Выбрать главу

Lecz na terenie radzieckiej ambasady istnieje jeszcze jeden, trzeci styl. W zarośniętym ogrodzie wznoszą się surowe i majestatyczne dzwonnice cerkwi prawosławnej. Pięć kopuł zwieńczonych złotymi krzyżami, nad nimi jeszcze jedna kopuła, też z krzyżem. Dlaczego nie zburzyli tej świątyni? Nie wiem. Stoi dumna i niezawisła, jej złote krzyże górują nad czerwoną flagą.

Dobrze wiem, że Boga nie ma. Nigdy w życiu nie byłem w kościele. Nigdy w życiu nie przystanąłem przed żadną cerkwią, choćby zburzoną, oprócz tej jednej, w Wiedniu. Dzień w dzień mijam ją w drodze do pracy. Nie wiem, dlaczego budzi we mnie dziwny niepokój. Jest w niej coś mistycznego i magicznego. Od ponad stu lat stoi w tym samym miejscu. Rzecz jasna, przez ostatnie 50 lat nie odprawiono tu żadnej mszy, jej dzwony głucho milczały. Ale i bez bicia dzwonów jest po prostu piękna.

Mijam cerkiew i patrzę pod nogi. Czuję, że jeśli podniosę wzrok, nie zdołam się powstrzymać, by nie paść na kolana przed tym tajemnym, kuszącym pięknem — i tak pozostać na zawsze.

IV

Melduję o moich pierwszych posunięciach. Nawigator słucha w milczeniu, nie przerywa. Wzrok wbity w biurko. Dziwne. Abecadło szpiega każe patrzeć rozmówcy prosto w oczy, wytrzymać przeciągłe spojrzenie. Dlaczego więc szczwany lis nie respektuje elementarnych zasad? Coś tu nie gra. Spinam się wewnętrznie, nie spuszczając zeń wzroku, i w myślach szykuję się na najgorsze.

— Dobra — powiedział wreszcie, nadal nie odrywając wzroku od papierów — w przyszłości nadal będziesz pracować pod kontrolą Pierwszego Zastępcy, ale dwa razy na miesiąc wysłucham cię osobiście. Jak na pierwsze tygodnie zrobiłeś niemało, dlatego dam ci teraz poważniejsze zadanie. Udasz się na spotkanie z człowiekiem, którego zwerbował Pierwszy Zastępca. Nie chcę, aby sam poszedł na spotkanie, to zbyt ryzykowne. Dlatego pójdziesz ty. Ten człowiek ma dla nas szczególne znacznie. Towarzysz Kosygin osobiście interesuje się naszą pracą. Nie mamy prawa zmarnować takiego człowieka. Pracuje w Niemczech Zachodnich, skąd dostarcza nam części do amerykańskich rakiet przeciwpancernych TO W. Przerzucimy cię dyskretnie do RFN. Zobaczysz się z facetem. Otrzymasz części. Opłacisz usługi. Zjeździsz szmat drogi, żeby zatrzeć ślady. Spotkasz się z pomocnikiem radzieckiego attache wojskowego w Bonn. Przekażesz mu towar, ale w opakowaniu. Nie powinien wiedzieć, co otrzymał. Dalej ładunek pojedzie pocztą dyplomatyczną do Akwarium. Pytania?

— Dlaczego by nie zlecić całej operacji naszym oficerom w RFN?

— Po pierwsze dlatego, że jeśli jutro Niemcy Zachodnie wywalą wszystkich naszych dyplomatów, to strumień informacji o RFN nie zmaleje. Będziemy odbierać tajne przesyłki przez Austrię, Nową Zelandię, Japonię. Dla KGB ekspulsja całej siatki szpiegowskiej z Wielkiej Brytanii oznacza katastrofę; dla nas nie. Nadal możemy otrzymywać angielskie sekrety przez Austrię, Szwajcarię, Nigerię, Cypr, Honduras i te wszystkie kraje, w których znajdują się oficerowie Akwarium.

— Po drugie dlatego, że po otrzymaniu zdobytych przez nas części rakiet szef GRU zwoła wszystkich dyplomatycznych i „nielegalnych”{„Nielegalna” siatka, „nielegalna” rezydentura — agentura wywiadowcza w danym kraju składająca się z ludzi ukrywających swoje powiązania z ZSRR: mieszkańców tego kraju, obywateli państw zaprzyjaźnionych i osób pod przybraną tożsamością. Działa równolegle do „jawnej” sieci — „rezydentury dyplomatycznej” czyli agentów występujących jako radzieccy dyplomaci, przedstawiciele Aeroflotu, Inturistu itp. (przyp. tłum.).} rezydentów GRU w Niemczech Zachodnich i całej tej ósemce generałów zada pytanie: „Jak to się dzieje, że Golicyn będąc w Austrii potrafi zdobywać takie cacka na terytorium RFN, a wy, tacy i owacy, siedzicie tu, na miejscu — i nic?! Czekacie, aż same wpadną wam do kieszeni? Do kitu z taką robotą!” Właśnie w taki sposób, Suworow, rodzi się konkurencja, a tylko bezwzględna konkurencja leży u podstaw naszych sukcesów. Wszystko zrozumiałeś?

