Выбрать главу

Pędzę prostymi jak strzała niemieckimi autostradami. Hitler budował. Solidnie. Dodaję gazu, podśpiewuję pod nosem. Kiedy wrócę, udam się do Nawigatora i Pierwszego Zastępcy, żeby ich przeprosić. Nie wiem za co, ale podejdę i powiem: „Towarzyszu generale, proszę mi wybaczyć”, „towarzyszu pułkowniku, jeśli możecie — wybaczcie”.

Są wywiadowcami najwyższej klasy. Tylko tak należy działać. Szybko, bez przyciągania uwagi. Jestem gotów ryzykować własną karierę i własne życie dla dobra sprawy, dla powodzenia waszych olśniewających swoją prostotą operacji. Wybaczcie mi, proszę.

VI

Uważa się na ogół, że początkujący szpieg, występujący jako dyplomata, dziennikarz czy biznesmen w pierwszych miesiącach pracy na placówce winien unikać udziału w aktywnych operacjach. Tymczasem ma za zadanie wczuć się w rolę: poznać miasto i kraj, w którym będzie pracować, poznać obowiązujące przepisy, obyczaje, tradycje. Liczne służby wywiadowcze tak właśnie przygotowują swoich agentów do przyszłych odpowiedzialnych zadań. W tym czasie miejscowa policja nie zwraca na nich specjalnej uwagi, miejscowa policja ma dość kłopotów z rutynowanymi szpiegami.

Ale GRU to wywiad szczególny. Nie przypomina żadnego innego. Skoro w początkowym okresie cieszysz się względną swobodą — wykorzystaj to maksymalnie.

Przez pierwszy miesiąc byłem w nieustannym ruchu: umieściłem jakiś pakiet w skrytce, przez tydzień obserwowałem miejsce, gdzie ktoś miał zostawić umówiony sygnał, nocą odbierałem w lesie jakieś skrzynki i dostarczałem je do ambasady, ściągałem naszych oficerów, gdy grupa nasłuchu stwierdziła zwiększoną aktywność policyjnych nadajników w rejonie operacji. Moja działalność sprowadzała się do ubezpieczania innych, pomocy innym, do udziału w operacjach, których celu ani znaczenia nie znałem. W naszej rezydenturze na czterdziestu oficerów GRU z pionu operacyjnego ponad połowa wykonuje taką robotę — „ubezpieczają ogon”. Przezywa się ich pogardliwie chartami. Chart to pies myśliwski, którego karmić dużo nie trzeba, a gania się go po polach i lasach w poszukiwaniu lisów czy zajęcy. Można napuścić charty także na grubego zwierza, oczywiście nie w pojedynkę, lecz całą zgrają. Chart — to długie nogi i mała głowa.

Wszystko jest względne na tym świecie. Jestem oficerem Sztabu Generalnego. W stosunku do milionów oficerów Armii Radzieckiej należę do najwyższej elity. W ramach Sztabu Generalnego jestem oficerem GRU, a więc wyższą kastą wśród tysięcy innych oficerów tegoż Sztabu. W GRU jestem oficerem „wyjazdowym”, co oznacza, że można mnie wypuszczać na robotę za granicę. Oficerowie „wyjazdowi” — to znacznie wyższa kategoria niż zwyczajni oficerowie GRU, których za granicę się nie puszcza. Wśród „wyjazdowych” również zaliczam się do lepszej klasy, ponieważ należę do sekcji operacyjnej, a ta ceni się wyżej od naszej służby łączności i nasłuchu, od służb wartowniczych, od naszych mechaników i techników. Wewnątrz elity natomiast jestem plebejuszem.

Oficerowie pionu zdobywania informacji dzielą się na charty i wikingów. Ci pierwsi — to uciskana, pozbawiona wszelkich praw większość uprzywilejowanej kasty oficerów operacyjnych. Każdy pracuje pod ścisłą kontrolą jednego z zastępców rezydenta, niemal nigdy nie spotykając samego rezydenta. Polujemy na tajemnice, mówiąc ściślej na ludzi, będących w posiadaniu tych tajemnic. To nasza główna działalność. Poza tym jesteśmy bezlitośnie wykorzystywani do ubezpieczania tajnych operacji, których znaczenia możemy się tylko domyślać.

Wikingowie stoją znacznie wyżej w hierarchii rezydentury. W języku Prasłowian Wikingowie oznaczali nieproszonych, zamorskich przybyszów — okrutnych, podstępnych, drapieżnych, zuchwałych. Nasi wikingowie pracują pod osobistą kontrolą rezydenta, respektują jego zastępców, ale operacje prowadzą najczęściej samodzielnie. Ci, którzy odnoszą najwięcej sukcesów, z czasem sami zostają zastępcami rezydenta. Wówczas otrzymują do dyspozycji zgraję chartów.

