Informacja GRU zapragnęła dowiedzieć się, co mój znajomy wie o paliwie borowodorowym.
Siedzimy w obskurnej piwiarni i mówię mojemu przyjacielowi, że paliwo borowodorowe nigdy nie będzie zastosowane. Nie wiem, dlaczego jest przekonany, że pracuję na czwartym wydziale fabrycznym. Nigdy nic podobnego mu nie mówiłem, zresztą nawet nie mam pojęcia, co to za czwarty wydział. Rzuca mi długie, badawcze spojrzenie:
— To u was na czwórce tak myślą. Znam ja was, asekurantów. Toksyczność i wybuchowość… Wszystko prawda.
Za to jaka wydajność energetyczna! Zastanawialiście się nad tym? Toksyczność można zredukować, nasz drugi wydział nad tym pracuje. Wierz mi, sukces gwarantowany, a wtedy otworzą się przed nami niesłychane możliwości…
Przy sąsiednim stoliku poznaję czyjeś znajome plecy. Czyżby Słoń? Tak jest. W towarzystwie jakichś imponujących osobistości.
Następnego dnia Słoń pogratulował mi pierwszego werbunku.
— Szkoleniowy. Ale to nic. Zanim kociak zostanie kotem, musi zaczynać od piskląt, a nie od wróbli. A o borowodorowym paliwie zapomnij. To nie dla ciebie sprawy.
— Rozkaz zapomnieć!
— Okularnika też zapomnij. Jego sprawę razem z twoimi raportami i nagraniami przekażemy komu należy. Żeby trzymać Bezpiekę w ryzach, Komitet Centralny potrzebuje konkretnych materiałów o złej pracy KGB. Skąd je wziąć? Proszę bardzo! — Słoń otwiera na oścież sejf, pełen meldunków moich kolegów o pierwszych ćwiczebno-bojowych werbunkach…
Jednak wypadło mi raz jeszcze zetknąć się z systemami wyporowymi i paliwem borowodorowym. Przed samym zakończeniem Akademii umożliwiono nam konsultacje z konstruktorami broni, abyśmy mieli ogólne pojęcie o radzieckim przemyśle zbrojeniowym. Pokazywali nam czołgi i artylerię w Sołniecznogorsku, najnowsze samoloty w Monino, rakiety w Mytiszczach. Spędziliśmy po kilka dni w towarzystwie czołowych inżynierów i konstruktorów, nie znając ich nazwisk, ma się rozumieć. Oni też nie bardzo wiedzieli, z kim mają do czynienia. Ot, jacyś młodzi ludzie z Komitetu Centralnego.
I oto w Mytiszczach przewieziono mnie przez trzy wartownie, przez niezliczonych kontrolerów i strażników. W wysokim, jasnym hangarze pokazano nam zielony kadłub. Po długich objaśnieniach pytam, czemu by nie powrócić do starych wypróbowanych pomp wirowych na miejsce systemów wyporowych.
— Specjalizujecie się w rakietach? — zaciekawił się inżynier.
— W pewnym sensie…
Rozdział 8
Trzeciego dnia po przylocie do Wiednia wezwał mnie do siebie szef wiedeńskiej rezydentury dyplomatycznej GRU, generał-major Golicyn.
— Walizki już rozpakowane?
— Jeszcze nie, towarzyszu generale.
— To się nie spiesz. _ ?
Potężna pięść huknęła w dębowe biurko, aż podskoczyła filiżanka:
— W piątek leci nasz samolot do Moskwy. Odeślę cię z powrotem, leniu patentowany! Gdzie twoje werbunki?!
Czerwony ze wstydu wypadłem z generalskiego gabinetu prosto na „przodek” — do wielkiej sali rezydentury. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, wszyscy zanadto pochłonięci byli pracą. Trzy osoby stały pochylone nad wielkim planem miasta, ktoś pisał na maszynie, inni usiłowali bezskutecznie wcisnąć wielki, szary podzespół elektroniczny z francuskim napisem do kontenera poczty dyplomatycznej. Tylko jeden stary wyga użalił się nade mną:
— Nawigator, rzecz jasna, obiecał, że odeśle cię następnym lotem? To niewykluczone.
— Cóż mam począć?
— Pracować.
Była to doskonała rada, na lepszą nie miałem co liczyć. Jeżeli ktoś wie, gdzie i jak można zdobyć tajne papiery, to sam się tym zajmuje. Po cóż miałby dzielić ze mną swoje zasługi?
