Naprzeciw siedzi w sklepiku stary Żyd z krzaczastymi siwymi brwiami. Handluje sznurkami. Spogląda na mnie, krzywi się, jakby go zęby bolały. Nie jest w stanie patrzeć spokojnie na ten mój interes. Odwraca się, oczy do nieba wznosi, spluwa.
Długo tak siedział i się męczył. Nie wytrzymał. Zamknął swój straganik, stanął przy mnie — i zaczął się handel. Rzucam mu arbuzy, które wskazuje mi kościstym paluchem, i nim zdążę wyciągnąć arbuza ze stosu, łapie w locie poprzedni, waży, podaje, odbiera należność, wydaje resztę, pokazuje mi następny, i jeszcze zdąży do każdego się uśmiechnąć. W dodatku nie wybiera byle arbuza, ale ze znajomością rzeczy: a to pogoni mnie na szczyt piramidy, a to z dołu każe wyciągnąć, a to z drugiej strony, a to znowu z tej. I do wszystkich z uśmiechem. I do niego wszyscy się uśmiechają, wszyscy go znają. Wszyscy go pozdrawiają: — Dziękujemy, wujaszku! W ciągu godziny załatwił całą kolejkę. A piramida zmalała o połowę. Ledwie uporaliśmy się z kolejką, wywala mi kupę pieniędzy: banknoty trzyrublowe, porwane ruble, czasami nawet piątka się trafi. Drobne złożył na osobną kupkę, żeby było z czego resztę wydawać.
— Oto — powiada — twój utarg. Schowaj do prawej kieszeni, jest dość, żebyś mógł się rozliczyć za ten dzień ze swoim kołchozem. A wszystko co dziś jeszcze utargujesz pakuj śmiało do lewej kieszeni.
— No, wujaszku, nie zapomnę wam tego do końca życia!
— To nie wszystko — powiada. — To był dopiero wykład z praktyki. Teraz słuchaj teorii.
Przyniósł kartkę papieru. Napisał na niej: l kg — 17 kopiejek; 2 kg — 34 kopiejki, i tak aż do dziesięciu. Ale z kilogramami nie miałem większych kłopotów, problemy zaczynały się z gramami. Na to też miał swój sposób: napisał w osobnym słupku: 50, 100, 150…
— Kopiejka jest niepodzielna, dlatego za 50 g można nie brać ani grosza, a można wziąć jedną kopiejkę. Jedno i drugie w porządku. Za 100 g możesz wziąć Jedną kopiejkę, albo i dwie. Od dobrego człowieka bierz zawsze minimum, a od normalnego zawsze maksimum.
Szybko notuje mi odpowiednie ceny… 750 — minimum 12 kopiejek, maksimum — 13.
— Jakże wy tak szybko rachujecie?
— Ja nie rachuję, ja znam ceny.
— Do diabła! — mówię. — Przecież ceny stale się zmieniają!
— No i co tego? Jeśli każą ci od jutra sprzedawać, powiedzmy, po 18 kopiejek, to znaczy, że na przykład za 5 kg i 92 dkg można wziąć minimum 1,06 rubla, a maksimum 1,08 rubla. Gramy też trzeba zaokrąglać: porządnym ludziom w dół, a normalnym w górę. Porządnym ludziom dawaj porządne arbuzy, normalnym — normalne.
Odróżnić porządny arbuz od normalnego potrafię bez trudu. Porządny arbuz ma wysuszony ogonek i na boku żółtą łysinkę. Tylko jak odróżnić porządnych ludzi od normalnych? Jeśli spytam, to mnie przecież wyśmieje. Westchnąłem, ale wszak i ja muszę kiedyś zmądrzeć, więc zebrałem się w sobie, i zapytałem…
Aż przysiadł. Długo wzdychał, kiwał głową, nadziwić się nie mógł mojej głupocie.
— Przyuważ gospodynie z pobliża, te, które codziennie u ciebie kupują. Im właśnie dawaj co lepsze arbuzy po minimalnej cenie. Jest ich niewiele, ale będą cię wychwalać, reklamę ci zrobią, że niby ten właśnie najucz-ciwszy, skrupulatny i słodkie arbuzy sprzedaje. To one nagonią ci klientów. Jeśli dwie koło ciebie stoją, znaczy się zaraz dziesięć następnych stanie w kolejce. Ale to już są nabywcy jednorazowi. Im właśnie dawaj arbuzy zwyczajne, słabsze, i po maksymalnej cenie. Jasne?
Karton z wypisanymi cenami zawiesił mi nad głową. Z zewnątrz nie widać, ale dość, bym głowę zadarł do góry, że niby sumuję — i wszystko mam przed oczami.
