Выбрать главу

— I KGB nigdy nie dążyło do przejęcia kontroli nad GRU?

— Zawsze. Również dziś. Jeden raz udało się to Jeżowowi: był jednocześnie szefem NKWD i wywiadu wojskowego. Zapłacił za to własną głową: skupił w swoich rękach zbyt wielką władzę. Posiadał wyłączną kontrolę całej tajnej działalności. W oczach najwyższego kierownictwa jest to straszliwy monopol. Dopóki istnieją przynajmniej dwie tajne organizacje, toczące między sobą skrytą walkę, dopóty można nie obawiać się spisku w łonie jednej z nich. Póki są dwie organizacje, działa prawo konkurencji i obie lepiej pracują. Dzień, w którym jedna z nich pochłonie drugą, będzie ostatnim dniem istnienia Politbiura. Ale Politbiuro do tego nie dopuści. Działalność KGB ogranicza się do wrogich organizacji. Wewnątrz kraju MWD wykonuje bardzo podobną robotę. MWD i KGB gotowe są pożreć się wzajemnie. Ponadto w kraju funkcjonuje jeszcze jedna tajna policja: Kontrola Ludowa. Stalin, nim został dyktatorem, stał na czele tej właśnie instytucji. A za granicą przeciwwagę dla tajnej działalności KGB stanowi Akwarium. GRU i KGB toczą nieustanną walkę o źródła informacji, i dlatego obie instytucje odnoszą takie sukcesy.

Milczę, trawiąc wszystko, co usłyszałem. Przede mną długa noc. Trzydzieści metrów od nas w wierzbinie ukryty jest wielki nadmuchiwany model rakiety Pershing — dokładna kopia amerykańskiego oryginału. Ubiegłej nocy cały batalion Specnazu zrzucono niewielkimi grupkami z dala od tego miejsca. Zawody. Marszruta — 307 kilometrów. Na trasie pięć punktów kontrolnych: rakiety, radar, sztab. Grupa, która pierwsza przebędzie ten dystans wykrywając wszystkie obiekty i komunikując ich dokładne współrzędne, otrzymuje urlop i złoty zegarek dla każdego. Wszyscy żołnierze zwycięskiej grupy zostaną młodszymi sierżantami, sierżanci — starszymi sierżantami… Przemarsz grup kontrolują wyżsi oficerowie wydziału wywiadowczego. Sam Krawców zwykle lata śmigłowcem wzdłuż trasy, jednak dziś postanowił udać się na punkt kontrolny i na pomocnika wybrał mnie.

— Zdaje się, że nadchodzą.

— Potem pogadamy.

VI

Kilka kamyków poruszonych nieostrożnym stąpnięciem stacza się w dół. Do rozpadliny bezszelestnie jak wąż wślizguje się gigantyczny cień. Płomień ogniska w pierwszej chwili oślepił barczystego dywersanta. Wpatruje się w nasze twarze i, rozpoznając Krawcowa, melduje:

— Towarzyszu pułkowniku, 29. grupa rajdowa drugiej kompanii Specnazu. Dowódca sierżant Poliszczuk.

— Witamy, sierżancie.

Sierżant odwraca się w stronę grupy i cicho gwiżdże, naśladując głos susła. Po nasypie zatrzeszczały podeszwy dywersantów. Dwaj zajmują stanowiska na grzbiecie: obserwacja i obrona. Telegrafista błyskawicznie montuje antenę. Dwaj inni rozciągają brezent: pod płachtą będzie czarował szyfrant grupy. Zwyczajny śmiertelnik nie ma prawa znać tajemnicy komunikatów, dlatego szyfranta na czas pracy zawsze przykrywa się brezentem. W warunkach bojowych dowódca grupy odpowiada głową za jego bezpieczeństwo — no i za bezpieczeństwo szyfrów, ma się rozumieć. Gdyby grupa znalazła się w zagrożeniu, dowódca ma obowiązek zabić szyfranta, a księgę kodów i aparaturę szyfrującą zniszczyć. Jeżeli tego nie wykona, odpowie głową nie tylko on osobiście, ale również cała grupa.