Nie miałem wyboru, zabrałem się ostro do roboty. Nie zdołałem przed piątkiem nikogo zwerbować — cztery dni to jednak zbyt krótki okres — ale wykonałem krok we właściwym kierunku i rezydent zawiesił mój odlot na tydzień, potem na następny. W ten sposób przepracowałem u generała Golicyna cztery lata. Zresztą wszyscy, łącznie z Pierwszym Zastępcą, byli w takiej samej sytuacji.
Jestem szpiegiem.
Ukończyłem Wojskową Akademię Dyplomatyczną i pół roku spędziłem na stażu w IX Zarządzie Służby Informacji GRU. Potem z pionu analizy danych przeniesiono mnie do działu zajmującego się ich zdobywaniem. Nie, informacji nie zdobywa się wyłącznie za granicą.
Związek Radziecki odwiedzają miliony cudzoziemców, część z nich jest w posiadaniu interesujących nas wiadomości. Tych właśnie należy wyławiać, werbować, wydzierać im sekrety — siłą, postępem albo pieniędzmi.
Praca przy zdobywaniu informacji, to bezwzględna walka tysięcy oficerów KGB i GRU o najbardziej interesujących obcokrajowców. Jak sfora psów rzucają się na zdobycz. I jest to doprawdy pieskie życie. W Moskwie kieruje tą robotą bezwzględny generał-major GRU Borys Aleksandrów, któremu najtrudniejsze nawet zadania wydają się wykonalne, który bez wahania z powodu błahych potknięć łamie kariery młodym wywiadowcom. Rok przepracowałem w Zarządzie generała Aleksandrowa. Był to najcięższy rok w moim życiu. Ale był to zarazem rok mojego pierwszego werbunku, rok pierwszego samodzielnie zdobytego tajnego dokumentu. Ten kto potrafi dokonać tego w Moskwie, która już nie ma dla nas wielu tajemnic — może liczyć na wyjazd. Kto potrafi pracować w Moskwie, wszędzie da sobie radę. Dlatego właśnie siedzę w malutkiej wiedeńskiej piwiarni, ściskając w dłoni zimny, wilgotny kufel aromatycznego, prawie czarnego piwa.
Jestem oficerem zdobywającym informacje, tak zwanym oficerem operacyjnym. Moi starsi koledzy mają pełne ręce roboty, każda akcja wymaga odpowiedniego ubezpieczania. Trzeba odwracać uwagę policji, skontrolować na trasie „testowej” każdego oficera wyruszającego na operację, ubezpieczać go podczas sekretnego spotkania, trzeba odbierać od niego zdobyte materiały i ryzykując własną karierę dostarczać je do rezydentury. Trzeba regularnie odwiedzać skrytki i skrzynki kontaktowe, kontrolować sygnalizację, wykonywać tysiące czynności, często nie rozumiejąc ich sensu i znaczenia. Wszystko to wymaga wytężonej pracy, wszystko wiąże się z ryzykiem.
Ambasada radziecka w Wiedniu do złudzenia przypomina Łubiankę. Ten sam styl, te sam barwy. Typowe bezpieczniackie bezguście. Sztuczny majestat. Klasycyzm rodem z Łubianki. W swoim czasie mój kraj obfitował w takie napuszone budowle — kolumny, fasady, gzymsy, iglice, wieżyczki, balkoniki. Wewnątrz ambasady też jak na Łubiance: ponuro i szaro. Obsypujące się sztuczne marmury, spleśniała sztukateria, obite skórą drzwi, czerwone dywany, nieśmiertelna woń tanich bułgarskich papierosów.
Jednak nie cała ambasada przypomina filię Łubianki. Jest tu jedna wydzielona wyspa, będąca suwerenną i niezależną ekspozyturą Akwarium. Mamy nasz własny styl, własne tradycje i reguły. Gardzimy stylem Łubianki. Nasz jest prosty, surowy, żadnych upiększeń, nic zbędnego. Ale nasz styl kryje się pod ziemią. Tylko my możemy go zobaczyć. Tak jak w Moskwie, gdzie potężne gmachy KGB wznoszą się w samym środku miasta, a budynki GRU są skrzętnie ukryte. GRU tym się różni od KGB, że jest organizacją tajną. Tu, w Wiedniu, podobnie: bezpieczniacki styl wystawiony na pokaz, styl GRU starannie zakamuflowany.