— Myślicie, towarzyszu pułkowniku, że po zakończeniu zawodów będę musiał zachorować?
— Ode mnie takiego rozkazu nie usłyszałeś. Jeżeli sam czujesz, że trzeba, to inna sprawa. Ale wiesz, że w naszej służbie tak łatwo się nie choruje, potrzebne jest zaświadczenie lekarskie.
— Będzie zaświadczenie.
— W porządku, tylko uważaj: są sytuacje, gdy człowiek czuje się chory, a lekarz jest odmiennego zdania. Trzeba chorować tak, żeby lekarz nie miał wątpliwości. Musisz mieć rzeczywiście wysoką gorączkę. Wiesz, jak to bywa: czujesz się źle, a gorączki nie ma.
— Będzie gorączka.
— Dobra, Wiktor, życzę ci powodzenia. Masz czym nakarmić generała?
— Znajdzie się.
— Tylko nie pchaj się z gorzałą… chyba, że sam poprosi.
Dziewięć dni później zgłaszam się u pułkownika Krawcowa. Melduję, że po ćwiczeniach zachorowałem, ale teraz czuję się znacznie lepiej. Ma iskierki w oczach i karci mnie dobrotliwie. Dobrze wytrenowany oficer wywiadu nigdy nie choruje. Trzeba się kontrolować. Trzeba pędzić precz wszelkie choróbska. Nasze ciało podporządkowane jest naszej woli, wysiłkiem woli można wykurzyć każdą chorobę, nawet raka. Ludzie silni nie chorują. Chorują tylko ludzie słabi duchem.
Strofuje mnie, a sam aż promienieje. Nie potrafi powstrzymać uśmiechu. Uśmiecha się całkiem otwarcie. Tak uśmiechają się żołnierze po walce na bagnety: wara od naszych!
Wielu masz nieprzyjaciół, bracie-dywersancie. Przeciwko tobie jest wczesny świt i późny zmierzch. Bzyczące komary i huczący śmigłowiec to twoi wrogowie. Źle, gdy słońce bije w oczy, źle, gdy dościgną cię macki reflektorów. Niedobrze, gdy twoje serce galopuje jak oszalałe. Biada ci, gdy tysiąc elektronicznych radiolokatorów maca eter, wychwytując twój chrapliwy szept i urywany oddech. Zawsze jest, bracie, niedobrze. Ale bywa gorzej. Bywa całkiem źle. Całkiem źle jest wtedy, gdy pojawi się twój największy wróg. Jeszcze wiele wynajdą na ciebie chytrych sztuczek — przeciwpiechotnych min i elektronicznych czujników — ale największy wróg zawsze pozostanie ten sam. Twój największy wróg, mój przyjacielu, ma sterczące uszy, pożółkłe kły w kropelkach złej śliny, szarą sierść i długi ogon. Oczy piwne w żółte cętki i ryże futro pod obrożą. Twój największy wróg jest szybszy od ciebie. Wyczuwa nosem twoją obecność i gigantycznym skokiem rzuca się do gardła.
Oto on, twój wróg. Największy. Większego nie ma. Patrz, jak drań szczerzy zębiska. Sierść staje mu dęba. Ogon podwinięty. Uszy po sobie. Pręży się do skoku, Zaraz skoczy, bydlę. Nie ryczy, lecz charczy. Lepka ślina wokół pyska — ani chybi wściekły. W KGB każdy taki pies ma własne dosśier, a w nim specjalną rubrykę: „stopień złośliwości”.
Tam właśnie uczeni spece wpisują straszne słowa: „złośliwość dobra”, „złośliwość doskonała”. Ten potwór ma pewnie w swoim dossier same wykrzykniki. Potwór wabi się Mars i jest własnością podległej KGB jednostki ochrony pogranicza. Nie powiem, że specjalnie okazały. Widywałem większe psy. Ale Mars zna swój fach, i wszyscy o tym wiedzą.
To nie mnie przypadło dziś w udziale zmierzyć się z Marsem. Dziś pracuje z nim Żeńka Byczenko. Krzyknęliśmy Żeńce kilka słów na drogę: „Trzym się, stary!”, „Dopieprz mu!”, „Pokaż, co potrafi Specnaz!” — i tyle. W takich sytuacjach nie udziela się rad, nie jest to w zwyczaju. Każda porada, choćby najlepsza, może w krytycznej chwili rozproszyć uwagą — i niechybnie rozjuszone zwierzę chwyci za gardło. Dlatego wszelkich doradców posyła się do diabła.
