Żartowniś z pułkownika. Każdy dywersant gotów w ogień za niego skoczyć. Niełatwo pozyskać sobie u nich taki mir. Podporządkowują się każdemu przełożonemu, ale szanuj ą bynajmniej nie każdego, i przebiegły komandos znajdzie tysiąc sposobów, by okazać dowódcy szacunek, albo jego brak. A za co szanują Krawcowa? Za to, że nie ukrywa swojej zwierzęcej natury i ukryć się nie stara. Dywersanci wierzą głęboko, że ludzka natura jest nieodwołalnie zepsuta. Wiedzą to najlepiej. Każdego dnia ryzykują własne życie i każdego dnia mają okazję obserwować człowieka na granicy śmierci. Wszystkich ludzi dzielą na dobrych i złych. Dobry, to — w ich pojęciu — człowiek, który nie ukrywa siedzącego w nim zwierzęcia. A taki, co usiłuje udawać dobrego, jest wręcz niebezpieczny. Najgroźniejsi są ci, którzy sami głęboko wierzą, że są dobrzy. Odrażający, ohydny przestępca może zamordować jednego człowieka, dziesięciu, stu, ale nigdy nie zabija milionów. Miliony mordują ci, którzy mają się za samą dobroć. Osobnicy pokroju Robespierre'a nie wywodzą się spośród zbrodniarzy, lecz właśnie spośród dobrych, humanitarnych. Gilotyny też nie wymyślili przestępcy, ale humaniści. Najstraszliwsze zbrodnie w dziejach cywilizacji są dziełem ludzi, którzy nie pili, nie palili, nie zdradzali swoich żon i karmili wiewiórki z ręki.
Chłopcy, z którymi wcinamy właśnie kukurydzę, są przekonani, że człowiek może być dobry tylko do określonej granicy. Jeżeli życie przyciśnie, ludzie dobrzy staną się źli, i może to nastąpić w najbardziej niewłaściwej chwili. Aby nie dać się znienacka zaskoczyć taką przemianą, lepiej nie mieć z dobrymi do czynienia. Lepiej zadawać się z tymi, którzy dzisiaj są źli. Wiesz przynajmniej, czego możesz oczekiwać, gdy fortuna kły wyszczerzy. Pod tym względem dla nich pułkownik Krawców to swój gość. Powiedzmy, idzie ulicą piersiasta dziwa. Pośladki przewalają się, jak dwa arbuzy w siatce. Co dywersant zrobi w takiej sytuacji? Ano, przynajmniej wzrokiem ją zgwałci, jeżeli nie można inaczej. Pułkownik Krawców zachowa się identycznie, bez żenady. Za to go szanują. Niebezpieczny jest ten, kto nie ogląda się za kobietą. Niebezpieczny jest ten, kto stara się pokazać, że go te rzeczy w ogóle nie interesują. Tacy właśnie bywają skrytymi sadystami i zabójcami.
Krawców nie należy do tej kategorii. Lubi płeć piękną (a kto nie lubi?) i nie czyni z tego tajemnicy. Lubi władzę — po cóż miałby się kryć ze swoją namiętnością?
A lubi ją bardzo. Każdą władzę. Poczułem to, gdy po raz pierwszy zobaczyłem, jak bił „kukłę”. Była to apoteoza siły i bezwzględnej władzy.
„Kukła” to człowiek. Człowiek do treningu. Gdy toczysz walkę ze swoim towarzyszem, wiesz z góry, że cię nie zabije. On też wie, że go nie zabijesz. Dlatego taka walka traci sens. Natomiast „kukła” może cię zabić, a i ciebie nikt nie zgani, jeżeli połamiesz jej żebra, albo przetrącisz kręgosłup.
Mamy odpowiedzialną pracę i ręka nie ma prawa nam zadrżeć w krytycznej chwili. I nie zadrży. Żeby nasi dowódcy byli o tym całkowicie przekonani, podsuwają nam do treningu „kukły”. To nie myśmy wpadli na ten pomysł. „Kukła” była w użyciu już znacznie wcześniej, ale nazywano ją inaczej. W CzK mówiono o niej „gladiator”, w NKWD — „wolontariusz”, w SMIERSZ-u{W latach 1943-46 kontrwywiad wojskowy, podległy Ludowemu Komisariatowi Obrony (przyp. tlum.).} — „robinson”, u nas — „kukła”.
„Kukła” jest to przestępca, skazany na karę śmierci. Podeszłych wiekiem, chorych, słabowitych, tych, którzy za dużo wiedzą, likwiduje się zaraz po ogłoszeniu wyroku. Ale co silniejszych i krzepkich wykorzystuje się jeszcze przed śmiercią dla wzmocnienia potęgi naszego państwa. Krążą pogłoski, że skazanych na śmierć posyła się do kopalni uranu. Bzdura. Uran wydobywają zwyczajni więźniowie. Skazanego na śmierć wykorzystuje się znacznie bardziej produktywnie. Na przykład robi się zeń „kukłę” w Specnazie, z pożytkiem dla obu stron. My możemy ćwiczyć kolejne chwyty, nie patyczkując się z przeciwnikiem, a dla niego to odroczenie kaźni.
