— Wezwijcie konsula, bydlaki! Jestem niewinnym dyplomatą! Konsula!!!
— Wezwijcie konsula!
Światła nie żałują. Dwa reflektory prosto w twarz. Oczy pieką, łzawią. Posadzili mnie, a za moimi plecami stanął ponury olbrzym. Ani mi w głowie tutaj siedzieć. Wezwijcie konsula! Wstaję. Ponurak swymi wielkimi łapami wciska mnie z powrotem w głęboki, drewniany fotel. Czekam, aż zelżeje nacisk na barkach i raz jeszcze próbuję wstać. Wielkolud znowu wciska mnie w fotel, pomagając sobie potężnym buciorem. Lekko podcina mi nogę, jak w judo, znów opadam. Bucior wylądował prosto na mojej kostce. Boli. Zza reflektorów dobiega głos:
— Jesteś szpiegiem!
— Wezwijcie konsula. Jestem dyplomatą Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich!
— Wszystkie twoje knowania przy skrytce zostały sfilmowane!
— Ohydna prowokacja! Wezwijcie konsula!
Próbuję wstać z fotela. Wielkolud jednym ruchem buciora podcina mi lewą nogę i tracę równowagę. Znowu czuję dotkliwy ból. Uderza lekko, w kostkę tuż nad piętą. Nigdy nie przypuszczałem, że to tak boli.
— Co robiłeś nocą w parku?
— Wezwijcie konsula!
Znowu wstaję. Znowu kopie mnie lekko i celnie. Przecież nawet sińców nie będzie, nie będę mógł nikomu udowodnić, że ten bydlak mnie torturował. Znowu wstaję i znowu sadza mnie lekkim kopniakiem. Hej, duży, przecież to tylko ćwiczenia. To tylko trening. Czemu znęcasz się nade mną? Raz jeszcze wstaję i raz jeszcze przywołuje mnie do porządku. Zerkam przez ramię — co też za gębę ma ten gagatek? Nic nie widzę. Przed oczami skaczą mi roztańczone kręgi. Cały pokój ciemny, tylko dwa jaskrawe reflektory. Nie wiem nawet, czy pokój jest duży, czy mały. Chyba spory, bo od reflektorów bije nieznośny żar, ale czasem czuję lekki powiew świeżego powietrza. W małym pomieszczeniu nie jest to możliwe.
— Złamałeś prawo…
— Powiedzcie to mojemu konsulowi.
Czuję ból i wcale nie mam ochoty raz jeszcze dostać kopniaka w kostkę. Postanawiam podjąć jeszcze trzy próby. Potem będę siedzieć nieruchomo. O rany, ale mi się nie chce podnosić z drewnianego fotela! No, Witia, do roboty. Zapieram się nogami o posadzkę, ostrożnie przenoszę ciężar ciała na mięśnie nóg i odetchnąwszy głęboko odpycham się gwałtownie do góry. Pada cios. Lewa stopa wylatuje mi trochę do góry, a ja z lekkim stęknięciem opadam na fotel. Szkoda, że nie jest miękki, byłoby wygodniej.
— Kto dostarczył materiały do skrytki?
— Wezwijcie konsula!
Wiem, że ten, który kopie mnie w kostkę też się w tej chwili uczy. W przyszłości będzie miał taką robotę: stać za krzesłem i zmuszać przesłuchiwanego do posłusznego siedzenia. Nie jest to łatwe. Ale olbrzym jest pilnym, wytrwałym uczniem. To entuzjasta. Ostatni cios był silniejszy od poprzednich. A może mi się tylko zdawało, bo wciąż godzą w to samo miejsce? W zasadzie po cóż ja w ogóle próbuję wstać? Przecież mogę zwyczajnie siedzieć i domagać się konsula, a póki go nie wezwą, nie dawać się wciągnąć w żadne rozmowy. No więc spokój ze wstawaniem. Jeszcze tylko trzy próby i basta.
Następny kopniak dowiódł wielkiego kunsztu i zamiłowania do wykonywanej pracy. Dlatego nie zrozumiałem ostatniego pytania. Wiem, że było pytanie, ale nie wiem, jakie. Kilka sekund zastanawiałem się nad odpowiedzią, po czym znalazłem:
— Wezwijcie konsula!
