Czuję się tak, jakby mi zadali milion pytań. Dopiero później oszacowałem, że było tego koło pięciu tysięcy: 50 pytań na godzinę, 17 godzin dziennie przez 6 dni. Niektóre wymagają pięciominutowych, czasem dziesięciominutowych odpowiedzi. Na inne wystarczają sekundy. Niekiedy pytania się powtarzają. Czasem jedno i to samo pytanie powraca kilkakrotnie. Nie denerwuj się. Odpowiadaj szybciej. Nie próbuj łgać, nie próbuj kombinować. No więc, ile wódki możesz wypić za jednym razem? Oto zdjęcia dziesięciu kobiet, która podoba ci się najbardziej? Pomnóż 262 przez 16. Szybciej. W pamięci. To łatwe: najpierw trzeba pomnożyć 262 przez 10, potem dodać połowę tego wyniku, potem jeszcze 262. Egzaminator patrzy mi w oczy. Prędzej, kapitanie. Przecież to błahostka. Przenoszę wzrok na sufit. Z wysiłkiem dodaję wszystko do kupy. Spoglądam przed siebie. Któremuś z moich poprzedników zadano to samo pytanie, cieniutkim ołóweczkiem wynotował wszystkie obliczenia na zielonym papierze, pokrywającym stół. Łapię gotową odpowiedź i natychmiast pojmuję, że to zwyczajna prowokacja. Mój poprzednik nie mógł mieć przy sobie cieniutkiego ołóweczka, nie mógł pod tym świdrującym spojrzeniem rachować po kryjomu na papierze. Zaciskam szczęki i rzucam mój własny wynik: 4.192. Nawet nie zerkam na zielony papier na stole. Wiem, że tamta odpowiedź jest świadomie błędna. A pytania sypią się jak groch: jak byście zareagowali, kapitanie, gdybyśmy wam zaproponowali handel arbuzami?
Czasem na sali jest tylko jeden egzaminator. Niekiedy trzech, kiedy indziej piętnastu. Oto dwieście fotografii, rozpoznajcie na nich osoby, które widzieliście w tym pokoju podczas egzaminów. Czas — start! Teraz wybierzcie tych, którzy byli tu tylko jeden raz. W następującym tekście macie skreślić wszystkie litery O, podkreślić wszystkie litery A, otoczyć kółkiem wszystkie C. Nie zwracajcie uwagi na tego osobnika ani na radio. Czas — start! Gość robi małpie miny, stara się wyrwać mi ołówek, wytrąca krzesło spod tyłka. A radio wrzeszczy: skreślić C, podkreślić O… Czasami w trakcie egzaminów do sali wjeżdża wspaniały obiad, czasem zapominają w ogóle o jedzeniu. Czasami puszczają do toalety na pierwszy znak, kiedy indziej trzeba prosić po trzy razy. Każdego dnia doprowadzają mnie do kresu moich możliwości umysłowych i fizycznych. Zarówno ja sam jak i oni czujemy tę granicę bardzo wyraźnie. Dobrze po północy zwalam się bez rozbierania na wyro i z miejsca zasypiam. Na to właśnie czekają. Oślepiająca lampa w oczy. 262 razy 16! Szybciej. W pamięci. Przecież to takie proste! Odpowiedziałeś już na to pytanie. No, co jest z tobą?! 4.192! — wrzeszczę w odpowiedzi. Światło gaśnie.
Znacznie później dowiedziałem się, że ci, którzy odpowiedzą prawidłowo na więcej niż 90% pytań, odpadają. Nie potrzebują tu zbyt mądrych. Egzaminy nie mają bynajmniej na celu ustalenia poziomu wiedzy delikwenta. Wcale nie. Ważna jest tylko ocena zdolności przyswojenia jak największej ilości informacji w możliwie najkrótszym czasie i w maksymalnie stresowych warunkach. Bada się również stopień poczucia humoru, optymizmu, opanowania, zdolność do intensywnego działania, stałość nastrojów i wiele, wiele innych czynników.
