Ileż ich patrzy na nas z zimnej czarnej otchłani! Jeśli spojrzymy na Wielką Niedźwiedzicę, to tuż koło jasnej gwiazdy, tej przy załamaniu dyszla, można dostrzec jedną gwiazdkę zupełnie malutką. Być może wcale nie jest malutka, lecz po prostu bardzo oddalona. Być może jest to wielkie świecidło otoczone dziesiątkami planet. A może to galaktyka, z miliardami gwiazd…
Nie jesteśmy sami we Wszechświecie, to oczywiste. W kosmosie są miliardy planet, bardzo podobnych do naszej. Na jakiej podstawie mielibyśmy uważać, że stanowimy wyjątek? Nie jesteśmy wyjątkiem. Jesteśmy tacy sami, jak wszyscy inni. Możemy się różnić co najwyżej kształtem i kolorem oczu. Mieszkańcy jednej planety mają oczy błękitne, jak pułkownik Krawców, ktoś inny ma oczy zielone, trójkątne, z odcieniem szmaragdu. Ale na tym, najwyraźniej, kończą się wszelkie różnice. Pod każdym względem jesteśmy jednakowi — co jeden to zwierzę. Naturalnie, bywają różne zwierzęta: myślące, cywilizowane i bezmyślne. Jedne różnią się od drugich tym, że starają się zamaskować swoją zwierzęcą naturę. Dopóki mamy dość żywności, ciepła i samic, dopóty stać nas na dobroć i współczucie. Ale gdy tylko natura i los stawiaj ą sprawę na ostrzu noża — jeden ma przeżyć, drugi zdechnąć — bez wahania wpijamy się pożółkłymi kłami w gardło sąsiada, brata, matki.
Każdy z nas jest bestią. Ja — z pewnością, i nie staram się tego ukryć. I mieszkaniec dwunastej planety krążącej wokół pomarańczowego słońca, zagubiony w otchłani bezimiennej galaktyki — to również zwierz, tyle że udaje dobrego, l szef wywiadu 13. Armii pułkownik Krawców to też zwierzę. To bestia, jakich mało. O, siedzi sobie przy ognisku, patykiem żar rozgarnia. Niewysoki, zadbany, przystojna młoda twarz, z lekka wyniosła. Szeroki, ujmujący uśmiech, ale kąciki ust zawsze trochę opuszczone: oznaka opanowania i determinacji. Druzgocące, przenikliwe spojrzenie sprawia, że rozmówca zaczyna mrugać, spuszczać wzrok. Wypielęgnowane, nieproleta-rłackie dłonie. W szlifach pułkownika bardzo mu do twarzy. Ludzie jego pokroju miewają czasem dziwaczne skłonności. Niektórzy zbierają ponoć zardzewiałe kopiejki. Ciekawe, jaką pasję ma nasz pułkownik? Dla mnie, dla nas wszystkich jest prawdziwą zagadką. Wiemy o nim bardzo mało; on wie o każdym z nas wszystko. To zwierzę. Niepozorne, krwiożercze, śmiertelnie niebezpieczne. Wie, czego chce, i zmierza prosto do celu. Znam jego gwiazdę przewodnią. Na imię jej WŁADZA.
Siedzi przy ognisku i czerwone odblaski miotają się po jego męskiej twarzy. Czarny regularny profil. Czerwone cienie. Nic więcej. Żadnych przejść. Żadnych kompromisów. Jeśli popełnię choć jeden błąd, zgniecie mnie, zniszczy. Jeżeli go oszukam, wyczyta to z moich oczu. Potężny łeb.
— Suworow, chcesz o coś zapytać?
Jesteśmy sami przy ognisku, w niewielkiej zapadlinie zagubionej w bezkresnym stepie. Nasz samochód stoi ukryty w zaroślach, kierowca odpoczywa. Czeka nas długa jesienna noc.
— Tak, towarzyszu pułkowniku, dawniej już chciałem was zapytać… Macie pod swoimi rozkazami setki młodych, sensownych, doskonale zapowiadających się oficerów, świetnie wyszkolonych, o wykwintnych manierach… A ja jestem chłop, nie czytałem wielu książek,
o których mówicie, nie jest mi łatwo w waszym kręgu… Nie interesują mnie pisarze i malarze, którymi wy się zachwycacie… Dlaczego wybraliście właśnie mnie?
Długo krząta się przy czajniku, najpewniej zastanawiając się, czy ma powiedzieć jak zwykle coś o mojej pracowitości i pojętności, czy wyłożyć prawdziwe powody. W czajniku warzy morderczy napój: mieszankę kawy z koniakiem. Wypijesz, i przez dobę oka nie zmrużysz.
