Выбрать главу

Operatorzy nie mają prawa wiedzieć, kto nam zapewnia świeże „dostawy”. Ale operator też człowiek, też czyta powieści szpiegowskie, dlatego każdy domyśla się z pewnością, że Krawców ma swojego agenta w którymś ze sztabów NATO. Rzeczonego superszpiega nazywają w rozmowach „ten facet”. „Tego faceta” wychwalają i są zeń bardzo zadowoleni oficerowie planowania bojowego. Rzeczywiście, ma Krawców kilku zwerbowanych ludzi. Każdy okręg wojskowy werbuje cudzoziemców dla otrzymywania informacji i dla dywersji. Tyle że w tym przypadku „ten facet” nie ma z tym nic wspólnego. Wszystko co dociera od tajnej agentury, Krawców przechowuje w sejfie i udostępnia bardzo nielicznym. Dane, którymi karmimy planowanie bojowe pochodzą z dużo bardziej prozaicznych źródeł. Te źródła to tak zwane harmonogramy aktywności. Ów sposób zdobywania informacji sprowadza się do uważnego śledzenia aktywności nadajników i radarów przeciwnika. Każda radiostacja, każdy radar ma swoje dossier: typ, przeznaczenie, dyslokacja, przyporządkowanie, częstotliwość robocza. Bardzo wiele komunikatów potrafi rozszyfrować nasz V Zarząd. Ale są też nadajniki, których kody przez całe lata pozostają dla nas zagadką. Na nich właśnie koncentrujemy uwagę, to są bowiem kluczowe radiostacje. Rozumiemy treść komunikatów czy nie rozumiemy — tak czy owak zakłada się harmonogram aktywności danej stacji, w którym odnotowujemy każdy seans łączności. Każdy nadajnik ma swoje własne, niepowtarzalne cechy, szczególną „melodię”. Jedne stacje nadają w dzień, drugie w nocy, inne mają przerwy w pracy, jeszcze inne nie mają. Systematyczne śledzenie i analiza każdego wyjścia w eter pozwala dosyć dokładnie przewidzieć ich zachowanie.

Ponadto aktywność radiostacji bezustannie konfrontuje się z działaniem wojsk przeciwnika. Bezcenne są dla nas informacje dostarczane przez kierowców radzieckich ciężarówek jeżdżących za granicę, konduktorów pociągów, załogi Aerofłotu, sportowców i, naturalnie, pochodzące od naszej agentury. Są to najczęściej wiadomości wyrywkowe i oderwane: „Alarmowy wymarsz dywizji”, „Bateria rakietowa wybyła w nieznanym kierunku”, „Zmasowany start wszystkich samolotów”. Nasz komputer porównuje te sygnały z aktywnością w eterze. Odnotowuje się wszystkie prawidłowości, uwzględnia się przypadki szczególne i odstępstwa od reguł. I oto po wieloletnich analizach można wreszcie stwierdzić: „Skoro RB-7665-1 rozpoczęła nadawanie, to znaczy, że za cztery dni wystartują wszystkie jednostki powietrzne z bazy w Ramstein”. Jest to żelazna reguła. Jeżeli niespodziewanie odezwie się nadajnik, który określamy jako C-1000, to nawet dziecko będzie wiedziało, że amerykańskie wojska w Europie otrzymały rozkaz zwiększenia gotowości bojowej. A gdyby na przykład…

— Słuchaj, Witia, my oczywiście wiemy, że nie wolno o tym gadać… Ale tego, wiesz… Jak by ci to powiedzieć… No, tak w ogóle to ochraniajcie tego faceta.

III

Sprawdzają mnie. Całe życie będą mnie sprawdzać. Taka praca. Sprawdzają, czy jestem zrównoważony, sprawdzają na wytrzymałość, na orientację, na wierność. Sprawdzają nie tylko mnie. Wszystkich sprawdzają — do kogo się uśmiechasz, do kogo się nie uśmiechasz, z kim pijesz, z kim śpisz. Jeżeli z nikim — znowu sprawdzanie: a dlaczego?

— Wejdź.

— Towarzyszu pułkowniku, starszy lejt…

— Siadaj — pada rozkaz.

Siedzę przed pułkownikiem Marczukiem, nowym zastępcą Krawcowa. Radziecki wywiad wojskowy nie posiada żadnych szczególnych dystynkcji. Każdy chodzi w mundurze tej formacji, z której trafił do wywiadu. Ja na przykład jestem czołgistą. Krawców — artylerzystą. W zarządzie wywiadowczym mamy piechotę, lotników, saperów, chemików. Pułkownik Marczuk jest lekarzem. W bordowych klapach munduru — złotą czaszę oplata wąż. Ładne insygnia mają medycy. Żołnierze tłumaczą tę symbolikę po swojemu: chytry jak waż i od kielicha nie stroni.

