Выбрать главу

Zanim pozbierałem swój skromny dobytek w postaci hełmu, karabinu i ładownicy, był już na platformie. Szyszkowski, napędzany raczej strachem niż poczuciem obowiązku, gnał ku rozpaczliwie odległym, zachodnim stokom Bukłaka, balansując ściskaną oburącz rurą wyrzutni. Olszan wepchnął bladą Agnieszkę na prawy fotel suzuki.

– Nie samochodem – zaprotestowałem. – Od razu was wypatrzy!

– Jedzie pan?! – zatrzasnął za nią drzwi.

– Tylko na piechotę mamy jakieś…

– To z drogi!

Obiegł wóz, wskoczył za kierownicę. Z ciężarówki wyleciał zasobnik z gromem: nigdy nie myślałem, że można tak szastać taką forsą. Drugi Morawski już na górze przewiesił przez plecy. Zeskakiwał, trzymając się burty, ale i tak wyrżnął kolanami o ziemię.

Odskoczyłem, spłoszony rykiem silnika. Skulona Agnieszka próbowała wyciągnąć do mnie rękę. Za późno: samuraj, jeszcze bardziej od niej połamany i pokrzywiony, mimo wszystko miał więcej pary w kołach i wystartował jak żużlowy motocykl. Przez chwilę myślałem wprawdzie, że przypłacił to ostateczną utratą kontroli nad kierunkiem jazdy, ale jednak nie: po zatoczeniu szerokiego półkola Olszan naparł zdrową ręką na kierownicę i wóz pomknął prościutko na południe.

– Nie tam! – wrzasnąłem bez przekonania. Nie mogli słyszeć.

Przerzuciłem pas ładownicy przez ramię i pobiegłem za Morawskim.

– Daj… jedną. – Miał przewagę na starcie, a ja znikomy zapas sił, więc zdążyłem się zasapać, nim się zrównaliśmy. Przełożyłem karabin na plecy. Niełatwa sztuczka w biegu, ale nieporównywalna ze ściąganiem z tychże pleców jednej z dwu dziesięciokilogramowych rur. Miałem cichutką nadzieję, że Morawski nie skorzysta z oferty albo przynajmniej stanie.

– Goń za… nim… to może… poczekać.

Powinienem użyć ust do czegoś mądrzejszego, na przykład całowania go z wdzięczności. Zamiast tego wycharczałem:

– Dawaj… rakietę.

Dał. Sto metrów nam to zajęło, ale w końcu miałem ją w rękach. Nie rozumiałem, jakim cudem biegł tak szybko z tą sztabą złomu grzmocącą go po plecach. Wiedziałem jedno: gdyby zapalnik zwariował i nagle wywołał eksplozję, byłbym szczerze zadowolony. Nie dane mi jednak było wykręcić się od upiornego wysiłku za pomocą rakiety Grom. Nie zareagowała na trzykrotne zderzenie z ziemią, choć padając, z premedytacją chroniłem siebie, nie tę sukę. Coś wybuchło, ale nie ona. Tyle do mnie dotarło: że coś, gdzieś. Nie miałem siły o tym myśleć. Moje ciało rozpadało się na bolesne kawałki i po raz pierwszy od wielu godzin nie cierpiałem z powodu Gabrieli.

Biegłem.

*

– Nie wiem. – Głos Szyszkowskiego chrzęścił jak osypujący się spod naszych butów żwir. – Już go nie było, jak tu wlazłem.

Nie dziwiło mnie to. Siedemset metrów od ciężarówki czekało na nas odrażające, przeżarte erozją urwisko, z którego zjechałem na wszystkich możliwych częściach ciała z tuzin razy. Nim dotarliśmy na górę, śmigłowiec zdążył pewnie zużyć całe paliwo, wylądować i zardzewieć. My też przypominaliśmy wraki.

Morawski nie był w stanie skorzystać z lornetki: nawet kiedy opierał łokcie o ziemię, latała mu w dłoniach.

Było cicho. Żółtawych pióropuszy traw, porastających szczeliny bezładnie porozrzucanych skałek, nie poruszał najlżejszy podmuch. Z nieba lał się żar, a w górze zataczała kręgi para rozleniwionych sępów.

– Mało co widać – mruknął Morawski. – Ciągle dymi jak cholera.

Od miejsca, gdzie sawanna wciskała się wąskim paskiem między skalne obramowanie Bukłaka, dzielił nas dobry kilometr. Filipiak skończył swą szarżę sto metrów bliżej i właśnie z tego miejsca rozlewała się ogromna chmura czarnego dymu. Któryś z pojazdów palił się od dłuższego czasu. Nie zdziwiłbym się, gdyby paliły się wszystkie.

– Były dwa wybuchy – powiedziałem cicho. Nie musiałem podnosić głosu: wszyscy trzej leżeliśmy jeden obok drugiego, dokładnie tam, gdzie kończyła się stromizna. Nikt nie miał sił odpełznąć.