— No cóż, młody człowieku, nadajesz się do nas — oświadczył mi pod koniec szóstego dnia siwy egzaminator. — Nasza organizacja, to nie przelewki. Tutejsze reguły są krótkie i węzłowate. Zrozumie je każdy, nawet jeśli nie chce zrozumieć. Mamy bardzo prostą zasadę: rubel za wejście, dwa za wyjście. To znaczy, że wstąpić do organizacji jest trudno, a jeszcze trudniej ją opuścić. Teoretycznie dla wszystkich jej członków przewidziano tylko jedno wyjście: przez komin. Dla jednych z najwyższymi honorami, dla innych hańbiące, ale komin jest jeden. Tylko przez ten komin odchodzimy z organizacji. Oto on…
Byłem przekonany, że twarz pułkownika będzie mnie przez całe życie prześladować w nocnych koszmarach. Ale nie przyśnił mi się ani razu. Wiele o nim myślałem. Jednego nie mogłem pojąć. Tłumaczyli mi, że kochał pieniądze, alkohol, kobiety. Właśnie za pieniądze sprzedał się obcym wywiadom. Przypuśćmy, że to prawda. Ale przecież miał doskonałe możliwości ucieczki na Zachód. Nie skorzystał. Na Zachodzie miałby w bród pieniędzy, wina, kobiet. W Moskwie i tak nie mógł wydać ani grosza. Nie mówiąc o tym, że nie bardzo można tu zaszaleć.
Babiarz zwiałby dla kobiet i forsy, a on został i balansował nad krematorium. Licho wie, dlaczego. Kręcę się na wygrzanej poduszce, sen nie przychodzi. Pierwsza noc bez egzaminów. A może również po nocach obserwuje mnie oko ukrytej kamery? Pies ją trącał! Wstaję, podchodzę kolejno do każdego kąta i pokazuję figę. Jeżeli nawet teraz mnie podglądacie, to jutrzejszy wyjazd do Komitetu Centralnego zostanie z pewnością odwołany. Po chwili dochodzę do wniosku, że figa to za mało, więc wystawiam do kamery — jeśli rzeczywiście tu jest — wszystko, co tylko mogę. Rano zobaczymy, czy mnie wywalą, czy też nie. Następnie kładę się z poczuciem głębokiej wewnętrznej satysfakcji, po czym z miejsca zasypiam, pewny, że nazajutrz pogonią mnie na Sybir, bym tam dowodził kompanią czołgów. Jeżeli stanie się inaczej, to znaczy, że i tu da się żyć i omijać drakońską kontrolę.
Śpię błogo i słodko. Śpię kamiennym snem. Wiem, że przyjmując mnie do Akwarium radziecki wywiad popełnia kardynalny błąd. Wiem, że gdy pozostaje tylko jedna droga wyjścia i tylko przez komin, to w moim przypadku nie będzie to wyjście z honorami. Wiem, że nie umrę naturalną śmiercią. O nie, tacy nie umierają zwyczajnie! Doprawdy, wywiad wojskowy wygrałby na tym, gdyby już dziś przepuścił mnie przez kwadratowy komin!
Znowu wiozą mnie gdzieś zamkniętym, samochodem z matowymi szybami. Nie widać nic na zewnątrz i mnie nikt nie widzi. Ciekawe dokąd to: Do KC czy na Sybir? Chyba jednak do KC. Gdyby na Syberię, kazaliby zabrać walizkę; skoro walizka została, znaczy to, że nie wybywam na dobre, że to krótka wizyta, że wrócimy tam, skąd jedziemy.
Zza okna dochodzi hałas wielkiego miasta. Pewnie przecinamy śródmieście. Może to Łubianka? Koło Łubianki, na placu Dzierżyńskiego, zawsze huk jak nad Niagarą. Jakoś wydaje mi się, że jesteśmy obok Łubianki. Nic dziwnego: Komitet Centralny jest dwa kroki stąd. Samochód stoi dłuższą chwilę, potem wolniutko gdzieś się wtacza. Za nami zgrzyt żelaznej bramy. Drzwiczki otwierają się: — Prosimy.