Marczuk utkwił we mnie ciężkie, przytłaczające spojrzenie. Hipnotyzer, czy jak? Poczułem się wręcz nieswojo, ale nie spuszczam oczu. Przeszedłem pod tym kątem solidne przygotowanie. Każdy żołnierz Specnazu ćwiczy się na psach. Jeżeli patrzeć psu głęboko w ślepia, żaden ludzkiego wzroku nie wytrzymuje. Człowiek może powstrzymać rozwścieczonego psa samym tylko spojrzeniem. Co prawda tylko jednego, a nie całą zgraję. Gdy masz do czynienia ze sforą, musisz pomóc sobie nożem.

Patrzysz psu w oczy, a kozikiem go pod bok, pod bok. Wtedy przenosisz wzrok na następnego.

— No, tak, Suworow, obserwujemy cię uważnie. Dobrze pracujesz, jesteśmy z ciebie zadowoleni. Masz głowę jak komputerek… nie wyregulowany. Ale można cię wyregulować. Jestem przekonany. Inaczej nie zagrzałbyś tutaj miejsca. Pamięć masz doskonałą i odpowiednią zdolność analitycznego myślenia. Masz też gust. Dziewczynę z grupy kontrolnej upatrzyłeś sobie na medal. Pierwsza klasa. Znamy ją. Wszystkich trzymała na dystans. Niezły z ciebie ananas… A zdawałoby się, cicha woda…

Nie rumienię się. Nie jestem pensjonarką. Jestem bojowym oficerem. Moja skóra też nie z tych delikatnych. Mam skórę i krew Azjaty. Inna fizjologia, nie rumienię się. Ale swoją drogą, w jaki sposób, pies ich trącał, wywiedzieli się o mojej dziewuszce?

— Wiem, Suworow, że to niemiłe, ale musimy takie rzeczy wiedzieć. Musimy wiedzieć o tobie wszystko. Taką mamy robotę. Obserwujemy cię i wyciągamy odpowiednie wnioski, i najczęściej są to wnioski pozytywne. Najbardziej podoba nam się, że tak szybko wyzbywasz się własnych wad. Już prawie nie masz lęku wysokości ani klaustrofobii. Z krwią też nie najgorzej. Nie boisz się krwi, a to w naszej profesji rzecz wyjątkowo istotna. Nie straszna ci śmierć. Dobrze sobie radzisz z pieskami. Musisz się co prawda jeszcze trochę podciągnąć. Natomiast z płazami nie dajesz rady. Co, boisz się?

— Boję się — wyznałem szczerze. — A skąd wiecie?

— Nie twoja sprawa. Twoją sprawą jest pokonać ten strach. Czegóż się boisz? Widzisz, nawet mam takie gadziny w klapach. Są ludzie, którzy pałaszują żaby ze smakiem.

— Chińczycy?

— Nie tylko, Francuzi też.

— Gdyby głód przycisnął, wolałbym, towarzyszu pułkowniku, ludzkie mięso pożerać…

— Wcale ich głód nie przyciska. Dla nich żaby to delikatesy. Nie wierzysz?

Pewnie, że nie wierzę w takie głupoty. Propaganda, że niby we Francji bieda. Jeżeli będzie nalegać, to zgodzę się, oczywiście, że francuski proletariat żyje w nędzy. Ale to tylko na głos. W głębi ducha swoje wiem. Dobre mają życie we Francji, proletariat nie jada żab. Ale nie oszukasz Marczuka. Bez trudu dostrzegł w moich oczach wątpliwości.

— Chodź ze mną. — Przechodzimy do sali kinowej, gdzie wyświetlają nam zakazane filmy z życia wroga. Marczuk nacisnął guzik i na ekranie mignęła kuchnia, kucharze, żaby, kotły, purpurowa sala restauracyjna, kelnerzy, konsumenci. Nie wyglądali na sztukmistrzów, a żabie udka wcinali w rzeczy samej.

— No i jak?

A co tu można powiedzieć? Na pozór wszystko gra. Ale w kinie nie tylko żabę — samego Hitlera można na plasterki pokrajać. Inna sprawa, gdyby pułkownik sam żabę połknął. O tak, wtedy bym uwierzył.

— No i jak? — ponawia pytanie. Co mam począć? Powiem, że uwierzyłem, i zaraz się przyczepi: jakże ty wywiadowca, podobne bzdury przyjmujesz za dobrą monetę? Pokazuję ci różne głupoty, a ty w to wszystko wierzysz? Jakże ty, oficer informacji, odróżnisz w takim razie prawdziwe dokumenty od podrobionych?

— Nie — powiadam — nie mogę w to uwierzyć. Falsyfikat. Tandeta. Jeżeli ludzie nie mają nic do jedzenia, to w najgorszym razie mogą zjeść kota albo psa. Dlaczego od razu żaby? — Nie ulega dla mnie wątpliwości, że film spreparowano dla celów szkoleniowych. Test na spostrzegawczość? Bardzo proszę. Ot, jakiego puszystego pudełka trzymała paniusia na kolanach! Chcą sprawdzić, czy go zauważyłem. No pewnie, że tak! I stąd wyciągam wniosek, na który tak bardzo czekacie: żaden normalny człowiek nie będzie jadł żab, skoro ma jeszcze pudla w rezerwie. Ewidentny brak logiki. A Marczuk zaczyna się denerwować.