— Gdzież twoje szkło? — powtarza się jak refren pytanie.
Dwa ramiona. Dwa epolety. A więc dwie gwiazdki. Znaczy się, dwie szklanki… na wstępie ceremonii.
Podają mi drugą szklankę. Znów pełna po brzegi. Wstałem. Na stojąco łatwiej pić. To mi wolno. Nikt tutaj nie zaprotestuje. Mogłem również pierwszą szklankę wychyhć na stojąco. Obyczaj nie zabrania. Żeby tylko nie uronił oficer bezcennych brylantowych kropli.
Błysnęła druga gwiazdka ślicznotka w wódczanej strudze. Duszę wypełnia ognista rozkosz. Zadźwięczało rozbite szkło — na drugim naramienniku lśni mokra i ostrokątna… Teraz Krawców nalewa sobie. Do pełna. Każdy w milczeniu napełnia własne szkło, każdy sam sobie panem. Lej, ile dusza zapragnie. Jeśli szanujesz Witię Suworowa, lej z czubem. Jeśli nie szanujesz, lej, ile chcesz. Tylko pij do dna.
— Wypijmy — łagodnie proponuje pułkownik.
W takiej chwili nie wznosi się toastów, nie mówi się za co pijemy. Pijemy, i tyle. Pijemy wolno i dostojnie. Do dna. Tylko ja nie piję. Teraz mogę przyjrzeć się każdemu z osobna, zobaczyć, kto ile sobie nalał. Kto do pełna, a kto dwie trzecie. Ale wszyscy mieli do pełna. Teraz zdążyli już opróżnić. Wciąż jeszcze jestem starszym lejtnantem.
Krawców opróżnił szklankę, zapił wodą. Teraz padną rytualne słowa…
— Przybyło w naszym pułku!
Od tego właśnie momentu uważa się, że oficer otrzymał awans. Dopiero teraz jestem naprawdę kapitanem.
W jednej chwili podniósł się ogólny harmider. Roześmiane twarze, gratulacje, życzenia. Wszyscy gadają na raz, ogólna radość. Skończyły się ceremonie. Teraz tradycje na bok: zaczyna się oficerska popijawa. I jeżeli in vino ueritos, to cała prawda dziś po naszej stronie. Leć, Tola, do strumyka. Zasuwaj biegiem. Jesteś najmłodszy. Nastanie, Tola, twój czas. I przed twoim okienkiem słońce zaświeci.
Upał. Kurz. Piach zgrzyta w zębach. Step po horyzont. Białe słońce, okrutne i obojętne, bije bezlitośnie w oczy, jak lampa śledczego na przesłuchaniu. Z rzadka tylko pokraczne drzewko obłamane stepowym buranem narusza niesamowitą monotonię krajobrazu.
Dobry człowieku, pluń na to wszystko, przeżegnaj się i wracaj do domu. Nic tu po tobie. A my, grzeszni, pójdziemy naprzód, tam, gdzie spalony step raptownie spada stromym urwiskiem do mętnego Ingułu, tam, gdzie w drżących oparach wilgoci majaczą szkielety wież wartowniczych, gdzie dziesiątki zasieków kolczastych bezlitośnie oplątują rachityczne zagajniki. Wynędzniałe drzewka. Szare liście pokryte grubą warstwą pyłu. A może to nie wartownicze wieże? Może geologiczne albo wiertnicze? Do diabła, ładna mi ropa! Wieże z reflektorami i karabinami maszynowymi. Cała masa. Cała masa reflektorów. Cała masa karabinów. No, znaczy, nie zbłądziliśmy. Idziemy we właściwym kierunku. Kurs na Żółte Wody. Przyjdzie czas, gdy te dwa słowa będą brzmiały podobnie, jak Katyń, Oświęcim, Suchanowo, Babi Jar, Buchenwald czy Kysztyn. Ale ten czas jeszcze nie nastał i na razie nikt nie wzdryga się na dźwięk tej strasznej nazwy. Nawet zeki, pędzone w niekończących się kolumnach ze stacji pod wieże niczego nie podejrzewają. Wielu nawet zaciera ręce: nie Kolyma, nie Nowa Ziemia, tylko Ukraina… Chłopaki, da się żyć! Nie wiedzą jeszcze, biedne ofiary, jakiego miały pecha, że trafiły do tego „Glino-Ziemnego Kombinatu”, do którego Komitet Centralny większą przywiązuje wagę, niż do Fabryki Czołgów w Czelabińsku. Dyrektor Kombinatu, połączony gorącą linią z KC, codziennie składa raport o stanie wydajności. Nie radujcie się zawczasu, że żarcie tu lepsze, że mięso pływa w kapuśniaku. Jeśli któremuś zęby zaczną wypadać albo wyłysieje, zaraz go stąd zabiorą. Jeśli któryś domyśli się co to za gliny, też bardzo szybko zniknie. A gdyby wam przyszły do głowy bardziej dzikie pomysły, na przykład bunt, to musicie wiedzieć, że ochrona w Żółtych Wodach zna swój fach, a w razie potrzeby my też udzielimy pomocy. Miejcie na uwadze, że w sąsiedztwie stoi największy ośrodek szkoleniowy Specnazu. Nie igrajcie więc z ogniem. Zamiast podskakiwać lepiej zdychajcie powolutku… w „Glino-Ziemnym Kombinacie”.