No i ruszył handel. Szybko, sprawnie, dochodowo. Pierwszorzędne arbuzy! Doskonałe! Komu, komu, bo idę do domu. Już na drugi dzień okoliczne gospodynie zaczęły mnie rozpoznawać. Uśmiechają się. Sprzedaję im arbuzy po minimalnej cenie — i uśmiech. Wszystkim pozostałym po maksymalnej — i też z uśmiechem.
Od jednego kupującego ułamek kopiejki. Od drugiego — tak samo. Nagle zrozumiałem sens przysłowia, że pieniądz idzie do pieniądza. Nie oszukiwałem nikogo, po prostu zaokrąglałem te drobne ułamki na swoją korzyść, ale stopniowo w lewej kieszeni pojawiły się pierwsze wymięte banknoty trzyrublowe, podarte jednorublówki, czasem nawet piątka.
Co podliczę dochód — stale mam nadwyżkę pieniędzy. Oddam kołchozowi utarg, a w lewej kieszeni ciągle przybywa. Pojawiła się nawet szeleszcząca dycha. Poszedłem do wujaszka Miszy. Podaję mu banknot.
— Wielkie dzięki — mówię. — Nauczyliście mnie życia.
— Głupiś — powiada wujaszek. — O, tam, milicjant stoi. Jemu daj. Ja mam swoich dość.
— Dlaczego milicjantowi? — dziwię się.
— Ot tak — mówi. — Podejdź i daj. Nie ubędzie ci. A milicjantowi sprawisz przyjemność.
— Przecież nie popełniam żadnego przestępstwa. Po co mam mu dawać?
— Daj, powiadam ci — sroży się wujaszek Misza. — A kiedy będziesz wręczać, nie gadaj wiele. Zwyczajnie wsadź mu do kieszeni i zjeżdżaj.
Podszedłem do milicjanta. Stoi surowy, w szarej bluzie, szyja spocona, oczy ołowiane. Aż strach bierze. Ani drgnie. Do kieszonki na piersi wsuwam mu tę dziesiątkę zwiniętą w rulonik. Nawet nie zauważył. Stoi jak posąg, okiem nie mrugnie. Nieporuszony. Przepadły, myślę, moje pieniążki. Nawet nie poczuł, jak mu wsunąłem.
Następnego ranka milicjant znowu na posterunku. — Dzień dobry, Witia — mówi.
Dziwne. Skąd może wiedzieć, jak mi na imię?
— Witajcie, obywatelu naczelniku — odpowiadam.
A co wieczór przyjeżdżał samochód z kołchozu. Odpalą chłopcy ze dwie, trzy tony arbuzów, a ja rozliczam się za miniony dzień: były równo dwie tony, sprzedałem 1.816 kg, 184 kg zostały — same zgniłki i poobijane. Oto utarg: 308 rubli 72 kopiejki. Muzyki zważą, odrzuty, zanotują w papierach — i do domu. A ja ładuję poobijane arbuzy do kosza i przez cały targ taszczę je na wysypisko. Na tym procederze przyłapał mnie wujaszek Misza. Jęczy, biadoli, nadziwić się nie może mojej głupocie. — Po co — mówi — czas tracisz na tę ciężką, brudną robotę, i w dodatku bez żadnej dla siebie korzyści?
— Jakiż z nich pożytek? — pytam zdumiony. — Któż te zgniłki i odpady zachce kupić?
Znowu za głowę się złapał, oczy do nieba wznosi. Nie musisz ich, powiada, sprzedawać. Ale też nie ma potrzeby taszczyć na wysypisko. Zostaw je, odłóż na bok. Jutro przyjdzie kontrola, a ty pokaż je znowu, razem z tymi, które jutro pojadą na odrzut. Sprzedaż dajmy na to 1.800 kg, a mów, że tylko 1.650. Za trzy dni sprzedasz znowu 1.800, a pokażesz wszystkie zgniłki i odpady z trzech dni: że niby tylko 1.500 udało ci się upłynnić.
Tak też wszystko się potoczyło.
— Nie podniecaj się za bardzo — poucza wujaszek Misza. — Chciwość zgubą frajerów.
Tyle sam już zrozumiałem. Staram się panować nad sobą. Jeżeli zbieram dziennie po 150 kg odpadów, to nie pokazuję więcej niż 300 kg, chociaż mógłbym bez kłopotów zaserwować im nawet pół tony. Na tych poobijanych arbuzach zgarniałem dziennie do lewej kieszeni po 25 rubli. W kołchozie przez miesiąc bym tyle nie zarobił. A i z tych ułamków kopiejek co nieco zawsze się uzbierało. No i jeszcze parę sekretów podszepnął mi diodia Misza.