Monotonia przesłuchania zaczyna mnie nużyć, ich również. Wtedy potężne łapy wcisnęły mnie w siedzenie, ktoś włożył mi ołówki między palce. Znam te sztuczki. Jest to bardzo prosty sposób ł niezwykle skuteczny, co więcej — nie zostawia żadnych śladów. Zanim ścisną, przywołuję z pamięci całą teorię: po pierwsze — nie krzyczeć, po drugie — rozkoszować się cierpieniem i życzyć sobie jeszcze większego bólu. To jedyny ratunek. Czyjaś spocona ręka obmacała moją dłoń, poprawiła ołówki między palcami i gwałtownie je ścisnęła: dłoń jak w imadle. Dwa reflektory drgnęły, zadrżały i zawirowały jak szalone. Odpłynąłem gdzieś z dużego ciemnego pokoju z ceglaną posadzką. Życzyłem sobie tylko większego bólu i śmiałem się z kogoś.
Nad Moskwą wstaje szary, chłodny poranek. Listopad. Wszyscy jeszcze śpią. Przejechał samochód pocztowy. Zaspany dozorca zamiata ulicę. Leżę na miękkim odchylonym siedzeniu. Za oknami przelatuje Moskwa. Boczna szyba lekko uchylona, mroźny wiatr unosi strzępy jakichś koszmarów. Czuję, że mam zarost na policzkach, włosy na czole zlepione, twarz mokrą. I jest mi dobrze. Wielka, czarna limuzyna wiezie mnie w nieznanym kierunku. Odwracam głowę do kierowcy. To Słoń. To on prowadzi wóz.
— Towarzyszu pułkowniku, nie puściłem pary z ust.
— Wiem, wiem.
— Dokąd jedziemy?
— Do domu.
— Zwolnili mnie?
— Tak.
Milczę długą chwilę. Raptem poczułem lęk. Ni stąd, ni zowąd zaczęło mi się wydawać, że śmiejąc się wszystko wygadałem.
— Towarzyszu pułkowniku… czy sypnąłem?
— Nie.
— Jesteście pewni?
— Absolutnie. Cały czas byłem w pobliżu, nawet w trakcie aresztowania.
— Na czym polegał błąd?
— Nie było żadnego błędu. Oderwałeś się doskonale i do skrytki przyszedłeś czysty jak łza. Ale to za dobre miejsce. KGB od dawna ma je na oku. Wykorzystałeś kryjówkę, której obcy szpiedzy używają naprawdę i dlatego jest pod obserwacją. Wzięli cię za prawdziwego agenta, nie wiedzieli, że to ćwiczenia. Ale niebawem wkroczyliśmy do akcji. Aresztowanie było prawdziwe, a przesłuchanie ćwiczebne.
— A jak tam Żeńka?
— W porządku. Trochę go potarmosili, też nie pisnął ani słowa. W takich sytuacjach trzeba wziąć się w garść, nie wolno litować się nad sobą, nie wolno myśleć o zemście. Wtedy wytrzymasz najgorszą próbę. Śpij. Dam ci rekomendacje do roboty z prawdziwego zdarzenia.
— A co z Żenią?
— Tak samo.
Czy byłeś kiedyś w Mytiszczach?
— Nigdy.
— Tym lepiej. — Słoń raptem spoważniał. — Oto twoje bojowe ćwiczenie. Obiekt: Zakłady Rakietowe w Mytiszczach. Zadanie: znaleźć odpowiedniego człowieka i zwerbować go. Cel pierwszy: poznać praktykę prawdziwego werbunku. Cel drugi: wykryć ewentualne kanały, których wrogie służby wywiadowcze mogłyby użyć celem werbowania naszych ludzi w ośrodkach o szczególnym znaczeniu strategicznym. Ograniczenia: po pierwsze, całą operację należy przeprowadzić w dni wolne od zajęć, w niedziele, święta i podczas urlopu, więc nie licz, że zostanie ci wydzielony czas na werbunek; po drugie, ograniczenia finansowe: wszelkie koszta pokrywa się wyłącznie z własnej kieszeni, nie otrzymasz ani kopiejki z funduszy operacyjnych. Pytania?
— Co wie o tym KGB?
— Wie tylko tyle, że za zgodą Wydziału Organów Administracyjnych KC prowadzimy podobne działania regularnie na terenie całego miasta i okolic. Jeżeli KGB cię aresztuje, wyciągniemy cię z tarapatów, ale… za granicę już nie poślemy.
— Co mam prawo powiedzieć werbowanemu o sobie i o swojej organizacji?
— Wszystko, na co masz ochotę. Oprócz prawdy. Werbujesz go nie w imieniu radzieckiego państwa, to potrafiłby każdy głupi, ale we własnym imieniu ł za własne pieniądze.
— To znaczy, że gdybym go zwerbował, będzie uchodzić za prawdziwego szpiega?
— Dokładnie. Z jedną istotną różnicą: przekazane przezeń informacje nie opuszczą granic kraju.
— Ale to w żadnym stopniu nie łagodzi jego winy?
— W żadnym.
— Cóż go czeka?