— Za żaby trzeba płacić, i to słono.
Milczę. Nie podejmuję dyskusji. Każdy wie, że żaby nie mogą być drogie. Ale przyznaję pułkownikowi rację, dyplomatycznie zapewniając sobie możliwość odwrotu:
— Sadło uderza im do głowy. Burżuazyjna degeneracja.
— No proszę. Nareszcie uwierzył. Pokazałem ci ten film, żebyś wiedział, że ludzie je jedzą, a ty się brzydzisz nawet dotknąć. Jeśli mam być szczery, sam też nie wziąłbym do ręki żaby ani żmii, ale też nie muszę. Ty to co innego: jesteś, Wiktor, młodym, dobrze zapowiadającym się oficerem wywiadu i musisz przełamywać w sobie takie opory.
Aż mnie ścisnęło w dołku: czyżby zamierzali zmusić mnie do jedzenia tego obrzydlistwa?
Marczuk jest psychologiem. Czyta w moich myślach jak w otwartej księdze:
— Nie bój się, nie każemy ci zjadać żab. Być może żmije, ale nie żaby.
Fligranowy żołnierzyk. Twarzyczka jeszcze całkiem dziecinna. Rzęsy długie, dziewczęce. Komandos. Dywersant. Cztery bataliony dywersyjnej brygady Specnazu składają się z samych dryblasów. Idą przez miasteczko jak stado niedźwiedzi. Ale jedną kompanię skompletowano z żołnierzyków najróżniejszego kalibru, czasem zupełnie malutkich. Jest to wydzielona kompania zawodowców, znacznie groźniejsza niż cztery tamte bataliony razem wzięte.
Żołnierzyk ma wiotką szyję. Nazwisko nosi nierosyjskie — Kipa. Nie przypadkiem trafił do wydzielonej kompanii: bez wątpienia jest specjalistą w jakiejś szczególnej kategorii morderstw. Pewnego razu widziałem, jak odpierał atak czterech osobników odzianych w ochraniacze i zbrojnych w długie drągi. Bronił się zwyczajną saperką. Nie było w nim złości, tylko kunszt walki. Taki pojedynek zawsze przykuwa uwagę. Choćby nie wiem jak spieszył się dywersant, jeśli tylko zauważy, że na boisku toczy się walka, obowiązkowo przystanie na chwilę. Ach, jakaż to była wspaniała walka!
Ten sam żołnierzyk stoi właśnie przede mną. Będzie mnie czegoś uczyć… Zręcznym ruchem wyciąga z wiadra małą zieloną żabkę i wyjaśnia, że najlepiej oswajać się z nią przez zabawę. Z żabą można wyprawiać zadziwiające sztuczki. Można na przykład wstawić w nią słomkę i nadmuchać. Wówczas pływa cały czas na powierzchni i nie może nurkować; to bardzo zabawne. Żabkę można też ^rozebrać. Ot, taki mały strip-tease. Żołnierzyk wyciąga z kieszeni malutki scyzoryk i pokazuje, jak się to robi. Dwa niewielkie nacięcia w kącikach pyszczka i jednym ruchem ściąga z niej skórę. Okazuje się, że schodzi łatwo, jak rękawiczka. Rozebraną żabę Kipa puszcza na podłogę. Widać każdy mięsień, każdą kostkę i żyłkę. Żabka skacze po podłodze. Rechoce. Ma się wrażenie, że nie czuje bólu. Żołnierzyk wsadza rękę do wiadra, wyciąga następną żabę, ściąga z niej skórę, jakby obierał banana, też kładzie ją na posadzkę, skaczcie sobie razem, będzie wam raźniej.
— Towarzyszu starszy lejtnancie, pułkownik Marczuk polecił mi zaznajomić was z moim gospodarstwem, oswoić was troszkę z tymi bydlątkami.
— Ze żmijami też sobie tak swobodnie poczynasz?
— Dopiero z nimi sobie poczynam. Żaby trzymam tylko na karmę dla żmij.
— Te dwie też pójdą na żer?
— Rozebrane? No pewnie. Czemu mają się zmarnować?^ Bierze obie gołe żabki i prowadzi mnie do pomieszczenia, gdzie trzyma żmije. Straszliwa wilgoć i duchota. Podnosi jakąś pokrywę i wkłada żaby do wielkiego terrarium, w którego rogu zastygła szara, odrażająca gadzina.
— Co za paskudztwo tutaj trzymasz?
— Żmije, grzechotniki. Złożyliśmy zamówienie w wywiadzie Okręgu Turkiestańskiego na kobrę, ale jeszcze nie dotarła. Sama kobra to pestka, drogi jest transport. Trzeba ją w drodze grzać, dokarmiać, poić. To bardzo delikatne stworzenie: dość trochę tylko naruszyć reżim, zaraz wykorkuje.