Komunikat już gotowy, widzimy go wszyscy. Zwyczajna taśma filmowa z kilkoma rzędami perforacji. Wsuwa się ją prosto do radiostacji. Nadajnik jeszcze nie jest włączony ani wyregulowany. Telegrafista śledzi wskazówkę chronometru, i raptem wciska guzik. Radiostacja włącza się, nastraja automatycznie na właściwą częstotliwość, wciąga w swe czeluści perforowaną kliszę, i za moment ją wypluwa. Gasną kolorowe lampki na nadajniku. Cały seans łączności nie trwał dłużej niż sekundę. Radiostacja dosłownie strzela ładunkiem informacji.

Szyfrant przykłada do taśmy zapaloną zapałkę; złośliwy syk — i w mgnieniu oka taśma znika. Tylko z wyglądu przypomina zwyczajny film. Spala się równie szybko, jak nadajnik przesyła zakodowany komunikat.

— Gotowi? Podskoki! Dobra! Naprzód marsz!

Ostry jest sierżant Poliszczuk, wymagający. Zajeździ swoją grupę, nie da chwili wytchnienia. Na razie wszystko gra. Ale nie mów hop, dopóki nie przeskoczysz. Co będzie jeżeli grupa zdechnie po pierwszych dwustu kilometrach? Dowódcom pozostawiono dużo swobody w podejmowaniu decyzji. Chcesz — możesz zatrzymać grupę. Chcesz — połóż j ą spać. Chcesz — rób postój co 10 minut. Tylko jeśli grupa wyląduje wśród dziesięciu najsłabszych, to jednego możesz być pewny: spadną z twoich naramienników sierżanckie belki i zostaniesz zdegradowany do stopnia szeregowca; na twoje miejsce czyha już wielu chętnych.

— Towarzyszu pułkowniku, 11. grupa pierwszej kompanii. Dowódca sierżant Stolarz.

— Witajcie, sierżancie. Róbcie swoje, nie zwracajcie na nas uwagi.

— Tak jest! Nosorożec i Brzydkie Kaczątko, na nasyp!

— Tak jest!

— Rzygacz!

— Rozkaz!

— Dawaj łączność.

— Jest łączność!

— Gotowi? Podskoki! Dobra! Naprzód marsz!

Teraz grupy posypią się jedna po drugiej. Tak to jest zawsze na zawodach. Kilka grup wymyka się daleko do przodu, następnie idzie w krótkich odstępach — albo i bez odstępów — główna masa, na końcu spóźnialscy, ci, którzy wypadli z trasy. Niektórzy odpoczywają przy naszym ognisku godzinę, inni dwie. Niektórzy stają tylko na chwilę, by nawiązać łączność, przekazać doniesienie — i dalej w drogę. Tuż koło nas kilka grup szykuje sobie niewymyślną kolację. Na manewrach nie wolno rozpalać ogniska, i komandosi gotują na suchym paliwie. Ale na zawodach nie zabrania się korzystać z ognia. Na zawodach liczy się przede wszystkim dokładność orientacji, szybkość, precyzja wyznaczania współrzędnych i łączność. Reszta jest mało ważna.

Od ogniska dochodzą smakowite zapachy. Dywersanci pieką kurę. Pieką ją specjalnym sposobem: obcięli głowę i łapki, wypatroszyli, ale nie oskubali, oblepili grubą warstwą mokrej gliny — i do żaru. Aromat roznosi się na wszystkie strony. Wkrótce kura upieczona. Odłupuje się warstwę wypalonej gliny, razem z gliną odchodzi całe pierze, i ociekający tłuszczykiem ptaszek gotów na stół.

— Towarzyszu pułkowniku, zapraszamy do nas.

— Dziękuję. Gdzieście wytrzasnęli kuraka?

— Dziki, towarzyszu pułkowniku. Bezdomny.

Podczas zawodów chłopcy ze Specnazu nierzadko „dzikiego” prosiaczka zdobędą, albo kurę czy kogucika. Czasem trafią się dzikie ziemniaki, dzikie pomidory l ogórki, dzika kukurydza. Inna grupa właśnie gotuje kukurydzę w wielkim czajniku.

— A skąd czajnik?

— Jak by tu powiedzieć. Leżał na drodze. Pomyśleliśmy, że niepotrzebnie się marnuje. Skosztujcie kukurydzy! Znakomita.

Krawców ma zasadę przyjmować każde zaproszenie prostego żołnierza z wdzięcznością, jakby go zapraszał szef sztabu okręgu albo sam głównodowodzący. Bez żadnej różnicy. Wokół ogniska zapanowało ożywienie.