Выбрать главу

— Nie potrafię, towarzyszu… Piotrze Fiodorowiczu.

— Pierwsza sprawa, Wiktor, twoje pierwsze zadanie. Naucz się siedzieć na krześle bardziej niedbale… Siedzisz sztywno, jakbyś połknął bagnet. Cywilni dyplomaci tak nie siedzą. Jasne?

— Jasne.

XI

Od dawna zdumiewało mnie, że można zorganizować tajną szkołę szpiegowską w centrum wielkiego miasta tak, żeby nikt się nie mógł zorientować, żeby nikt nas nie sfotografował ani pojedynczo, ani w grupie. Okazuje się, że to proste. Główny kompleks Wojskowej Akademii Dyplomatycznej wznosi się przy ulicy Pospolitego Ruszenia. Rzecz jasna, nie ma tu żadnych tablic informacyjnych. Ogrodzenie we wzory z kutego żelaza, bujne zarośla bzu, kolumnady, kraty w oknach, szczelne kotary, warty na każdym rogu. Ale to nie jest miejsce najważniejsze. Tutaj przygotowuje się tylko tych, którzy zostaną w „wielkiej żonie”, w KDL-ach. My zaś, którzy znajdujemy się na warunkowym zwolnieniu, przeznaczeni do roboty poza „obozem”, szkolimy się gdzie indziej. Słuchacze głównych kierunków są porozrzucani po całej Moskwie, po niewielkich punktach szkoleniowych. A gdzie się mieści mój punkt, tego i ja nie wiem…

Każdego ranka o 8.30 zjawiam się w Instytucie Promieniowania Elektromagnetycznego, tuż koło parku Timiriazewa. Oficjalnie instytut uchodzi za placówkę Ministerstwa Przemysłu Radiowego, ale mało kto wie, do kogo w rzeczywistości należy i czym się naprawdę zajmuje. Na początku lat pięćdziesiątych ta niepozorna wówczas instytucja zajmowała 4-piętrowy pałacyk w typowym stylu późnego stalinizmu: kolumnady, balkoniki, sztukateria. Pracowało tam najwyżej dwieście osób. Z biegiem czasu instytut szybko się rozrastał, o czym świadczą 6-piętrowe masywne szare bloki. Nieotynkowana cegła sylikatowa — to już piętro chruszczowowskiej nierozrzutności. Obok potężne bryły ze szkła i aluminium: symbol militarno-przemysłowego rozmachu epoki Breżniewa. Labirynt murów i ogrodzeń szatkuje ten obszar na strefy i sektory. Drut kolczasty, białe izolatory. „Mijając posterunek okazać rozłożoną przepustkę!”

Masa ludzi. Poranna zmiana. Tłum przepływa przez wartownię rozbity na dwanaście potoków. „Na terenie obiektu palenie wzbronione!”, „Bądź czujny! Gadulstwo służy wrogom!”, „Przekroczymy plan pierwszego kwartału!”, „Nie stój pod suwnicą!” Szara masa ludzka rozpływa się strumykami po wydziałach i sektorach. Zgrzyta hamulcami lokomotywa manewrowa. Potężny hangar połyka 60-tonowe wagony. Spieszy się uczona brać. Tłum wali w milczeniu. Wszyscy tajni. Wszyscy ściśle tajni. „Wejście wzbronione!”. „Okazać rozłożoną przepustkę!” Betonowe przegrody. Ceglane przegrody. Różnobarwne kominy. Strefa 12-B.

Nad czym się tutaj pracuje? Lepiej nie pytać. Jeszcze raz okazujemy przepustkę. Cała jest upstrzona masą zakodowanych symboli. Każdy posiadacz przepustki porusza się wyłącznie w ściśle określonych granicach swojej strefy. Bez specjalnych znaczków na legitymacji nikt cię nie wpuści poza wyznaczony obszar. Wykręcamy numer na tarczy — i już jesteśmy w hangarze. Tutaj zbiera się cała nasza grupa. Obok stoi zaparkowany potężny MAŹ z pomarańczowym kontenerem. Zajmujemy miejsca w jego wnętrzu. Przypomina kabinę komfortowego samolotu: wygodne fotele, dywany… Tylko okien brakuje. O godzinie 8.40, gdy kontener jest wewnątrz zamknięty na cztery spusty, w hangarze zjawia się kierowca i wyjeżdża ciężarówką na miasto. Nigdy nie widzieliśmy go na oczy. On zaś nawet nie podejrzewa, że wozi ludzi. Zadanie ma następujące: o 8.40 wejść do hangaru, wsiąść do wozu i przewieźć kontener z jakimś bardzo niebezpiecznym ładunkiem do sosnowego lasu, kilka dzielnic stąd. Tam również znajduje się pewien tajny obiekt, też stoi hangar. Kierowca wprowadza wóz do środka, po czym wychodzi do poczekalni. Wieczorem robi jeszcze jeden kurs. Resztę czasu wozi inne pomarańczowe kontenery po Moskwie. Może transportuje zapalniki do bomb atomowych, może śmiercionośne wirusy, zdolne pożreć całą ludzkość, a może aparaturę do prowadzenia wojny genetycznej. Skąd miałby wiedzieć, co zawierają kontenery? Wszystkie są jednakowe. Wszystkie pomarańczowe. Pewnie też zgarnia niezły szmal. W takich ośrodkach badawczych nikomu krzywda się nie dzieje.