— Kto cię nauczył tego wszystkiego?
— Nikt. Samouk jestem. Amator. Od dziecka mnie to bawiło.
— Lubisz j e?
— Lubię. — Powiedział to całkiem naturalnie, bez cienia pozy. I nagle zrozumiałem, że szelma nie kłamie… Chryste Panie! Do głowy by mi nie przyszło, że można lubić żmije!
W tym momencie obie gołe żaby przeraźliwie zaskrzeczały. To tłusta leniwa gadzina wreszcie zaszczyciła je swoją uwagą.
— Siadajcie, towarzyszu starszy lejtnancie. — Kątem oka zerkam na krzesło, czy nie zwinął się na nim jakiś zimny, oślizły padalec. Wzdrygając się przycupnąłem na brzeżku.
Kipa uśmiecha się:
— Jeszcze z dziesięć seansów i sami będziecie tu przybiegać.
Nie ziściła się jego przepowiednia. Czuję wciąż tę samą odrazę do żmij. Co prawda teraz jestem w stanie brać je do rąk. Wiem, jak należy je chwytać i patroszyć, potrafię piec węża na długim patyku albo na kawałku drutu. I jeżeli życie zmusi mnie do wyboru: zjeść człowieka albo zjeść żmiję, najpierw zjem żmiję.
Helikopter wysadził nas na bagnistej wysepce. Wkrótce powróci, by zabrać Krawcowa, a ja zostanę sam na punkcie kontrolnym.
— Jeżeli grupa zacznie od nawiązania łączności, bez zorganizowania obserwacji i obrony, z miejsca ładuj im jedną karną godzinę…
— Rozumiem.
— Za najdrobniejsze odstępstwo od regulaminu przygotowywania szyfrówek wycofaj całą grupę z zawodów.
— Rozumiem.
— Uważaj, żeby prawidłowo pili wodę. Nie wolno połykać wody. Trzeba nabrać troszkę do ust i przez kilka sekund trzymać w ustach, zwilżając język i krtań. Kto połyka wodę, ten nigdy się nie napije, ten się poci, temu stale wody brakuje, ten pierwszy odpada na trasie. Zobaczysz, że nieprawidłowo piją, wpisuj śmiało po pięć, nawet po dziesięć punktów karnych.
— Wszystko zrozumiałem, towarzyszu pułkowniku. Punkt kontrolny to dla mnie nie pierwszyzna. Może byście się zdrzemnęli? Helikopter przylatuje dopiero za godzinę. W sam raz, żeby zmrużyć oko. Przecież w ogóle nie śpicie.
— Ach, to nic, Wiktor. Kłopoty służbowe to pestka. Gorzej, gdy partia zaczyna dawać w kość. My mamy farta: we Lwowie stosunki między kierownictwem partyjnym i dowództwem okręgu są nienajgorsze. A w Rostowie dowódca Północno-Kaukaskiego Okręgu Wojskowego generał-lejtnant wojsk pancernych Litowcew robi już bokami. Uwzięli się na niego miejscowi macherzy partyjni do spółki z KGB.
Nie ma życia. Coraz to nowa skarga leci do KC. Więcej już spłodzili skarg i donosów, niż Dumas powieści napisał…
— I nikt mu nie może pomóc?
— Jak by ci powiedzieć… Ma wielu przyjaciół. Ale cóż można począć? Jesteśmy skrępowani masą zależności. Trzymamy się regulaminów, instrukcji, prawodawstwa wojskowego… Jak możemy mu pomóc nie przekraczając tych ram?
— Towarzyszu pułkowniku, może ja potrafię coś wskórać?
— Jakże ty, starszy lejtnant, mógłbyś pomóc generałowi?
— Długa noc przede mną, spróbuję coś wymyślić…
— W sumie nie ma tu wiele do myślenia… wszystko już zostało przemyślane. Trzeba działać. Oho, zdaje się, że słyszę helikopter… to pewnie po mnie. Słuchaj, Wiktor, na tych ćwiczeniach jest obecny mój kolega generał-major Zabałujew, szef wywiadu Północno-Kaukaskiego Okręgu\ Wojskowego. Pragnie osobiście zobaczyć, jak grupy Specnazu radzą sobie w terenie, ale nie chce peszyć chłopców swoją szarżą. Jutro zostanie z tobą na punkcie kontrolnym. Mundur ma zwyczajny, jak my wszyscy: szara bluza bez insygniów. Nie będzie się wtrącać do działań grup, chce się tylko przyjrzeć, no i pogadać z tobą… Jeżeli rzeczywiście gotów jesteś pomóc, zwróć się do niego…