Pierwszy Zastępca rezydenta sprawuje ogólną kontrolę nad ekipą. Aktywny i zdolny oficer wyspecjalizowany w zdobywaniu informacji nadzoruje — prócz własnych bieżących operacji i swoich chartów — również grupę nasłuchu radiowego, a także pracę wszystkich oficerów, w tym również technicznych i operacyjno-technicznych. Odpowiada przy tym za ochronę rezydentury i jej bezpieczeństwo. Nie podlegają mu jedynie szyfranci, którymi dowodzi sam rezydent.

Rezydent czyli Dowódca, czyli Nawigator, czyli Przechera odpowiada za wszystko. Posiada praktycznie nieograniczone pełnomocnictwa. Dla przykładu, ma prawo zabić każdego z podlegających mu oficerów, włącznie z Pierwszym Zastępcą, gdyby w grę wchodziło bezpieczeństwo rezydentury, a ewakuacja oficera powodującego zagrożenie nie była możliwa. Prawo zabijania oficerów GRU ma — oprócz rezydentów — jedynie Sąd Najwyższy i to wyłącznie za zgodą KC. Tak więc nasz Dowódca jest w pewnych kwestiach ponad Sąderr. Najwyższym; nie potrzebuje żadnych rad ani konsultacji. Decyduje sam. Nasz Nawigator podlega szefowi 5. Sektora I Zarządu GRU, jednak w wielu sprawach podporządkowuje się wyłącznie szefowi GRU. W razie różnicy zdań ma prawo w wyjątkowych okolicznościach komunikować się bezpośrednio z Komitetem Centralnym. Bezgraniczną władzę Rezydenta równoważy jedynie fakt istnienia równie potężnej, niezależnej i antagonistycznej rezydentury KGB. Obaj rezydenci nie są podporządkowani ambasadorowi. Ambasador figuruje wyłącznie jako parawan dla zamaskowania w składzie radzieckiej misji obecności dwóch grup uderzeniowych. Zrozumiałe, że w obecności osób postronnych obaj rezydenci — dyplomaci wysokiej rangi — okazują mu pewien szacunek. Na tym szacunku kończy się ich zależność od ambasadora. Każda rezydentura posiada na terenie ambasady własne, wydzielone terytorium, którego broni przed obcymi jak twierdzy.

Drzwi rezydentury przypominają solidny sejf. Dawno temu jakiś żartowniś przywiózł ze Związku metalową tabliczkę zdjętą ze słupa wysokiego napięcia: „Uwaga! Grozi śmiercią!”. U góry — trupia czaszka. Przyczepiono ją do zielonych drzwi i od lat chroni naszą twierdzę przed ciekawością postronnych.

VII

Ciekawe, że podczas wojny w naszym lotnictwie były dwie kategorie pilotów: jedni (mniejszość) z dziesiątkami strąceń na koncie, drudzy (większość) z bardzo mizernym dorobkiem. Pierwsi: cała pierś w orderach, drudzy: jeden, dwa medale. Pierwsi w większości przeżyli wojnę, drudzy ginęli tysiącami. Wojenne statystyki są bezlitosne: średnio dziewięć godzin w powietrzu, potem śmierć. Przeciętnie pilot myśliwca ginął podczas piątego lotu. A w tej pierwszej kategorii na odwrót: każdy zaliczał setki lotów bojowych i tysiące godzin w powietrzu… — Mój rozmówca to Bohater Związku Radzieckiego generał-major lotnictwa Kuczumow, w czasie wojny as lotnictwa, po wojnie as wywiadu wojskowego. Z polecenia szefa GRU przeprowadza inspekcję zagranicznych ekspozytur Akwarium. Do pewnych krajów przybywa jako członek najróżniejszych delegacji do spraw rozbrojenia, redukcji, przyjaźni itp., w innych zjawia się w charakterze członka rady weteranów wojennych. Sam bynajmniej nie zalicza siebie w poczet weteranów, jest czynnym oficerem tajnego frontu. Dokonuje inspekcji i — mogę dać głowę — przeprowadza błyskawiczne i oszałamiające tajne operacje. Teraz siedzimy we dwóch w „kajucie”. Wzywa nas pojedynczo. Rozmawiając z nami kontroluje zarazem naszego dowódcę, a przy okazji mu pomaga.