XII

Jeden po drugim wyskakujemy z pomarańczowego kontenera. Hop. Hop. W hangarze wysoko pod dachem ćwierka wróbelek. Tylko on zna wszystkie nasze sekrety: kto jest kierowcą, kto tu po nocach sprząta, kto w takim samym kontenerze przywozi nam jedzenie i nakrywa do stołu. Dopóki jesteśmy w żonie, personel pomocniczy ma zakaz wstępu. Nawet wejście do stołówki przypomina śluzę: jeżeli drzwi ze stołówki do hangaru są otwarte i ktoś szykuje nam śniadanie, to nie ma mowy, żeby dostać się do któregoś z tych pomieszczeń. Jak psom Pawiowa dzwonek sygnalizuje nam, że możemy wejść do jadalni, nikt z zewnątrz nie może otworzyć drzwi. Automatyka. Jedzenie doskonałe. Nigdy dotąd mnie tak nie karmiono, nawet w Czechosłowacji. Jednak żona pozostaje żoną, a nasz kontener nazywamy między sobą pomarańczowy woron{Cziornyj woron, woronok — „czarna wrona”: więźniarka, milicyjna buda do przewożenia aresztantów (przyp. tłum.).}. Na dobrą sprawę wożą nas jak zeków, tyle że z wygodami.

W specjalnej księdze wpisuję podziękowanie za pyszne śniadanie i zamówienie na dzień następny. I czym prędzej na zajęcia.

— Wszyscy gotowi?

— Tak jest!

— Pięć minut odprężenia: wdech-wydech.

Mamy miłe, zadbane podwóreczko. Krzewy bzu niemal w całości zasłaniają szare betonowe mury. Przytulnie. Nad bzami zasieki z drutów kolczastych. Co za tym drutem — nie wiadomo. Możemy jedynie dojrzeć półokrągłe dachy hangarów, jak u nas nad basenem i kortem tenisowym. Może mieści się tam jeszcze jeden punkt szkoleniowy? Może ćwiczą tam nasi polscy lub węgierscy koledzy, albo kubańscy, włoscy czy libijscy? Któż to może wiedzieć? Możliwe, że to nie punkt szkoleniowy, tylko tajne laboratorium albo magazyn, albo po prostu więzienie. Wczuwając się w ruch naszego pomarańczowego kontenera, staram się każdego ranka odgadnąć kierunek jazdy. Wydaje mi się, że wożą nas bardzo niedaleko. Mam wrażenie, że gdzieś w pobliże więzienia na Krasnej Priesni. Nie sposób, rzecz jasna, ustalić dokładnego miejsca. A sosnowych zagajników wokół Moskwy jest rzeczywiście od metra.

— Odetchnęli? Dobra.

Wszyscy do sali wykładowej. Każdy rusza do swojego sejfu. Mój zawiera cztery 96-stronicowe zeszyty: zapas na trzy lata. Notuj gęsto, staraj się jak najwięcej zapamiętać, łap w locie podawane informacje. Ucz się oszczędzać papier.

Zeszyt z teorii wywiadu pod pachę, sejf na klucz — i do sali.

Wykładowca siedzi za muślinowym parawanem. Nie rozróżnia wyraźnie naszych twarzy, ani my jego rysów, ale rozmowa toczy się bez przeszkód.

Wszyscy wykładowcy i dowódcy to Słonie. Niektórzy mają prawo kontaktować się z nami w ramach zajęć, większość jednak widzi tylko nasze sylwetki za półprzeźroczystym ekranem i zwraca się do nas po numerach.

To starzy wyjadacze. Spędzili lata za granicami wielkiej żony. Niektórzy działali z ukrycia jako wysokiej rangi funkcjonariusze GRU, inni występowali bardziej jawnie: w charakterze wojskowych attache, cywilnych bądź wojskowych doradców, dziennikarzy, dyplomatów, przedstawicieli central handlowych, urzędników placówek konsularnych, Aeroflotu, Morfłotu, Inturistu czy organizacji międzynarodowych. Każdy z nich ma na swoim koncie jakaś poważną wpadkę, dlatego wszyscy wylądowali na Cmentarzystku Słoni. Kto zdołał uniknąć wsypy, nadal trudni się zdobywaniem albo przynajmniej analizą informacji.