłamał? – dokończyłem pełnym niedowierzania tonem. Milczeliśmy dłuższą chwilę. Myśleliśmy. W końcu potrząsnąłem głową. – Niemożliwe.
– Polscy generałowie są rycerscy i nie kłamią? – zakpił niemrawo.
– Nie są kretynami. Przynajmniej Zaręba.
– Dobrze go pan zna?
– Słabo. Ale trzeba być ostatnim idiotą, by wymyślić nieistniejącą wojnę i wmawiać ją podwładnym przez radio. Już mniejsza o powody, ale przecież taki kant błyskawicznie się wyda. I co wtedy?
Próbowałem go przekonać. Niedobrze. Powinienem wyśmiać.
– Spaliłby za sobą wszystkie mosty. Faktycznie: trudno uwierzyć.
Chyba chciał zamknąć temat. Ja też, lecz nie w taki sposób.
– Jeżeli jednak nas oszukał… Są dwie możliwości: albo pogubił się, wpadł w panikę i wymyślił tę historyjkę, by zamknąć Filipiakowi usta, albo… – zabrakło mi pesymizmu, by dokończyć.
Siedzieliśmy jakiś czas w milczeniu. Z oddali dobiegały strzępy kazania, wygłaszanego przez Lesika. Antena radaru obracała się leniwie.
– Pewnie zawracam głowę – przyznał Wołynow, dźwigając się ociężale. – Ale chciałbym coś panu pokazać.
Wdrapał się najpierw na porzuconego przez załogę bewupa, a potem na wieżę. Jęknąłem w duchu, ale poszedłem w jego ślady. Opuścił lornetkę, ustąpił mi miejsca na włazie celowniczego.
– Niech pan zerknie. Tam, na północ.
Wziąłem lornetkę i zerknąłem. Dopiero dzięki szkłom zorientowałem się, że coś, co brałem za wierzchołki wzgórz na horyzoncie, nie ma wiele wspólnego z łagodnymi pagórkami, pośród których dotychczas podróżowaliśmy.
– Ale dziura. – Obróciłem lornetką na boki. – Wygląda jak krater.
– Na mapie jak bukłak. Okrągły, z wąską szyjką u góry. Prawie dokładnie w osi, na północy. Widzi ją pan?
Szukałem dobrą minutę. Zagłębienia terenu premiowane są zwykle bogatszą szatą roślinną. Okrągła dolina, której się przyglądałem, była zbyt rozległa, by środek skorzystał na kilkunastometrowej różnicy wysokości, ale na obwodzie dwukilometrowej średnicy koła nie brakowało ani zarośli, ani chaosu skalnych występów, spiętrzeń i osypisk.
– Będziemy musieli nadłożyć kawałek drogi – zauważyłem.
– Właśnie o to chodzi. Mamy jechać prosto jak strzelił.
Przypomniała mi się narada, ta przerwana przez Gabrielę. Zabolało. Robiłem, co mogłem, by o niej nie myśleć, i nieźle mi się to udawało – aż do teraz.
– A tak… był taki plan. Mieliśmy zmylić pościg. Ale to już chyba nieaktualne. Chodziło o ewakuację rannych.
Wzmianka o nieszczęśnikach, których zdjęto nam z karku parą granatów i foliowym workiem, nie zrobiła na nim wrażenia.
– Aktualne. Pytałem Filipiaka. Nie zmieni marszruty.
Byliśmy za daleko od południowej krawędzi doliny, bym próbował choć pokusić się o zgadywanie, jak gwałtownie opada sawanna w tym miejscu. Ale północna strona nie robiła dobrego wrażenia.
– Następna dziura w ziemi – mruknąłem bez zapału.
– Tym razem może być gorzej. Wąwóz był jak okop: trudno wyleźć, ale można się dobrze bronić. A to tutaj… I stromo.
Nie podobała mu się ta trasa. Mnie, prawdę mówiąc, też nie.