— Wszystko, towarzyszu generale.

— Chcesz o coś spytać?

— Nie.

— Chcesz, znam twoje pytanie! Jedno nie daje ci teraz spokoju: za te części Pierwszy Zastępca dostanie order, a ryzykować za niego będzie młody kapitan i gówno mu z tego ryzyka przyjdzie. Tak myślisz?

Nagle odrywa oczy od papierów. To jest jego sztuczka! Wyczekał z tym spojrzeniem do ostatniej chwili. Wzrok ma okrutny, żadnej iskierki. Rzuca spojrzenie niespodziewanie, błyskawicznie. Nie byłem na to przygotowany. Wytrzymuję jego wzrok, ale wiem, że nie potrafię skłamać.

— Tak, towarzyszu generale.

— Pracuj aktywnie. Szukaj. Werbuj. Wtedy i ciebie będzie ktoś asekurować. Będziesz pracować wyłącznie głową, a ktoś inny za ciebie nadstawi karku.

Zadrgały mu mięśnie twarzy, wzrok zimny, ołowiany.

— Szczegóły uzgodnisz z Pierwszym Zastępcą. Możesz się odmeldować.

Strzeliłem obcasami i zawróciwszy na pięcie opuściłem gabinet dowódcy. Na korytarzu pusto. W dużej sali — żywej duszy. Urządzenie do klimatyzacji z cichym świstem rzuca w półmrok strumień chłodnego powietrza. Podkręciłem nieco błękitne oświetlenie i po gęstym, tłumiącym dźwięk kroków dywanie przeszedłem w najdalszy koniec sali do sejfów. Kilka sekund gapię się bezmyślnie na obrotową tarczę, ciężko wzdycham i wykręcam kombinację cyfr. Ciężkie drzwi pancerne ustępują płynnie i bezszelestnie, odsłaniając dwanaście par niewielkich masywnych drzwiczek. Własnym kluczem otwieram te, na których widnieje starannie namalowany numer 41. W środku spoczywa moja teczka. Zamykam sejf, kładę j ą na swoim biurku, ostrożnie ciągnę za dwa jedwabne sznurki, naruszając wyraźny wzór dwóch pieczęci — najpierw z godłem, potem mojej. Z teczki wyjmuję kartkę sztywnego białego papieru z regularną kolumną napisów, raz jeszcze westchnąwszy głęboko, notuję:

„Teczkę nr 11 otwarto w dniu 13 lipca, godzina 12.43 czasu miejscowego”. Cofam się nieco, podpisuję.

Ostrożnie chowam papier do teczki, po czym wyciągam cieniutką błyszczącą aktówkę z numerem 173-W-41. Pierwsza kartka gęsto zapisana, następne zupełnie czyste. Jedną z nich ujmuję ostrożnie w dwa palce i kładę przed sobą. W lewym górnym rogu stawiam własną pieczątkę, po czym wkręcam kartkę do maszyny. W prawym górnym rogu jak zwykle szybko wystukuję „Ściśle tajne”, następnie, przepuściwszy kilka linii, na samym środku: PLAN.

Opieram głowę na ręce, tęsknie spoglądam na ścianę. Aż mnie rozsadza z wściekłości. Nienawidzę całego świata, nienawidzę siebie, nienawidzę biurka, błękitnego światła, brązowych dywanów i zielonych teczek.

Spośród ludzi i przedmiotów, których nienawidzę, wynurza się jedna twarz, najbardziej nienawistna. Twarz Nawigatora.

Łatwo jest wydawać rozkazy! Przecież to.nie dowodzenie dywizją. Pójdź tam, zrób to. Wszak nigdy nie byłem w Niemczech Zachodnich. Posłać mnie ha taką robotę po trzech tygodniach pracy w rezydenturze! A jeżeli zawalę całą operację?

Gdybym mógł w tej chwili dać komuś w gębę, ulżyłoby mi z pewnością. Omiotłem wzrokiem wypolerowaną powierzchnię biurka szukając czegoś, na czym mógłbym wyładować swoją złość. Wpadł mi w rękę gustowny kubeczek pełen długopisów i ołówków. Ścisnąłem go w dłoni, oglądając uważnie, po czym z całej siły trzasnąłem o ścianę.

— Szajba ci odbiła?

Odwracam się. Za moimi plecami, koło sejfów — Pierwszy Zastępca. Pogrążony w myślach nawet nie zauważyłem, kiedy się pojawił.

— Przepraszam — wydusiłem z siebie, nie podnosząc wzroku.

— O co chodzi?

— Nawigator polecił mi udać się na spotkanie z waszym człowiekiem…