– Może raz chybił. – Wziął się w garść, podniósł lornetkę.

– Ale raz trafił.

– Tak. – Ręce drżały mu już trochę mniej. – Nie stawialiby zasłony. To guzik pomoże przeciw termowizji, a ich samych oślepi. Ktoś dostał.

– Amunicja nie rąbnęła – zauważył przytomnie Szyszkowski.

– Czyli raczej nie czołg – dopowiedziałem nie całkiem pewnie.

– Więc pewnie bewup – mruknął Morawski, nie odrywając szkieł od oczu. – Drugi łakomy kąsek. Kupa ludzi nim jechała, nie mieścili się w środku. No i ciągnął działko.

Obrócił się na brzuch, zaczął systematycznie penetrować widnokrąg. Nie zajęło mu to wiele czasu, ale też teren, choć poszatkowany skałkami, nie obfitował w miejsca mogące skryć śmigłowiec.

– Co teraz będzie, panie majorze? – zapytał Szyszkowski.

– Czekamy – wyręczyłem Morawskiego.

– Nikt nic nie widział… Jak z tym walczyć? Wszystkich nas powybija, a my nawet…

– Uszami – przerwał mu spokojnie Morawski. – Jak będzie leciał, żeby nas wybijać, usłyszysz go odpowiednio wcześnie. A wtedy skurwiela zestrzelimy. Proste? Proste.

Nie wiem, czy w to wierzył, ale zabrzmiało dobrze.

Usiadł i zwrócił lornetkę na południe.

– Co ten skurczybyk wykombinował? Chyba nie zgłupiał aż tak, by próbować wyjechać z powrotem tą samą drogą?

– On jedzie? – zapytałem niepewnie. Domyślałem się, która z ciemnych plamek jest samurajem, lecz nic ponadto.

– Już nie, ale po coś tam jechał. – Westchnął. – Nie widzę ich.

– Bo mają olej w głowie, a nie w nogach – zauważyłem cierpko.

– Przestrzeliliście nam koło – przypomniał.

– Bo radio diabli wzięli.

– Nie mów mi o radiach, bo szlag mnie trafi. – Obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni, ku porzuconej ciężarówce. – Mam nadzieję, że chociaż Wołynow nie zapomniał…

– Co robią?

– Kopią. Delikatnie. Prawie nie widać kurzu.

– Dużo im to pomoże na rakietę – mruknął Szyszkowski.

– Nie strzela się z pepeka do dwóch ludzi.

– Chyba że Amerykanie – zauważyłem. – Ich stać.

– Tych tutaj chyba nie. – Morawski wrócił do oglądania horyzontu. – Nie strzelali do samochodów. Chociaż mogli. – Postukał w zasobnik, który omal nie przyprawił mnie o zawał. – To za mało, żeby ich powstrzymać. Jeśli mają rakiety o zasięgu ośmiu kilometrów…

– Wierzysz w ten rosyjski śmigłowiec?

Zwlekał z odpowiedzią. Sępy, uznawszy nas za mało perspektywiczny posiłek, poszybowały w okolice pnącego się skośnie wąwozu, który Wołynow przyrównał do szyjki bukłaka.

Bukłak. Z całych sił starałem się nie myśleć o szklankach, butelkach, puszkach, miskach, kałużach, rynsztokach…

– To nie Rosjanie – stwierdził dość obojętnie Morawski. – Rosja to ostatni kraj, który może jeszcze powiedzieć Stanom: „Sprzedajemy nowoczesną broń, komu chcemy, a wasze zakazy mamy wiecie, gdzie”.

– To nie takie proste od czasu, kiedy Bill zaczął finansować Borysa.

– Amerykańska opinia publiczna nie pospada z krzeseł, jeśli się dowie, że jeden Murzyn zabił drugiego ruską rakietą. Co innego, gdyby rosyjski rząd choć lekko zamoczył palec w ataku na siły ONZ. A my w dodatku jesteśmy z NATO. To byłby niezły wstęp do trzeciej światowej. Ale nawet nie w tym rzecz.

– A w czym? – zapytałem, wachlując się czapką. Było cicho, cisza pachniała burzą. Wolałem rozmawiać, niż bezsilnie czekać.

– Handel bronią to mimo wszystko sprawa drugorzędna. Liczą się interesy strategiczne. A ani Rosji, ani Stanom nie podoba się tutejsza partyzantka i faceci pokroju Sabaha. Pamiętam, że jak formowano kontyngent, jedni i drudzy omal nie przysłali wojsk. Tyle że Ruskim zabrakło forsy, a Biały Dom się rozmyślił, bo to niebezpieczne, a ropy zero. Ale są po naszej stronie. I całe szczęście. Gdyby ktoś bronił dobrego imienia któregoś z supermocarstw, już byśmy nie żyli. Stać je na więcej niż jeden śmigłowiec, w dodatku oszczędzający na rakietach. Trochę mnie pocieszył.