Выбрать главу

— Wasze prawo — odpowiadam. Ale nie wolno im dotykać go rękami. Tylko spróbujcie. Mam bezpośrednią łączność z konsulem generalnym ZSRR w Wiedniu; konsul ma na linii radziecki MSZ. Sprawdzajcie.

Kręcą się policjanci wokół kontenera. Jakże chcieliby wiedzieć, co też zawiera! Nic z tego, panowie.

Kiedy wywoziliśmy kontener z bramy ambasady, nasi sąsiedzi z KGB psioczyli zawistnie: a to szubrawcy wywinęli numer! Ani chybi GRU gwizdnęło kawałek reaktora! Miejscowa policja jest najwyraźniej tego samego zdania. Jeden z nich snuje się stale koło platformy. Na pewno ma w kieszeni licznik promieniowania. Postanowił sprawdzić, czy nie wieziemy bomby atomowej. Nie mogę mu w tym przeszkodzić. Nie rusza kontenera, tylko przechadza się tam i z powrotem. Na nic zda się licznik — to nie bomba atomowa i nie kawałek reaktora jądrowego. Jeszcze jeden kręci się w pobliżu. Straszliwy upał, a ten w płaszczu. Pod spodem pewnie cały obwieszony aparaturą elektroniczną. Jak nic starają się sprawdzić, czy wieziemy coś metalowego, czy nie. A jeżeli zwędziliśmy silnik z najnowszego modelu czołgu? O, pojawiły się psy. Że niby dla naszego bezpieczeństwa. Obwąchują kontener. Daremne starania. Nie ma co wąchać.

Nasi kurierzy patrzą na mnie z szacunkiem. Dobrze wiedzą, że mam z tą sprawą bezpośredni związek. Ale zawartość kontenera to dla kurierów tabu. Nigdy się nie dowiedzą, co wieźli. Wiedzą jedno: ładowało GRU, a nie KGB. Kurierzy dyplomatyczni mają w tym względzie szczególnego nosa. Latami wykonują tę robotę. Znają odbiorcę ładunku i stąd wnioskują, kto jest nadawcą. W tym wypadku polecono im tylko przewieźć kontener przez granicę. W Bratysławie czeka na nich radziecki konwój wojskowy, któremu mają go przekazać.

Ależ zdziwiliby się kurierzy dyplomatyczni, gdyby im powiedziano, że po przyjeździe do Bratysławy kontener zostanie przewieziony na pierwsze z brzegu radzieckie lotnisko wojskowe i tam cała zawartość wyląduje w piecu. A przecież tak się właśnie stanie.

Już od dawna Nawigator prosił ambasadora o udostępnienie nam strychu ambasady. Z początku ambasador odmawiał. Nie, powiada, i kropka. Tymczasem rezydentura się rozrasta. Z roku na rok przybywa różnych szarych skrzynek najeżonych antenami i lampkami.

— Musimy mieć ten strych — molestuje Nawigator. — Takie pomieszczenie się marnuje, a tymczasem ja nie mam gdzie się wcisnąć z elektroniką podsłuchową.

Ambasador machnął ręką.

— Dobra, niech ci będzie — powiedział. — Tyle, że to istna stajnia Augiasza. Trzeba wszystko doprowadzić do porządku. Potrafisz, masz strych na własność. Tylko żebym nie miał dodatkowych kłopotów. Musicie sobie radzić własnymi siłami.

— Bardzo zagracone? — zaciekawił się Nawigator.

— Wszystko, co znajdziesz, jest twoje — odpowiedział enigmatycznie ambasador. — Nie mam pojęcia, jak się do tego zabrać. Gdybym potrafił, dawno już sam bym uporządkował. Poprzednicy zostawili tam niemały spadek…

Ubili interes. Ambasador dał Nawigatorowi kluczyk od strychu i jeszcze raz poprosił, żeby nie opowiadał za dużo, co tam się znajduje. Nawigator w te pędy na strych, otworzył drzwi, łamiąc osobistą pieczęć ambasadora, zaświecił latarkę — i zamarł. Pełen strych książek. Piękne wydania. Kredowy papier, błyszczące okładki. Książki mają różne tytuły, ale autor ten sam: Nikita Chruszczow. Nawigator z miejsca zrozumiał, w czym rzecz.