Dawniej gladiatorów czy „kukieł” starczało dla wszystkich. Teraz brakuje. Wszystkiego u nas brak. A to mięsa, a to chleba, no i wreszcie zabrakło „kukieł”. A zapotrzebowanie bynajmniej nie maleje — i powstaje wąskie gardło. Dlatego zaleca się w miarę ostrożne używanie „kukieł”, by służyły jak najdłużej. Ta dyrektywa nie wpływa w istotny sposób na przebieg ćwiczeń. Tobie nie wolno partnera za bardzo kaleczyć, ale on nie ma żadnych hamulców. W każdej chwili może wpaść w furię. Nie ma nic do stracenia. Może ci śmiało kark ukręcić. Dlatego walka z „kukłą” przynosi stokroć więcej pożytku, niż ćwiczenia z instruktorem, albo kolegą. Zmagania z „kukłą” to prawdziwa walka, prawdziwe ryzyko.
W całym batalionie Specnazu tylko jeden wydzielony pluton zawodowców jest dopuszczony do treningu z „kukłami”. Trzy zwyczajne kompanie dywersyjne nie mają w ogóle pojęcia o ich istnieniu. Pluton specjalny stacjonuje osobno, ukryty w Dubrowicy, wewnątrz karnego batalionu. Teren jest dobrze strzeżony i znalazło się tam miejsce dla „kukieł”.
Krawców nie lubi darmo ryzykować, ale lubi władzę. Dlatego za każdym razem, gdy trafi do Dubrowicy, wkłada dres i idzie sam potrenować na „kukłach”. Ćwiczy długo, zapamiętale. Twardziel.
Tochę wody, pół puszki kawy rozpuszczalnej, solidna porcja koniaku — i na ogień. Ten barbarzyński wywar musi się długo gotować. Wystarczy kilka łyków, i skaczesz jak młode koźlę. Przyjemny aromat łaskocze powonienie.
Szary świt. Zimna mgła. Gryzący dym od ogniska. Znowu zostaliśmy sami.
— Wiele Bezpieka naszej krwi wyssała?
— Masz na myśli całą armię, czy tylko GRU?
— I armię, i GRU.
— Wiele.
— Dlaczego tak wyszło?
— Byliśmy bardzo naiwni. My służyliśmy Ojczyźnie, a czekiści służyli samym sobie i partii.
— Czy to się może jeszcze powtórzyć?
— Tak, jeżeli będziemy równie naiwni, jak dawniej…
Warzy swoją miksturę, a mnie się widzi, że to mój los się waży. Nie przypadkiem znalazł się ze mną sam na sam w odludnym stepie. Nie przypadkiem prowadzi takie rozmowy. Opowiadając o Akwarium powierzył mi swój los. Przecież mogę go zniszczyć. Po co idzie na takie ryzyko? Ani chybi spodziewa się po mnie tego samego.
Jestem gotów ryzykować razem z Krawcowem i dla niego. Ale jak mam to wyrazić?
— Nie możemy dopuścić, by to się powtórzyło. W imię dobra naszej Ojczyzny musimy być silni. Armia nie może ustępować siłą KGB…
Nagle czuję, że tu właśnie czegoś ode mnie oczekuje i z miejsca podchwytuję:
— Nie możemy im na to pozwolić. Monopol władzy w rękach czekistów może zadusić radziecką władzę…
— Ale monopol władzy wojskowej też może zniszczyć władzę radziecką. Tego się, Wiktor, nie obawiasz? — Patrzy mi prosto w oczy.
— Nie.
— Co byś robił na moim miejscu? Na miejscu radzieckich marszałków i generałów?
— Utrzymywałbym ścisłe kontakty z kolegami. Jeżeli jeden jest zagrożony, wszyscy generałowie i marszałkowie powinni go bronić. Musimy być solidarni.
— Wyobraź sobie, że taka solidarność już istnieje. Tajna, ma się rozumieć. Wyobraź sobie, że partia i KGB postanowiły któregoś z nas strącić. Jak pozostali mają zareagować? Ogłosić strajk? Podać się zbiorowo do dymisji?
— Myślę, że powinniśmy odpowiedzieć ciosem na cios. Ale nie uderzać we wszystkich naszych wrogów, tylko wybierać najbardziej niebezpiecznych. Jeśli macie osobiście kłopoty z miejscowym kierownictwem partyjnym albo z Bezpieczeństwem, to nie wy powinniście się z nimi bić, lecz wasi przyjaciele z całego Związku powinni zadawać waszym wrogom skrytobójcze ciosy…