Żeńka trzyma nóż w lewej ręce, a kurtkę — w prawej. Nie omotał dłoni kurtką. Trzymają po prostu w wyciągniętej ręce. Nie podoba się to psu. Jest inaczej niż zawsze. I nóż w lewej dłoni też mu się nie podoba. Dlaczego w lewej? Nie spieszy się psu. Przenosi swe zwierzęce spojrzenie z noża na gardło, z gardła na nóż. Raz po raz łypie na kurtkę. Czemu człowiek nie owinął jej wokół dłoni? Bryś wie swoim psim rozumem, że u człowieka tylko jedna ręka jest ważna, druga służy do odwracania uwagi. I on, pies, nie może sobie pozwolić na omyłkę. Musi rzucić się na tę straszniejszą rękę, na tę decydującą. Może by tak jednak do gardła? Łypie złym okiem, wybiera. Kiedy podejmie swoją psią decyzję, wzrok mu znieruchomieje — po czym runie naprzód. Człowiek na arenie i my, widzowie, czekamy na ten wiaśnie moment. Na ułamek sekundy przed decydującym skokiem, kiedy pies zamiera ze spojrzeniem wbitym w cel, a człowiek ma pierwszy wymierzyć cios. Ale Mars jest psem doświadczonym. Rzucił się nagle, bezgłośnie, bez ryku i charczenia. Rzucił się tak, jak tylko on potrafi. Nie było znieruchomiałych źrenic ani prężenia się do skoku. Jego wydłużony tułów zawisł raptem w powietrzu, jego paszcza, jego straszliwe oczy runęły niespodziewanie na Żeńkę, nawet nikt nie zdążył krzyknąć ani pisnąć. Nikt nie dostrzegł samego skoku. Spodziewaliśmy się go o sekundę później. Pies leciał na odsłonięte gardło Żeńki w zupełnie ciszy. Tylko kurtka śmignęła brytana po oczach, tylko czarna podeszwa błysnęła okuciem, tylko zawył pies, odlatując w najdalszy kąt. Zaryczeliśmy ze szczęścia. O-o-o-o-o!… Ryknęliśmy jak dzikie świnie. Wrzasnęliśmy z radości.
— Rżnij go, Żeńka! Kosą go! Nożykiem, nożykiem! Bierz szarego pod obcas, skończ z nim póki leży!
Ale Żeńka nie skopał skomlącego psa. Nie podźgał nożem ciężko dyszącej bestii. Przesadził barierę prosto w objęcia rozradowanej bandy Specnazu.
— Aleś mu dołożył. Żeńka! Buciorem w brzuszysko! W samym locie! Był tuż-tuż!!! Ależ facet!
A na arenie, w opiłkach, nad zdychającym psem płakał żołnierzyk w jasnozielonych epoletach, nie wiedzieć po co wkładał do skrwawionego pyska kostkę brudnego cukru.
Towarzyszu starszy lejtnancie, wzywa was szef sekcji kadrowej.
— Już idę.
Sekcja kadrowa jest najmniejsza w całym sztabie. W sztabach okręgów wojskowych na czele wydziałów stoją najczęściej pułkownicy, zarządami kierują generałowie, i tylko sekcją kadrową zarządza major. Ale kiedy oficera wzywają do tej sekcji, zaraz poprawia na sobie mundur, cały się podciąga. Co też mi, do diabła, zgotowali?! Sekcja kadrowa mieści się w niewielkiej sali: za biurkiem zasiada siwy major gryzipiórek i trzech kancelistów w stopniach starszych szeregowców. Każdego kogo wezwą do sekcji kadrowej, przenika dreszcz niepokoju: nieważne czy to starszy lejtnant, czy generał-major. Sekcja kadrowa jest instytucją, w której wola dowódcy okręgu przeistacza się w rozkaz na piśmie. A wiadomo: mowa — trawa, pismo — grunt… Sekcja kadrowa, to kanał transmisyjny rozkazów od Naczelnego Wodza, ministra obrony, szefa Sztabu Generalnego do ich podwładnych. Sekcja kadrowa dostarcza te rozkazy poszczególnym adresatom.
— Towarzyszu majorze! Starszy lejtnant Suworow melduje się na rozkaz!
— Dowód tożsamości na stół.
Nabrałem powietrza w płuca, położyłem przed majorem małą zieloną książeczkę ze złotą gwiazdą. Major spokojnie wziął do ręki „Dowód tożsamości oficera”, uważnie przestudiował, nie wiedzieć czemu długo wpatrywał się w stroniczkę, gdzie zaznaczono moją grupę krwi. Na zwiotczałej twarzy nie drgnie żaden mięsień. Robi co do niego należy, rzetelnie jak maszyna i beznamiętnie jak kat. Major przekazał dowód starszemu szeregowcowi. Ten ma już wszystko przygotowane na swoim stole. Zanurzył długie pióro ze złotą stalówką w czarnym tuszu i coś bardzo starannie wpisał do książeczki. Stoję w postawie zasadniczej, nie wyciągam głowy, żeby zerknąć mu przez ramię. Wytrzymamy. Za minutę major odczyta czyjś rozkaz. Starszy szeregowiec przyłożył bibułę, zwraca dowód majorowi. Ten zerknął na mnie badawczo, wydobył z malutkiej sekretnej kieszonki wymyślny kluczyk na łańcuszku, otworzył drzwi potężnego sejfu, wyjął wielką pieczęć, długo mierzył, po czym nagle ostro i zdecydowanie stuknął w dopiero co zapisaną kartę.