Przed laty partia zapragnęła, by cały świat usłyszał jej głos. W tym celu wystąpienia Wodza drukowano na najlepszym papierze i rozsyłano do wszystkich krajów. Poszczególne ambasady rozdawały je bezpłatnie, rozsyłały do bibliotek. Partia bacznie śledziła, który ambasador gorliwie rozpowszechnia jej słowo, a który za mało się przykłada. Współzawodniczą ambasadorowie: kto więcej książek rozda w swoim kraju. Ślą kolejne raporty: sto tysięcy egzemplarzy! Trzysta tysięcy!! Moskwa zaciera ręce, że dzieła Wodza cieszą się takim powodzeniem. Skoro tak dobrze idzie, masz jeszcze sto tysięcy! Rozdawaj i pamiętaj: w Paryżu ambasador znacznie lepiej radzi sobie z kolportażem! W Sztokholmie nasze książki wzbudzają sensację! W Kanadzie opędzić się nie można od chętnych… Nie wiem, jak to wyglądało w Paryżu, w Ottawie. W Wiedniu po latach wykryto wszystkie książki na strychu ambasady. Nawigator udał się do ambasadora.

— Wywalić wszystko na śmieci — powiada.

— Coś ty — żachnął się ambasador. — Zaraz prasa burżuazyjna się dowie. Gazety napiszą, że skoro mydliliśmy oczy poprzedniemu szefowi naszej partii, to może obecnego tak samo nabijamy w butelkę.

— No to spalić! — zaproponował Nawigator, ale ugryzł się w język. Jak można niepostrzeżenie spalić taką liczbę książek? Wiadomo, gdy w ambasadzie pali się tony papieru, znaczy że wojna. Wybuchnie panika. Kto ma za to odpowiadać? Palić po trochu też się nie da, potrzeba lat, żeby opróżnić strych.

Nawigator zaklął siarczyście, po czym skreślił szyfrówkę do Akwarium: dostaniemy strych na nasze potrzeby pod warunkiem, że bez zbędnego hałasu wyręczymy ambasadora. Akwarium dało zgodę. Przysłano kontener i odpowiednie glejty.

Dwie noce zgraja chartów na własnych grzbietach dźwigała książki ze strychu do kontenera. Ledwie dotkniesz — kichania na dwie godziny. Upał, kurz, karkołomne schody. Przelecisz się tam i z powrotem — serce wali, pot spływa z czoła. Zwymyślaliśmy cię, Nikita, od najgorszych!

Kontener trzeba było podwieźć pod same drzwi; prześwit zasłoniliśmy płachtami brezentu, dookoła rozstawiliśmy warty. Sąsiedzi z KGB zawistnie zerkają na ochronę, na kontener.

Policjanci raz jeszcze obrzucili wzrokiem ładunek na platformie, po raz kolejny sprawdzili papiery, machnęli ręką: pies was trącał. Nie ma wątpliwości, że radziecki wywiad wojskowy buchnął coś bardzo ważnego, ale nie wiadomo, jak zdołano wtaszczyć to do ambasady. Ale skoro tak się stało, to trudno. Jazda!

Rozdział 9

I

W GRU powiały nowe wiatry. Pojawiły się nowe twarze. Nazwiska nowo mianowanych szefów II, VII i XII Zarządu, 8. Sektora VI Zarządu i 4. Sektora XI Zarządu są mi zupełnie obce. Sami generałowie i admirałowie. Natomiast nazwisko szefa V Zarządu znam aż nadto dobrze. Generał-lejtnant Krawców. Pięć lat temu, gdy wyruszałem do Akademii, otrzymał swój ą pierwszą generalską gwiazdkę. Teraz ma dwie, pewnie wkrótce przyjdzie trzecia. Wszyscy jego poprzednicy na tym stanowisku mieli stopień generała-pułkownika. V Zarząd! Ten nieduży, żylasty człowiek kontroluje dziś cały Specnaz. Podlegają mu siatki dywersyjne i siatki agenturalnego zdobywania informacji szesnastu okręgów wojskowych, czterech grup wojsk, czterech flot marynarki wojennej, czterdziestu jeden armii i dwunastu flotylli. Ma dziś 44 lata. Życzę powodzenia, generale.

Mnie się natomiast nie wiedzie. Wiem, że trzeba szukać dojść do tajnych informacji, lecz zwyczajnie brak mi czasu. Całe dnie i noce, świątki i piątki schodzą na ubezpieczaniu naszych agentów. Licznik w moim samochodzie dostaje kręćka. Nie ma tygodnia bez co najmniej tysiąca przejechanych kilometrów. Czasami te tysiące wskakują w przerażającym tempie, wtedy Sierioża Nesterowicz — nasz mechanik samochodowy — na polecenie Pierwszego Zastępcy podkręca licznik. Ma do tego specjalne urządzenie: pudełeczko z długą metalową linką w rurce. Gdybym był na jego miejscu, już dawno zwiałbym z tym cudeńkiem do Ameryki. Skupowałbym używane samochody, podkręcał liczniki i sprzedawał jak nowe.

Sierioża majstruje nie tylko przy moim samochodzie. W rezydenturze jest spora zgraja chartów. Każdy z nas śmiga po Europie jak Henry Kissinger.

Licznik to legitymacja wywiadowcy. Nie wolno nam pokazywać własnej twarzy. Podkręcaj, Sierioża!