— Do odczytania rozkazu! Stanąłem na baczność.
— „Rozkaz odnośnie składu osobowego Karpackiego Okręgu Wojskowego nr O257. Tajne. Punkt 17. Starszemu lejtnantowi Suworowowi W., oficerowi II Zarządu Sztabu Okręgu nadać przedterminowo stopień kapitana, zgodnie z wnioskiem szefa II Zarządu pułkownika Krawcowa i szefa Sztabu Okręgu generała-lejtnanta Wołodina. Podpisano: generał-lejtnant wojsk pancernych Obaturow”.
— Ku chwale Związku Radzieckiego!
— Gratuluję wam, kapitanie.
— Dziękuję, towarzyszu majorze. Proszę przyjąć zaproszenie na wyprowadzenie zwłok.
— Dziękuję, Witia, za pamięć. Niestety, muszę odmówić. Gdybym każde zaproszenie przyjmował, dawno już wylądowałbym na odwykówce. Nie miej mi za złe. Choćby dzisiaj, 116 osób na liście promocyjnej, w tym 18 przedterminowo. Nie gniewaj się, po prostu nie mogę.
Major podaje mi dowód i wyciąga dłoń.
— Raz jeszcze dziękuję, towarzyszu majorze.
Przelatuję po schodach i korytarzach, jakby mi skrzydła urosły.
— Coś taki zadowolony?
— Po co cię wzywał Borsuk do swej nory? Nikomu ani słowa. Nie wolno, można zauroczyć. Dowódca pierwszy musi dowiedzieć się o mojej promocji.
— Co tak rozkwitłeś, Witia? Awansowałeś, czy jak?
— Coś ty, na kapitana jeszcze półtora roku muszę poczekać.
Ach, żeby jak najprędzej dotrzeć do wydziału! Szlag by trafił te wszystkie drzwi pancerne, te wszystkie przepustki i upoważnienia.
— Towarzyszu pułkowniku, czy mogę się zameldować?
— Wejdź. — Krawców nie odwraca wzroku od mapy.
— Towarzyszu pułkowniku, starszy lejtnant Suworow. Melduję się w związku z przedterminowym przyznaniem mi stopnia kapitana.
Krawców taksuje mnie uważnie. Nie wiedzieć czemu spojrzał sobie pod nogi.
— Moje gratulacje, kapitanie.
— Ku chwale Związku Radzieckiego!
— W naszej armii kapitan ma najwięcej gwiazdek, aż cztery. Pod tym względem, Witia, osiągnąłeś maksimum. Dlatego nie życzę ci wielu gwiazdek; życzę ci, byś miał mało gwiazdek, ale za to dużych.
— Dziękuję, towarzyszu pułkowniku. Pozwólcie zaprosić was na wyprowadzenie zwłok.
— Kiedy?
— Dziś, no bo kiedy?
— Co byś powiedział, żebyśmy przenieśli imprezę na jutro? W nocy mamy jechać i przygotować ćwiczenia. Chłopaki spiją się z wieczora i nie zbierzemy ich potem do kupy. A tak wymaszerujemy jutro w teren i na świeżym powietrzu zabalujemy.
— Doskonale.
— Na dziś masz wolne. Pamiętaj, o trzeciej rano wyruszamy.
— Pamiętam.
— Możesz się odmeldować.
— Tak jest!
Manewry z zasady odbywają się każdego roku na tych samych łąkach i poligonach. Oficerowie sztabowi znają na pamięć miejsca, gdzie toczyć się będą ćwiczebne bitwy. Jednak w przededniu wielkich manewrów oficerowie, którzy mają wystąpić w charakterze łączników i obserwatorów są zobowiązani raz jeszcze sprawdzić czy wszystko zostało należycie przygotowane: teren zabezpieczony, makiety symbolizujące wroga ustawione, strefy zagrożenia zaznaczone specjalną sygnalizacją. Każdy obserwator musi na powierzonym mu odcinku wczuć się w zaplanowane operacje, przygotować dla swoich podopiecznych i elewów wstępne pytania i sytuacje modelowe, odpowiadające właściwej topografii.
Dzięki temu, że oficerowie znają w miarę dobrze teren przyszłych działań (niejeden tu właśnie przechodził swój lejtnancki chrzest, jego samego ktoś tutaj przepytywał), taki wyjazd przeradza się w swoisty piknik, zbiorowy wypoczynek, pewne odprężenie po nerwowej codzienności sztabowej.
