Выбрать главу

Przed nami trzy uliczki. Żenią ciągnie mnie do lewej. Ale facet z ciebie, Żeńka! Mogło się nawet udać. Ileż miesięcy musiałeś się nadreptać po Moskwie, żeby takie cacko wynaleźć? Coś takiego trzeba by w złotą ramkę oprawić i szpiegom nowicjuszom pokazywać: patrzcie, co za wymarzone miejsce. Wzorowe. Przyjdzie wam pracować w Londynie, w Nowym Jorku, w Tokio — każdy musi stanowczo mieć coś takiego dla siebie! Żeby w razie czego mógł na pewniaka oderwać się od policji. Ale dziś mamy pecha. Nawet miejsce nam nie pomoże. Lekki śnieżek nad Moskwą. Pierwszy tego roku. Przylepia się do butów i ślady ciągną się za nami, jak ślady pierwszych astronautów na Księżycu. Biednemu zawsze wiatr w oczy. Żeńka, nie ujdziemy im! Ujdziemy! Ciągnie mnie Żenią za rękę. Opustoszała Moskwa. Pochowali się porządni obywatele w swoich norach. W całym mieście tylko Żenią i ja… I barczyści chłopcy z KGB.

— Uff, uff, uff — dyszy Żenią. — Nie boisz się, Witia, skoczyć z pociągu?

— Nie, Żeńka, nie boję się.

— W takim razie zasuwamy, jest jeszcze jedna szansa. Pójdziesz na operację sam, ja cię będę ubezpieczać.

Biegniemy zaułkami i podwórkami. Gdybyśmy wyszli na główną ulicę, śladów może by nie było, za to warują wszystkie ich samochody. Przed samochodem nie uciekniesz.

Przeskoczyliśmy płot, za nim stacja, pociąg podmiejski staje ze zgrzytem. Uff, uff. Żenią łapie kurczowo powietrze. Za plecami sapanie trzech dryblasów. Przesadzili ogrodzenie, jak rozszalałe konie. Żenią ciągnie mnie do kolejki, wpadamy do ostatniego wagonu i biegiem do przodu. Ach, żeby drzwi się teraz zatrzasnęły! Nic z tego. Z tyłu tupot, cała trójka wpada do wagonu i w te pędy za nami. Przelecieliśmy jeden korytarzyk, drugi, raptem Żenią popycha rnnie mocno do przodu, sam zawraca w miejscu — i jak myśliwiec wali na nich taranem. Pędzę do wyjścia. Muszę zdążyć! Całym ciężarem rzucam się na jedno skrzydło drzwi, słyszę ich trzask za plecami — i pociąg płynnie rusza ze stacji.

Z pociągu trzeba wyskakiwać tyłem i do tyłu. Dopiero później sobie to przypomniałem. Wypadłem z wagonu przodem i do przodu. Należało ścisnąć szczęki, ale o tym też zapomniałem i dlatego zęby trzasnęły, jak potrzask, o mało nie odgryzłem sobie języka. Wagon sunął jeszcze zupełnie wolno, wysokość też była minimalna: peron i schodki są na tym samym poziomie. Tyle że nogę skręciłem i rękę rozdarłem. Pies ją trącał! Zerwałem się z ziemi, właśnie przemknął ostatni wagon. Moskiewskie kolejki błyskawicznie nabierają prędkości. Uszy świdruje przeraźliwy zgrzyt: to moje dryblasy szarpnęły za hamulec bezpieczeństwa. Ja jestem na ćwiczeniach, ale oni też. Działam tak, jakbym zachowywał się podczas prawdziwej akcji, oni tak samo. Też czekają ich egzaminy, też dostają stopnie z zajęć. Muszą mnie teraz schwytać za wszelką cenę. Niedoczekanie wasze, chłopcy! Rzuciłem się w stronę płotu i do góry. I w nogi. Uff, uff, uff. Byle dalej. Dzięki ci, Żeńka!

XI

Minęła północ. Dłuższy czas gonię przejściami podziemnymi i co ciemniejszymi uliczkami, teraz daję nura do metra. Ma to jedną niezaprzeczalną zaletę: samochód za tobą nie jedzie. Pusto w wagonie. Późna pora, zresztą chyba zgubiłem ich na dobre. Teraz najważniejsze, to omijać kamery telewizyjne w korytarzach metra. Pełno ich na każdej stacji. Jeżeli KGB zgubiło mój ślad, to centralna dyspozytornia dawno już otrzymała opis mojej skromnej osoby i wszystkie kamery przetrząsają podziemną Moskwę.

