— Ładnie powiedziane: „pracowita prostytutka”.
— Nie ma się z czego śmiać, nie jesteśmy wcale lepsi od prostytutek, też wykonujemy nie całkiem czystą robotę ku czyjemuś zadowoleniu, i za nasz ciężki trud płacą nam nieźle. Nie bardzo lubisz swój zawód, ale jesteś pracowity, i to mi wystarcza. Nalewaj sam.
— A wam?
— Kropelkę. Dwa palce. Starczy. Słuchaj, po co cię wezwałem. Przeżyć na naszej zasranej planecie można tylko pod warunkiem, że przegryza się gardziele innym. Taką możliwość daje władza. Utrzymać się przy władzy można jedynie drapiąc się wzwyż. Ja ciebie ciągnę do góry, ale potrzebuję też twojej pomocy, każdej, choćby i kryminalnej. Kiedy wdrapiesz się za mną nieco wyżej, sklecisz własną grupę, i będziesz ciągnąć ją za sobą, a ja będę ciągnąć ciebie, a mnie jeszcze ktoś inny. I wszyscy razem będziemy wypychać naszego głównego lidera w górę. Nagłym ruchem chwycił mnie za kołnierz:
— Zdradzisz, pożałujesz!
— Nie zdradzę.
— Wiem. — Patrzy surowo. — Możesz zdradzać kogo dusza zapragnie, choćby nawet Ojczyznę Radziecką, ale nie mnie. Nie waż się nawet o tym pomyśleć. Ani ci to w głowie, wiem, po twoich oczach diabelskich widzę. No, dopijmy, i fajrant. Jutro przyjdziesz do pracy o siódmej, i na dziewiątą przygotujesz do zdania wszystkie papiery. Zostałem mianowany szefem Zarządu Wywiadowczego Karpackiego Okręgu Wojskowego. Zabieram do Zarządu swoją ekipę. Oczywiście, biorę nie wszystkich i nie od razu. Niektórych przerzucę później. Ale ty jedziesz ze mną już teraz. Doceń.
Nie wiem, co się ze mną dzieje. Coś nie w porządku. Budzę się w środku nocy i długo gapię w sufit. Gdyby wysłali mnie gdzieś umierać w obronie czyichś interesów, zostałbym bohaterem. Nie żal mi życia, zupełnie go nie potrzebuję. Bierzcie, kto chce. No, bierzcie! Zapadam w krótki, niespokojny sen. I diabli unoszą mnie hen, daleko. Odlatuję wysoko, wysoko. Od Krawcowa. Od Specnazu. Od bezlitosnej walki. Jestem gotów walczyć. Jestem gotów gryźć gardziele. Tylko po co to wszystko? Walka o władzę, to bynajmniej nie bitwa w obronie Ojczyzny. W obronie Ojczyzny? Broniłem już, Ojczyzno, twoich interesów w Czechosłowacji. Nieprzyjemne zajęcie, powiedzmy wprost. Lecę coraz wyżej i wyżej. Z niedościgłych wysokości ogarniam wzrokiem mój nieszczęsny kraj ojczysty. Jesteś, mój kraju, ciężko chory. Nie wiem, co cię trawi. Może szaleństwo. Nie wiem, jak ci pomóc. Trzeba kogoś zabijać. Ale nie wiem, kogo. Dokąd lecę? Może do Boga? Boga nie ma! A może jednak do Boga? Boże, miej mnie w opiece!
Rozdział 5
Lwów to najbardziej zagmatwane miasto świata. Tak właśnie budowano przed wieloma wiekami — żeby wrogowie nie mogli odnaleźć centrum. Natura zrobiła co w jej mocy, by pomóc budowniczym: wzgórza, wąwozy, wijąca się rzeczka. Spiralnie pokręcone lwowskie uliczki wyrzucają nieproszonego gościa albo na jej brzeg, albo do urwistego wąwozu, albo w ślepy zaułek. Pewnie i ja jestem temu miastu wrogiem. Za nic nie mogę odszukać centrum. Zza drzew migocą kopuły cerkwi. Jest tuż-tuż… Wystarczy obejść kilka domów… Ale zaułek prowadzi mnie w górę, znika pod mostem, potem kilka ostry skrętów — i już nie widzę cerkwi, nie bardzo nawet wiem, w jakim jest kierunku. Trzeba wrócić do punktu wyjścia i zacząć wszystko od nowa. To również kończy się niepowodzeniem. Droga zagłębia się w gęstą pajęczynę krzywych, garbatych, ale zaskakująco schludnych uliczek, i wreszcie wyrzuca mnie na hałaśliwy bulwar, po którym suną malusieńkie jak zabawki tramwaje. Nie, to niemożliwe, nie potrafię odnaleźć się w tym mieście, na nic całe moje dywersyjne przygotowanie.