— Czy wszystko jasne?
— Jasne — ryknęli zgodnym chórem sztabowcy.
— No, to pora na obiadek. Proszę do stołu. Dzisiaj podejmuje nas Witia Suworow.
Stołu, prawdę powiedziawszy, nie ma. Po prostu kilkanaście szarych wojskowych koców, rozłożonych na czystej polance w zagajniku, nad dźwięcznym ruczajem. Wszystkie zapasy są wyłożone: puszki rybne, konserwy mięsne, plasterki różowej słoniny, cebula, ogórki, rzodkiewki. Kierowcy upiekli w ognisku ziemniaki, ugotowali zupę rybną.
Zapraszam pułkownika Krawcowa na zaszczytne miejsce. Tak każe obyczaj. On odmawia, pokazując, żebym to ja tam zasiadł. To także tradycja. Powinienem odmówić. Dwukrotnie. Za trzecim razem mam się zgodzić i wskazać pułkownikowi miejsce po mojej prawicy. Cała reszta usadowi się według starszeństwa: zastępcy Krawcowa, szefowie wydziałów, potem grup, no i wszyscy pozostali.
Butelki ma rozstawiać na stole najmłodszy z obecnych. Tym razem wypadło na Tolę Buturlina, lejtnanta z „Inkwizycji”. Dobry chłopak, a swój ą robotę zna doskonale. Zgodnie z tradycją nie wolno mu się teraz uśmiechać. Inni też mają poważne miny. Nie należy śmiać się ani rozmawiać. Nie należy też pytać, czemu starszy lejtnant siedzi na honorowym miejscu. Wszyscy wiedzą, z jakiego powodu pojawiaj ą się kolejne ochłodzone butelki, ale o tym się nie mówi, bo nie wypada. Siedź spokojnie i trzymaj język za zębami.
Tola przynosi butelki ze strumyka. Leży ich tam cała piramidka w lodowatej wodzie. Struga wartko obmywa przezroczyste szkło, pluszcze i pieni się wesoło.
— Gdzież twoje naczynie? — pada sakramentalne pytanie.
— Oto ono. — Wyciągam do Krawcowa dużą graniastą szklankę. Pułkownik napełnia ją po brzegi krystalicznym płynem. Stawia ostrożnie przede mną. Ani kropla się nie przeleje.
Szklanica musi być pełna. Im pełniejsza, tym lepiej. Wszyscy milczą, jakby nie zauważyli, że coś się dzieje. Krawców wyciąga z raportówki małą złocistą gwiazdkę i ostrożnym ruchem opuszczają do mojej szklanki. Ledwo słyszalne brzęknięcie, gwiazdka zagrała na dnie, zalśniła.
Ujmuję szklankę — ach, żeby tylko nie rozlać! — i powolutku podnoszę do ust. Nie należy zbliżać warg do naczynia, choć sama natura podpowiada, żeby właśnie nad-pić odrobinę, wtedy nie przelejesz ani kropelki. Wznoszę szklankę wyżej i wyżej. O, już promyk słońca wtargnął do lodowatego napoju i roziskrzył się wielobarwną tęczą. Teraz szybki ruch: od słońca ku sobie i w dół. Brzeg szklanki styka się z ustami. Zimna. Pociągam ognisty napój. Denko coraz wyżej. Gwiazdka poruszyła się na dnie i łagodnie ześlizgnęła się ku wargom. Już ją czuję. Oficer jakby pocałunkiem wita nową gwiazdkę. Przytrzymałem ją lekko zębami, póki ognista wilgoć sączyła się do mojej duszy. To już ostatnie krople. Lewą ręką ostrożnie biorę gwiazdkę i rozglądam się wokoło: trzeba przecież rozbić szkło. Po to właśnie na miękkiej trawie czyjaś przewidująca ręka umieściła spory głaz. Trzasnąłem szklanką o kamień, aż rozprysły się odłamki, a mokrą gwiazdkę podaję pułkownikowi Krawcowowi. Malutką linijką Krawców wyznacza miejsce na moim prawym naramienniku. Czwarta gwiazdka ma się znajdować dokładnie na czerwonej prążce, 25 mm powyżej poprzedniej. Już mieni się, mokra, na swoim miejscu. Teraz moja kolej coś przegryźć, popić, zakąsić gorzałkę ogóreczkiem.