– Rozmawiał pan z Filipiakiem?
– Nie chciał mnie słuchać. Chyba nie bardzo mi ufa.
No pewnie. Awansował na liście czarnych charakterów. Bo byłem głupim dupkiem i pozwoliłem uciec głównej podejrzanej.
– Ale nie powiedział tego wprost? – uśmiechnąłem się boleśnie. Pokręcił głową, wyraźnie zdziwiony. – No to i tak ufa panu bardziej niż innym. – Odepchnąłem sprzed oczu mglisty obraz brunatnej dziewczęcej twarzy, zmuszając się do myślenia o sprawach ważnych. – W sztabie chyba wiedzą, co robią, pakując nas w ten kocioł.
Milczał. Czekał na coś. W końcu się połapałem.
– Aha, rozumiem… Ten cały wstęp… Naprawdę podejrzewa pan Zarębę, że posyła nas w sam środek wilczego dołu? To pan sugeruje?
Nie spieszył się z odpowiedzią. Usłyszałem dostatecznie dużo, by wyciągnąć wnioski.
– Przynajmniej dobrze pan wybrał rozmówcę – westchnąłem. – Od paru innych dostałby pan teraz w mordę.
– Tylko wyrażam wątpliwości.
– Za wątpliwości obrywa się najszybciej.
– Rozumiem, że nie przemówi pan porucznikowi do rozsądku?
– Ależ on jest rozsądny; w tym problem. Wypełnia rozkazy.
– Nie podoba mi się ten bukłak. – Rzucił ponure spojrzenie na północ. – Niech mu pan chociaż podpowie, by posłał przodem zwiad.
– Nie. – Filipiak oszczędnością słów nadrabiał czas, zmarnowany na wysłuchiwanie moich argumentów. – I proszę z nim więcej nie rozmawiać.
Byłem przygotowany na odmowę, ale jeśli chciał się mnie szybko pozbyć, mógł sobie darować tę końcówkę.
– Co znaczy: nie rozmawiać?
– Dokładnie to. Skończył pan z Hanusikiem? No to niech pan się pakuje do jakiegoś wozu. Zaraz ruszamy.
Odszedł, nim zdążyłem zapytać, jak się ma to ruszanie do zawieszonego na brzuchu bewupa, któremu nie założono jeszcze gąsienicy. Że nie wspomnieć o cholernym drzewie, wpychającym kikuty gałęzi między każdą chyba parę kół.
Już po chwili życie udzieliło odpowiedzi. Pochowani w cieniu pojazdów ludzie bez entuzjazmu zaczęli znikać między rozgrzanymi blachami, czołg cofnął się, by przejąć hol od ciężarówki, a samochód pancerny, tym razem w klasycznej dla siebie roli zwiadowcy, a nie jako flagowy wóz dowódcy, pomknął ku czającej się nieopodal przepaści. Albo tylko niewygodnemu zjazdowi. Albo tutejszemu odpowiednikowi autostrady – nie wiedziałem, co o tym myśleć. I, prawdę mówiąc, nie bardzo myślałem. Patrzyłem, jak Agnieszka Wielogórska z zupełnie nietypową dla agresywnych dziennikarek ostrożnością pomaga Olszanowi zakładać kamizelkę, a potem sadowić się wygodnie w fotelu – patrzyłem i coś we mnie krzyczało.
Ktoś mnie wołał, więc powlokłem się do bewupa pierwszej drużyny i zwaliłem na pierwsze wolne miejsce.
Byli tu już wszyscy: Lesik, Jola, saper Staśko, poprawiający rękę na temblaku Kozłowski… Tylko siedzący przy drzwiach Maciaszek ratował mnie przed uchwyceniem się rozpaczliwej myśli, że może zasnąłem, przegapiłem rozkaz wstrzymania ataku i teraz, budząc się z koszmarnego snu na dnie starego, poczciwego wąwozu, gdzieś obok znów ją zobaczę.