— Powiem ci, Wiktor, całą prawdę, bo sam ją rozumiesz, bo trudno cię oszukać, bo powinieneś ją znać. Żyjemy w okrutnym świecie. Jedyna szansa przeżycia, to piąć się do góry. Jeżeli staniesz w miejscu, stoczysz się w dół i zatratują cię ludzie, którzy po twoich gnatach gramolą się wzwyż. Nasz świat to krwawa bezkompromisowa walka systemów, a zarazem walka jednostek. W tej walce każdy potrzebuje pomocy i wsparcia. Ja też potrzebuję pomocników, zdecydowanych na wszystko, gotowych w imię zwycięstwa podjąć śmiertelne ryzyko. Muszę mieć pewność, że nie zdradzą mnie w najtrudniejszej chwili. Aby to osiągnąć, istnieje tylko jeden sposób: wybierać pomocników z samych dołów. Zawdzięczasz mi wszystko i jeżeli mnie wywalą, to wywalą również ciebie. Jeśli wszystko utracę, to i ty stracisz wszystko. Wyciągnąłem cię z tłumu nie z uwagi na twoje zdolności, lecz dlatego, że jesteś człowiekiem z tłumu. Nie jesteś nikomu potrzebny. Wystarczy, że coś mi się przydarzy, i znowu wylądujesz w tłumie, tracąc władzę i przywileje. Ten sposób doboru pomocników i ochrony osobistej jest stary jak świat. Tak postępowali wszyscy władcy. Zdradzisz mnie, stracisz wszystko. Mnie dokładnie tak samo wyłowiono z motłochu. Mój protektor pcha się do góry i ciągnie mnie za sobą. Licząc na moje wsparcie w każdej sytuacji. Jeżeli on zginie, komu będę potrzebny?
— Wasz protektor to generał-lejtnant Obaturow?
— Tak. Wziął mnie do swojej grupy, kiedy był jeszcze majorem, a ja lejtnantem… Niezbyt fortunnym.
— Ale i on komuś służy. Jego też ktoś ciągnie w górę?
— Ma się rozumieć. Ale to już nie twoja sprawa. Możesz być pewny, że jesteś w odpowiedniej grupie i że generał-lejtnant Obaturow ma wpływowych protektorów w Sztabie Generalnym. Ale ja znam cię dobrze, Suworow. Czuję, że nie tu cię boli. W czym rzecz?
— Opowiedzcie mi o Akwarium.
— To też już wiesz? Tego słowa nie mogłeś nigdzie usłyszeć. Znaczy, gdzieś je widziałeś. Zaraz, zaraz, powiem ci, gdzie je widziałeś.
— Na odwrocie portretu.
— Ach tam? Słuchaj uważnie, Suworow: nigdy nikogo o to nie pytaj. Akwarium zbyt poważnie traktuje własne tajemnice. Ty zapytasz, a oni wezmą cię na hak. Nie, ja nie żartuję. Za żebro, i w górę. Nie powinienem ci mówić o Akwarium. Mógłbyś opowiedzieć to komuś, a on jeszcze komuś, potem nastanie moment, gdy wypadki potoczą się inaczej i kogoś aresztują, dowiedzą się, gdzie usłyszał to słowo, on wskaże ciebie, a ty mnie.
— Sądzicie, że jeśli zaczną mnie torturować, sypnę wasze nazwisko?!
— Co do tego nie mam wątpliwości, i ty też możesz być pewny. Tylko głupcy powiadają, że twardy wytrzymuje na torturach, a słabeusz pęka. Bzdury. Po prostu są dobrzy oficerowie śledczy albo źli. Akwarium ma dobrych śledczych… Jeżeli trafisz na konwejer, przyznasz się do wszystkiego, łącznie z tym, czego nigdy nie było… Ale… ja wierzę, Wiktor, że ani ty, ani ja nie wylądujemy na konwejerze, i dlatego powiem ci coś niecoś o Akwarium…
— Co za rybki tam pływają?
— Tylko jeden gatunek: piranie.
— Pracowaliście w Akwarium?
— Nie, ominął mnie ten zaszczyt. Może kiedyś, w przy szłości… pewnie uważają, że nie mam jeszcze dość ostrych zębów. No więc słuchaj. Akwarium to centralny gmach II Zarządu Głównego Sztabu Generalnego, znaczy się Głównego Zarządu Wywiadowczego GRU. Wywiad wojskowy istnieje pod różnymi nazwami od 21 października 1918 roku. W owym czasie Armia Czerwona stanowiła już potężny organizm. Armią kierował Sztab Generalny, jej mózg. Ale posunięcia Sztabu cechowała powolność i brak precyzji: organizm był ślepy i głuchy. Wszelkich informacji dotyczących przeciwnika dostarczała CzK. To tak, jakby mózg rejestrował informacje przekazywane nie przez własne oczy i uszy, lecz dostarczane z zewnątrz. A i czekiścł zawsze traktowali zapotrzebowania pochodzące od wojska jako drugorzędne. Inaczej zresztą być nie może: tajna policja ma swoje priorytety, a Sztab Generalny swoje. I choćby nie wiem ile dostarczano mu informacji, nigdy nie będzie dość. Wyobraź sobie, że następuje fiasko operacji. Kogo pociągnąć do odpowiedzialności? Sztab Generalny zawsze może powiedzieć, że nie miał odpowiednich informacji o przeciwniku, i stąd klapa. I zawsze będzie miał słuszność, bowiem choćbyś nagromadził diabli wiedzą ile danych, szef Sztabu Generalnego zawsze może zadać ci jeszcze milion pytań, które pozostaną bez odpowiedzi. Oto powód, dla którego zdecydowano przekazać wywiad wojskowy w jego ręce. Od tej chwili jeżeli brakuje informacji, sprawa jest jasna: jest to wina samego Sztabu.