Nad ranem opadliśmy z sił. Trzy godziny wycofywaliśmy się z rejonu zrzutu, klucząc i zacierając ślady. Kurtki przemoczone. Twarze zaczerwienione. Pot spływa strumieniami. Serce łomocze, jakby chciało się wyrwać z piersi. Język wywalony, jak u psa w upał. Takie są zawsze początki. Za trzy, cztery dni już się wciągniemy i będzie szło jak po maśle. Pierwszy dzień jest zawsze bardzo ciężki. Pierwsza noc i dwie kolejne doby — straszne. Później już z górki.
— Psy we wsi szczekają. To zły znak. Na pewno obcy ludzie.
Tyle wie każdy głupi. Któż inny mógłby w tej głuszy i tak wczesną porą rozdrażnić wiejskie psy?
— Obejdziemy. Ruszamy w lewo.
— Po lewej zasadzka KGB. O, w tamtym lasku. Ptaki krążą nad drzewami.
Też racja. Kto je oderwał w powietrze w taki mróz? Ptaki o tej porze siedzą na gałęziach, nastroszone, pokryte szronem. Jasne, że w tamtym kierunku droga odcięta. Pozostaje jedynie marsz przez wąwozy i wiatrołomy. Droga dla wilków i dywersantów z grupy Specnazu.
— Gotowi? Naprzód.
Normy okrutne. Osiem kilometrów na godzinę.
Wieczór. Mróz tężeje. W ciągu dnia przeszliśmy 67 kilometrów, w tym dwa odpoczynki. Czas, by znowu walnąć się w śnieg.
— Ni cholery, darmozjady — syczy dowódca. — Wczoraj trzeba się było wyspać.
Dowódca wściekły. Grupa nie wytrzymuje tempa marszu. Grupa też wściekła. Zapada noc. To źle. W ciągu dnia grupa może przyczaić się w śniegu, w krzakach, w moczarach — i przeczekać. Ale nigdy w nocy. Noc została wymyślona do pracy. Jesteśmy jak prostytutki — pracujemy po nocach. Jeżeli w dzień nie wypocząłeś, w nocy nie masz na co liczyć.
— Nie żreć śniegu! — wrzeszczy dowódca. — Nogi powyrywam!
To nie do mnie. To groźby pod adresem Czyngis-chana i Żelazka. Mnie zobowiązuje pełniona funkcja. Obserwator. Nie wolno mi brać śniegu do ust. Gdybym nie był obserwatorem, już po cichutku nałykałbym się białej wilgoci. Całymi garściami wpychałbym do gęby. Gorąco. Strumyki potu spływają po czole. Całe szczęście, że czaszka wygolona, bo miałbym na głowie jeden wielki kołtun. Kurtki parują na plecach. Wszystko przepocone, wszystko skute mrozem. Całe ubranie zesztywniałe, jakby z desek uszyte. Przed oczami — pomarańczowe kręgi. Grupa nie wytrzymuje tempa marszu… Nie żreć śniegu!… Powyrywam!… Nie gap się daleko przed siebie — zdechniesz. Lepiej patrzeć pod nogi, cały czas — do ogłupienia. Machinalnie przestawiasz narty, nie irytuje nieosiągalny horyzont.
— Osły patentowane! Lenie! — wścieka się dowódca. — Patrzeć przed siebie! Wpadniemy w zasadzkę! Negatyw przegapił światełko po lewej. Uważaj, Negatyw, kijem zęby ci porachuję.
— Naprzód, dupy wołowe!
Świta. W mroźnej mgle nad liliowymi wierzchołkami jodeł wypłynęło kosmate, nadęte słońce. Mróz hula w leśnych przesiekach.