Ja też mam swój rozum. Wysiądę na stacji „Park Izmajłowski”. Wykryłem tam zaledwie cztery kamery, znam dokładnie ich rozmieszczenie. Jeżeli siedzisz w ostatnim wagonie, masz szansę śmignąć niezauważony, a dalej już tylko betonowe ogrodzenie, wąskie przejście dla pieszych i z dziesięć dróżek do lasu. Szukaj potem wiatru w polu!

Skrzypi pod butami pierwszy śnieg, ale dróżki już wydeptane. Pod wieczór emeryci schodzą się tu na spacery, a w pobliskim zagajniku przesiadują podchmieleni gówniarze. Teraz kompletne pustki. Zataczam w lesie wielką pętlę. Przystaję i długo nasłuchuję. Spokojnie rozglądam się na wszystkie strony. Zazwyczaj w książkach pisze się w takiej sytuacji „zerkał ukradkiem na boki”. Tak. Dokładnie. Nie mam się czego obawiać. Zgubiłem ich definitywnie. Nikt mnie nie śledzi. Miejsce kryjówki znam tylko ja, nikt więcej. Oto ona. W najdalszym zakamarku do betonowej ściany przylega ze dwadzieścia garaży, a między nimi i ścianą — ledwo widoczna szczelina. W powietrzu odór moczu. To dobrze, nie znajdzie się wielu chętnych, by wścibiać nos do zaświnionej szczeliny. Zrobią, co mają zrobić — i pójdą… No, ja to co innego, taki już mój fach. Rozejrzałem się ostatni raz, na wszelki wypadek, wciskam się w szczelinę. Jest sucho i czysto, tyle że ciasno. Muszę przepchnąć się ze trzy metry, nim dotrę do styku pierwszych dwóch garaży. Tam właśnie na odległość wyciągniętego ramienia można czubkami palców wymacać pozostawiony przez kogoś pakiecik. Niełatwo przychodzą mi te metry. Żenią nie zmieściłby się tutaj za żadne skarby. Wypuszczam powietrze z płuc, przepycham się o kilka centymetrów, łapię oddech, znowu wypuszczam powietrze i znowu naprzód. Ale ze mnie frajer! Trzeba było zdjąć palto! Dawno temu znalazłem to miejsce; wtedy wlazłem bez trudu, ale to było latem. Jeszcze jeden wydech i jeszcze trochę do przodu. Teraz prawą rękę trzeba wyciągnąć przed siebie. Jeszcze ociupinkę, żeby sięgnąć załomu. Teraz rozstawić palce. W górę, w dół. A-a-a-a! Czyjaś ręka żelaznym chwytem łapie za nadgarstek. Oślepiające światło w oczy. Słychać stłumione glosy. Ręka jak w potrzasku — boli, niech to diabli. Ktoś szarpnął mnie za nogi. Bez trudu wywlekli mnie z niszy. Dalej ciągną za nogi, twarzą po świeżym śniegu, po nieświeżym moczu. Nie wiedzieć skąd pojawia się samochód osobowy, choć Park Izmajłowski ponoć zamknięty dla ruchu. Pisk hamulców. Ręce wykręcili mi do tyłu, aż zatrzeszczało w stawach. Tylko jęknąłem. Trzask zimnych kajdanków.

— Proszę zawiadomić konsula! — tak mam wrzeszczeć w podobnej sytuacji.

Tylne drzwiczki otwarte na oścież. Teraz powinienem zaprotestować: nie wsiądę do samochodu! Ktoś zręcznym ruchem podciął mi obie nogi, ziemia usunęła się spod stóp, jak taboret pod szubienicą. Ale krzepa! Chłopaki na schwał! Tylko strzeliły mi zęby — i już siedzę na tylnym siedzeniu, pomiędzy dwoma herkulesami.

— Zawiadomić konsula!

— Co tutaj, gnoju, robisz?

— Zawiadomić konsula!

— Każdy twój gest został utrwalony na taśmie!

— Prowokacja! Na kliszy mógłbym zademonstrować nawet jak pieprzycie Brigitte Bardot! Zawiadomić konsula!

— Miałeś w ręku tajne dokumenty!

— Wepchnęliście mi na siłę! To nie moje papiery!

— Przekradałeś się do skrytki!

— Granda! Złapaliście mnie w centrum miasta i siłą wciągnęliście do tej śmierdzącej dziury! Wezwać konsula!

Samochód skręca z piskiem opon i unosi mnie gdzieś w nieznane, w ciemność.

— Wezwijcie konsula! — drę się ile sił. Dosyć mają moich ryków.

— No dobra, stary, poćwiczyłeś i będzie tego. Skończ z tym wrzaskiem!

Znam te numery. Gdybyście mnie teraz zwolnili, to by znaczyło, że trening się skończył. Skoro mnie nie puszczacie, to znaczy, że trwa. Zaczerpnąłem pełne płuca powietrza i drę się jak opętany: