Выбрать главу

— No to ruszaj. Co za problem?

— Szczerze mówiąc nie wiem, od czego zacząć, co robić…

— Napisać plan! — wybuchnął nagle. — Napisz, ja ci podpiszę, i w drogę…

— A jeżeli wypadki potoczą się niezgodnie z moim planem?

— Że co proszę? — patrzy zdumiony. Spogląda na zegarek, na mnie, wzdycha i mówi z wyrzutem: — Zabieraj swoje papiery. Chodźmy.

Gabinet instruktażowy zawsze kojarzy mi się z kajutą na wielkim luksusowym statku. Kiedy system ochronny jest włączony, podłoga, ściany i sufit pomieszczenia ledwo wyczuwalnie wibrują, jak pokład liniowca, gdy pełną parą pruje fale oceanu. Wewnątrz murów, za warstwami izolacji, umieszczone są potężne zagłuszarki. Izolacja tysiąckrotnie osłabia ich ryk, a w pomieszczeniu słychać tylko stłumiony pomruk, jakby szum dalekiego przypływu.

Gabinet instruktażowy lśni bielą. Niektórzy nazywają to pomieszczenie „blokiem operacyjnym”. Ja tej nazwy nie lubię, zawsze mówię „kajuta”. W kajucie stoi tylko stół i dwa krzesła. Zarówno stół, jak i krzesła są przezroczyste, co stwarza wrażenie luksusu i niecodzienności.

Pierwszy Zastępca gestem pokazuje mi krzesło i siada naprzeciw.

— Na Cmentarzysku Słoni nie nauczono cię niczego pożytecznego. Jeżeli chcesz odnosić sukcesy, musisz przede wszystkim zapomnieć o wszystkim, czego uczono cię w Akademii. Słoniami zostają ci, którzy sami nie potrafią pracować w terenie. Teraz słuchaj uważnie. Przede wszystkim trzeba ułożyć plan. Musisz go rozpisać na różne warianty i przedstawić swoje postępowanie w odpowiednich sytuacjach. Im więcej napiszesz, tym lepiej. Plan jest zabezpieczeniem na wypadek fiaska. Gdyby Akwarium rozpoczęło dochodzenie, wówczas masz solidny argument na swoją korzyść: proszę, fazę przygotowawczą potraktowałem bardzo poważnie. Zapamiętaj: czym więcej papieru, tym czystszy tyłek. Po napisaniu planu weź się do przygotowań. Odpręż się maksymalnie, posiedź w saunie. Wyrzuć z siebie wszelkie negatywne emocje, stresy, wątpliwości. Musisz wyruszać na akcję z absolutnym przeświadczeniem ojej powodzeniu. Jeżeli nie masz tej pewności, lepiej zrezygnuj na wstępie. Najważniejsze to narzucić sobie ton agresywnego zwycięzcy. Kiedy już odprężysz się należycie, posłuchaj Wysockiego, na przykład „Obławy”. Ta muzyka powinna brzmieć w tobie podczas całej operacji. Zwłaszcza gdy będziesz już wracać. Największych błędów dopuszczamy się po udanym spotkaniu, w drodze powrotnej. W radosnym uniesieniu zatracamy ducha agresywnego zwycięzcy. Nie wyzbywaj się tego uczucia dopóty, dopóki nie zatrzasną się za tobą nasze pancerne drzwi. Powtarzam: najważniejsze to nie plan, lecz nastawienie psychiczne. Jesteś zwycięzcą tak długo, jak długo sam czujesz się zwycięzcą. Życzę ci powodzenia.

V

Do spotkania zostało jeszcze 27 minut. Czas wlecze się niemiłosiernie. Siedzę w starym, poobijanym samochodzie, zaparkowanym na poboczu leśnej drogi. Według paszportu jestem obywatelem jugosłowiańskim, ni to turystą, ni to bezrobotnym. Mój Boże! Dopiero tu, na miejscu zorientowałem się, jaką masę ludzi wciągnięto do operacji, bym w efekcie mógł znaleźć się w tym lesie. Ktoś musiał wynająć dla mnie wóz, tak, aby nikt się nie zorientował, że to obywatel radziecki zażyczył sobie właśnie starego grata. Ktoś inny pomógł mi przekroczyć granicę. Ktoś wreszcie zdobył dla mnie solidne papiery.

No więc siedzę i czekam. Szkatułkę złotych monet na wszelki wypadek zakopałem w pobliskim zagajniku. Gdyby aresztowano nas podczas spotkania, te pieniądze stanowiłyby dodatkową okoliczność obciążającą. Jestem przecież biednym włóczęgą. Skąd więc złote dukaty? Nasz „przyjaciel” zażądał zapłaty nie w dolarach, nie w markach, ale właśnie w złocie. Wymyślił, cwaniaczek, że w razie wpadki będzie się tłumaczyć, że to spadek po prababce.

Czekam. „Przyjaciel” czy — jak go nazywamy — „specjalne źródło” ma się zjawić o 13.00. Moje znaki rozpoznawcze to japońskie radyjko w lewej ręce i znaczek piłkarski w klapie. Jego mam poznać po tym, że zjawi się punkt trzynasta i zapyta o godzinę, stojąc po mojej prawej ręce.

Ciekawe w jaki sposób nasz przyjaciel zdobywa części amerykańskich rakiet przeciwpancernych? Czyżby był generałem? A może konstruktorem? Któż inny mógłby zwędzić taką część, bo ani inżynier, ani magazynier, ani strażnik w fabryce zbrojeniowej. Każdy wyprodukowany element jest odpowiednio ponumerowany. Właściwie konstruktor i generał też nie mogą ukraść kawałka rakiety. Ktoś jeszcze wyżej? A jeżeli to generał albo naczelny inżynier, to w jaki sposób Pierwszy Zastępca zdołał nawiązać z nim kontakt i go zwerbować?

Niezbyt odpowiada mi rola turysty nędzarza: podarty sweter, znoszone buty. I w takim stroju mam spotkać amerykańskiego generała? Co sobie pomyśli o GRU, gdy ujrzy mój pogruchotany wehikuł?

Wybiła umówiona godzina. Nikt się nie zjawia. Generale, co z twoją dyscypliną? Zza zakrętu wyłania się wielki zabłocony traktor z przyczepą. Stary Niemiec, rolnik, cuchnie nawozem. Niech to szlag, tego tylko brakowało! Spędziłem tu dwie godziny i — żywego ducha. Pewnie przez następnych pięć dni też ludzka noga tu nie postanie. A tego właśnie teraz diabli nadali! No zjeżdżaj, byle szybciej. Jak na złość zatrzymuje traktor, wysiada. Czego chcesz, stary durniu? — Która godzina? — pyta. Masz godzinę! Podtykam mu zegarek pod sam nos. Zobaczyłeś i jazda. Ale jemu nie spieszy się. Stoi koło mnie po prawej, pokazuje na przyczepę. Cholera jasna, pewnie coś nawaliło, trzeba będzie pomóc, a tu lada chwila generał się zjawi… I nagle olśnienie: skąd mi przyszło do głowy, że „specjalne źródło” to generał? Wskakuję na przyczepę, zdzieram podarty zatłuszczony brezent. Wielkie nieba! Pod plandeką — pogruchotane szczątki rakiety TOW. Pamiętacie ten drapieżny srebrzysty ryjek? Przerzucam do bagażnika odłamki stabilizatorów, zakurzone obwody drukowane, poszarpane, splątane przewody, rozbity i zabłocony blok układu naprowadzania. Danke schón. l biegiem za kierownicę. Chłop groźnie stuka laską po masce samochodu. O co chodzi, stary capie? Gestem pokazuje, że czeka na zapłatę. Na śmierć zapomniałem. Pędem do zagajnika, wykopuję szkatułkę. Bierz. Teraz dopiero gęba mu się rozjaśnia. Sprawdź jeszcze na ząb, dziadygo! Na co ci, staruchu, tyle złota? I tak do grobu ze sobą nie zabierzesz. Przypomniała mi się instrukcja: „specjalne źródła” należy szanować, a przynajmniej okazywać szacunek. Więc uśmiecham się do niego.

Rusza w swoją stronę, ja w przeciwną. Szybko oddalam się z miejsca spotkania. Teraz rozumiem prosty mechanizm całej operacji.

Amerykańska l. Dywizja Pancerna otrzymała rakiety TOW i strzela nimi na poligonie. Naturalnie bez głowic bojowych. W końcowej fazie lotu pocisk po prostu rozbija się uderzając o miękki grunt.

U nas podczas strzelania Falangami albo Trzmielami ogromne przestrzenie poligonu pokrywa się brezentem, a po zakończeniu ćwiczeń rzuca się batalion do wyszukiwania najdrobniejszych odłamków. Amerykańska armia takimi głupstwami nie zajmuje się, dlatego nie ma potrzeby werbować generałów czy naczelnych inżynierów, wystarczy skaptować pastucha, leśniczego, stróża, chłopa. Nazbiera wam odłamków choćby i dwieście kilo. Ile zmieści się w bagażniku! Stary śmierdzący łajnem chłop może stać się „specjalnym źródłem” i za trzydzieści srebrników sprzeda wszystko, czego dusza zapragnie.

Nie ma głowic? To bez znaczenia. Bez głowic układ naprowadzania zostaje niemal nienaruszony. Zresztą nasze głowice dorównują amerykańskim. Interesuje nas układ naprowadzania, obwody drukowane. Nasi spece oczyszczą je i wypucują na medal. Jeśli czegoś zabraknie — przywieziemy następnym razem. Chcemy zbadać skład stopów, materiałów kompozytowych, mechanizm otwierania stabilizatorów, resztki paliwa, nawet osad na turbinach sterujących — to wszystko stanowi dla nas bezcenny materiał. I wszystko to spoczywa w moim bagażniku. I wszystkim tym interesuje się osobiście towarzysz Kosygin.