Leżymy w zagajniku. Drugi raz tej nocy. Czekamy na powrót wysłanej na rozpoznanie czujki. Twarze trupio blade. Nogi jak kłody. Trzeba unieść je do góry, żeby krew odpłynęła. To przynosi ulgę. Radiotelegrafiści leżą plecami na śniegu, nogi opierają o swoje kontenery. Pozostali też trzymają nogi w górę. Od zrzutu minęła doba. Cały czas w marszu. Co trzy, cztery godziny stajemy na kwadrans odpoczynku. Dwóch obserwuje sytuację, dwóch wyrusza na zwiad. Reszta kładzie się na plecach i z miejsca zasypia. Carl de la Duchesse odrzucił głowę, spod rozpiętej kurtki wypływa obłoczek pary. Płatek śniegu o nadzwyczaj regularnych kształtach powoli opadł na jego odsłoniętego gardło i zaraz się rozpłynął. Oczy mi się kleją. Jakby ktoś nasypał popiołu pod powieki. Dobrze by było zmrużyć oczy, zamknąć je i nie otwierać jakieś sześćset minut. Dowódca grupy trze podbródek, zły znak. Jest w parszywym humorze. I zastępca jego Piącha też ponury. W kierunku węzła łączności armii pancernej sunęło równocześnie z różnych stron pięć grup dywersyjnych. Rozkaz był prosty: ci, którzy do trzeciej nad ranem zdołają dotrzeć do węzła, o godzinie 3.40 ruszą do ataku. Ci, którzy nie zdążą na czas nie wezmą udziału w akcji, obejdą węzeł łączności wielkim łukiem, po czyni ruszą do następnego celu. Nasza 43. grupa nie zdążyła. Dlatego ponury jest dowódca. Z oddali dobiegają odgłosy wybuchów i długie serie z broni maszynowej. To znaczy, że strzelają z bliskiej odległości. Dystans zerowy. Co najmniej trzy grupy dotarły na czas. Ale choćby zdążyła tylko jedna grupa, zdjęła wartę i pojawiła się w węźle łączności u schyłku lodowatej nieprzytulnej nocy… O, jedna grupa może masę zwojować przeciw węzłowi łączności, ogrzanemu w ciepłych kontenerach, przeciw spasionym łącznościowcom-okularnikom, przeciw rozpustnym i zawistnym telegrafistkom. Przykro dowódcy, że jego żołnierze nie zdążyli do tak ponętnego celu. Jest przekonany, że grupa lejtnanta Złego dotarła na czas. Pewnie i starszy sierżant Rek zdążył swoich chwatów doprowadzić na miejsce. Rek, to znaczy Rekin. Starszy sierżant ma zęby ostre, mocne, ale nierówne, jakby rosły w dwóch rządach. Dlatego właśnie obdarzono go mianem Rekina. A może nie tylko dlatego. Zgrzyta nasz dowódca zębami. Jest oczywiste, że dzisiaj grupie nie popuści. Trzymać się, dupy wołowe.
Śpimy. Mija jedenasta doba tej operacji. W ciągu dnia nie sposób wychylić głowy. Śmigłowce latają bez przerwy. Na wszystkich drogach posterunki. Na skraju każdego lasu — zasadzka. Pojawiła się cała masa fałszywych obiektów: baterie rakietowe, węzły łączności, punkty dowodzenia. Żołnierze Specnazu ruszają do ataku — i wpadają w pułapki. Batalion stracił już dziesiątki grup dywersyjnych. Nie wiemy, ile. Co noc otrzymujemy zrzuty lotnicze: amunicję, ładunki wybuchowe, żywność, czasem spirytus. Taka troskliwość może oznaczać tylko jedno: nie zostało nas wielu. W tych dniach grupa wykryła linię radiotelefoniczną, o której istnieniu nasz sztab nie rniał dotąd pojęcia. Badając kierunek anten nadawczych i odbiorczych grupa zlokalizowała też potężny węzeł łączności i punkt dowodzenia zapleczem. Piątego dnia operacji grupa po raz pierwszy uruchomiła nadajnik, by zakomunikować o swoim odkryciu. Głównodowodzący 13. Armii osobiście wyraził nam podziękowanie, po czym rozkazał wycofać się z tego rejonu. Z pewnością został obrobiony rakietami, albo lotnictwem. Siódmego dnia grupa połączyła się z czterema innymi, tworząc oddział dywersyjny kapitana o przezwisku Czwarty Zbędny. Oddział w pełnym składzie przeprowadził atak na lotnisko, l to podczas ćwiczebnego startu pułku myśliwskiego. Bez strat oddalił się od prześladowców i rozbił się na drobne grupki. Nasza dotychczasowa 43. grupa chwilowo nie istniała, rozbita na dwie: 43-1. i 43-2. Teraz połączyły się na nowo. Ale z aktywnej pracy na razie nici: śmigłowce w powietrzu, posterunki na drogach, zasadzki w lasach, pułapki wokół obiektów strategicznych. A mimo to robimy swoją robotę: 8. Gwardyjska Armia Pancerna sparaliżowana niemal w stu procentach — zamiast prowadzić operacje bojowe zajmuje się wyłapywaniem dywersantów na własnych tyłach.
Dzień dobiega końca. Przez całą dobę nikt nas nie niepokoił. Wypoczęliśmy. Nasza grupa pozostaje niewykryta, bowiem dowódca jest przebiegły jak wąż. Okazuje się, że wołają nań właśnie Waż. Wytropił nieprzyjacielski magazyn amunicji, i pod tym magazynem koczujemy od trzech dni. Tutaj założyliśmy swoją bazę, tu przechowujemy cały ciężki sprzęt. A po nocach część grupy bez zbędnego obciążenia wyrusza na dalekie wypady, dokonuje śmiałych napaści, wraca do bazy. Wszystkie pozostałe grupy, które ukrywały się w nieprzebytych borach dawno już zostały wytrzebione. A my się jeszcze trzymamy. Trudno przeciwnikom wyobrazić sobie, że naszą bazę mają pod samym bokiem, i dlatego helikoptery nam nie dokuczają. A na zasadzki i posterunki trzeba uważać.