— Taksówka! Hej, taksówka! Do sztabu okręgu!
— Do Pentagonu?
— No właśnie, do Pentagonu.
Potężne budynki sztabu Karpackiego Okręgu Wojskowego zostały wybudowane całkiem niedawno. Miasto nazywa szklane bryły Pentagonem.
Lwowski Pentagon to kolosalna organizacja, przytłaczająca nowicjusza mnóstwem wart, oficerskich epoletów i generalskich lampasów.
Jednak w rzeczywistości wszystko nie jest tak bardzo skomplikowane, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Sztab okręgu wojskowego dowodzi obszarem o powierzchni RFN i o liczbie ludności sięgającej siedemnastu milionów; odpowiada za nienaruszalność władzy radzieckiej na tym terenie, za mobilizację ludności, przemysłu i transportu w razie wojny. Ponadto sztab okręgu kieruje działaniami czterech armii: powietrznej, pancernej i dwóch ogólnowojskowych. Podczas wojny przekształca się w sztab frontu i dowodzi ich operacjami bojowymi.
Organizacja sztabu okręgu odpowiada strukturze sztabu armii, z tą różnicą, że każda jednostka jest o stopień wyżej. Sztab składa się z zarządów, a nie z wydziałów, z kolei zarządy dzielą się na wydziały, a wydziały na grupy. Znając organizację sztabu armii można się tu orientować bez większych trudności.
Wszystko jest jasne, proste i logiczne. Nasza grupa nowo przybyłych stara się sprawdzić wyniesione wiadomości i wszędzie wścibia nosy: — Co to jest? Dlaczego tak, a nie inaczej? Po co?
Generał-major Bierestow został odwołany ze stanowiska szefa wywiadu Karpackiego Okręgu Wojskowego, wraz z nim wyniosła się cała jego ekipa: starcy na emeryturę, młodzi na Syberię, na Nową Ziemię, do Turkiestanu. Na szefa wywiadu wyznaczono pułkownika Krawcowa, i teraz my — jego ludzie — przechadzamy się bezceremonialnie szerokimi korytarzami lwowskiego Pentagonu. Wybudowano go stosunkowo niedawno i specjalnie z przeznaczeniem na kwaterę sztabu okręgu. Całość przemyślano co do najmniejszych szczegółów. Nasz II Zarząd zajmuje całe piętro w wewnętrznym bloku kolosalnego kompleksu budynków. Jedyny feler — wszystkie okna wychodzą na wielki, pusty, wybetonowany dziedziniec. Pewnie ze względów bezpieczeństwa. Brak ładnego widoku za oknami to chyba jedyna wada, poza tym wszystko się nam podoba. Odpowiada nam sensowne rozplanowanie pomieszczeń, wielkie okna, przestronne gabinety. Ale najbardziej odpowiada nam odejście naszych poprzedników, którzy do niedawna kontrolowali wywiad w całym okręgu, łącznie z 13. Armią. A teraz zrządzeniem losu rozrzuciło ich po najdalszych zakątkach imperium. Władza to rzecz wielce delikatna, krucha. Władzę należy trzymać mocno. I zarazem ostrożnie.
Cała nasza ekipa, ja również, bardzo szybko zadomawiamy się w nowym miejscu. Robota ta sama, tyle że z większym rozmachem. Ciekawsza. Zdążyli mnie tutaj poznać i nawet uśmiechają się do mnie w sztabie. Mam dobre stosunki z chłopcami z „Inkwizycji”, to jest z grupy tłumaczy; szyfranci z węzła łączności i operatorzy z centrum nasłuchu radiowego sypią dowcipami. Znają mnie już także poza samym II Zarządem. Przede wszy^ tkim w planowaniu bojowym — w I Zarządzie. Planowanie bojowe bez naszych prognoz nie może istnieć. Ale nie mają wstępu do II Zarządu, więc wołają nas do siebie:
— Witia, co też nieprzyjaciel knuje w tym tygodniu w Bitburgu?
Bitburg to amerykańska baza lotnicza w RFN. Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę pogrzebać w moich papierach. Dziesięć minut później jestem z powrotem.
— Aktywność na lotnisku w granicach normy, z jednym wyjątkiem: w środę przylatują z USA trzy transportowce C-141.
Z takich prognoz operatorzy są zadowoleni: „Udał nam się facet!”