Kurz. Upał. Step. Skaczemy. Skaczemy coraz więcej. Z dużego pułapu. Z niskiego. Z bardzo niskiego. Skaczemy dwutorowo z Ań-12 i czterotorowo z An-22. Myślicie, że jesteście w stanie wyobrazić sobie czterotorowy zrzut desantowy? Gówno prawda. Tylko ten, kto skakał, wie, co to takiego. Skaczemy w dzień i w nocy. Żółte Wody to Europa, leżą pod samym Kirowogradem. Ale latem zawsze panuje tutaj duchota i spiekota. Lato jest znojne i bezchmurne, nie zdarza się nielotna pogoda. Dlatego tu właśnie ściągają ze wszystkich krańców Związku kompanie, bataliony, pułki i brygady Specnazu, tutaj zrzuca się je na okrągło od czerwca do września. Boże, ześlij ulewę. Niechby rozmokło to przeklęte lotnisko. Jest wytrzymałe jak granit, choć to zwyczajna glina, ani grama betonu. Słońce zabetonowało je lepiej niż jakakolwiek technologia. Boże, ześlij nam deszcze! Niech wreszcie rozmoknie. Błagamy Cię, Boże! Jest nas tysiące, dziesiątki tysięcy. Zlituj się, spraw, żeby lało!
Burza nadciąga jak światowa rewolucja: leniwie i niepewnie. Wysuszony step. Wiatr pędzi tumany kurzu. Horyzont cały w czerni, w oddali widać błyski, dobiega ledwo słyszalny grzmot. A deszczu ani na lekarstwo. Ach, z jaką rozkoszą wystawiłbym twarz pod ciężkie krople letniej burzy. Ale nie będzie burzy. Jutro czeka nas ten sam znój, gorący wiatr sypiący drobnym piaskiem. Bezkresny wypalony step. Zaschniętymi gardłami znowu będziemy wrzeszczeć „Hurraaa!” Tak jak teraz. Na całej długości pasa startowego stoi w zwartym szyku kwiat Specnazu. Ledwie kołysze się morze zakurzonych, spłowiałych niebieskich beretów. — Baczność! Na prawo-o patrz! Prezentu-uj broń!
Zagrzmiał marsz powitalny. Już nie potrzeba mi wody ani deszczu. Marsz uskrzydla mnie. W oddali pojawia się samochód z marszałkiem potężnej postury. Ujrzawszy go, ryknął pierwszy batalion „Huraaa!” — i potoczyło się przez stojące szeregi zwielokrotnione echo: „A-a-a-a-a-a!” Zapewne z takim wrzaskiem pokrywały się bataliony do ataku. Hurrraaa!
— Towarzyszu marszałku Związku Radzieckiego, melduję połączony korpus sił specjalnych gotowy do przeglądu i defilady. Szef V Zarządu generał-pułkownik Pietruszewski.
Spojrzał marszałek na nieprzebrane szeregi dywersantów, uśmiechnął się.
Generał Pietruszewski prezentuje swoje wojsko:
— 27. Brygada Specnazu Białoruskiego Okręgu Wojskowego!
— Czołem, zwiadowcy! — huknął marszałek.
— CZOEM…RZYSZU…AŁKU…ZWIĄ…CKIEGO!!! — ryknęła w odpowiedzi 27. Brygada.
— Dobrze służycie!
— KU CHWALE ZWIĄŻ…CKIEGO!!!
— 3. Morska Brygada Specnazu Floty Czarnomorskiej!
— Czołem, zwiadowcy!
— CZOEM…RZYSZU…
— 72. Samodzielny Ćwiczebny Batalion Specnazu!
— CZOEM…RZYSZU…
— 13. Brygada Specnazu 6. Gwardyjskiej Armii Pancernej!
Marszałek wykrzykuje słowa pozdrowienia, echo niesie je aż po horyzont: DOBRZE SŁUŻYCIE! SŁUŻYCIE! SŁUŻYCIE!!!
Podniosły i surowy jest ceremoniał wojskowych defilad. Nie na darmo wymyślono parady, nie na darmo. Wóz generała Pietruszewskiego jedzie po prawej i trochę z tyłu za samochodem marszałka. Co też maluje się w oczach generalskich? Duma! Oczywiście, że duma! Patrz, marszałku, na swoich chwatów. Czy są gorsi od zbirów Margiełowa? Pewnie, że nie gorsi!
— 32. Brygada Specnazu Zakaukaskiego Okręgu Wojskowego!