Nawigator zaciera ręce:
— No, wchodźcie. Siadajcie. Wszyscy są? Pierwszy Zastępca obrzuca nas spojrzeniem. Przelicza. Uśmiecha się do Nawigatora:
— Wszyscy obecni, towarzyszu generale, z wyjątkiem szyfrantów, grupy kontroli radiowej i grupy nasłuchu.
Nawigator spaceruje po sali, patrzy pod nogi. Oto podnosi głowę, widać, że zadowolony. Nigdy nie widziałem go w tak doskonałym humorze.
— Dzięki wysiłkom Dwudziestego Dziewiątego nasza rezydentura zdołała zebrać informacje dotyczące systemu bezpieczeństwa na mającej się odbyć w Genewie wystawie TELECOM-75. Podobne materiały uzyskały rezydentury dyplomatyczne GRU w Marsylii, Tokio, Amsterdamie i w Delhi. Ale nasze informacje są wcześniejsze i bardziej precyzyjne. Dlatego szef GRU — Nawigator zawiesił głos, by dodać wagi końcowej frazie — dlatego szef GRU powierzył nam przeprowadzenie podczas targów masowej akcji werbunkowej!
Zawyliśmy z radości. Ściskamy dłoń Dwudziestemu Dziewiątemu. Nazywa się Kola Butenko. Jest kapitanem, jak ja. Przyjechał do Wiednia później ode mnie, a zdążył zaliczyć dwa werbunki. Wiking.
— Dwudziesty Dziewiąty!
— Tak jest, towarzyszu generale. — Kola zerwał się na baczność.
— Dobrze się spisujesz!
— Ku chwale Związku Radzieckiego!
— A teraz spokój. Na zachwyty będzie czas później. Wiecie dobrze, jak wygląda zmasowana akcja werbunkowa, nie jesteście dziećmi. Na targi wyjeżdżamy całą rezydentura, w komplecie. Wszyscy pracujemy wyłącznie przy zdobywaniu informacji. Ubezpieczanie bierze na siebie genewska rezydentura dyplomatyczna GRU generała-majora Zwiezdina i berneńska rezydentura generała-majora Łarina. W razie konieczności wyjazdu na terytorium Francji, marsylska i paryska rezydentury GRU są przygotowane do akcji ubezpieczających. Ja sprawuję ogólne kierownictwo. Na czas trwania operacji zostanie oddelegowany pod moje rozkazy szef 3. Sektora IX Zarządu Służby Informacji GRU generał-major Feklenko. Przybędzie na czele potężnej delegacji. Mikołaju Mikołajewiczu…
— Tak jest — zerwał się zastępca do spraw informacji.
— Odpowiadasz za przyjęcie delegacji, zakwaterowanie, transport.
— Oczywiście, towarzyszu generale.
— Podczas masowego werbunku stosujemy klasyczną taktykę. Jeżeli ktoś zrobi głupstwo, nie zawaham się poświęcić go dla dobra całej operacji, jak paryski rezydent GRU poświęcił swojego attache wojskowego podczas akcji na Le Bourget. Pierwszy Zastępca zapozna was z tymi członkami delegacji, z którymi będziecie pracować. Życzę powodzenia.
Ekspres z Moskwy przybywa do Wiednia o godzinie 17.58. Wolno przesuwają się zielone wagony. Lekki zgrzyt hamulców. — Dobry wieczór, towarzysze! Witamy na gościnnej ziemi austriackiej! — Bagażowych wołać nie trzeba, sami ściągnęli na nasz peron; wiedzą, że oficjalna delegacja radziecka nie poskąpi sutych napiwków.
Delegacja rzeczywiście potężna. Oficerowie informacji GRU, oficerowie z Komisji Wojskowo-Przemysłowej przy Radzie Ministrów{Wojenno-Promyszliennaja Komisija (WPK) — instytucja koordynująca szpiegostwo naukowo-technologiczne, odpowiedzialna za: a) gromadzenie i analizę konkretnych zapotrzebowań nadsyłanych przez ministerstwa powiązane z sektorem militarnym; b) ustalanie na ich podstawie rocznego planu dla służb specjalnych; c) przekazywanie planu do odpowiednich instancji wykonawczych (KGB, GRU, wywiady wschodnioeuropejskie); d) zbieranie wszystkiego, co owe służby zdobyły w ciągu roku szpiegowaniem i kradzieżą; e) sporządzanie rocznego bilansu płynących stąd oszczędności w sektorze badawczym i produkcji (przyp. tłum.).} ZSRR, eksperci z różnych resortów przemysłu zbrojeniowego, konstruktorzy broni. Ma się rozumieć, żadna z tych kwalifikacji nie figuruje w ich paszportach. Sądząc po paszportach są to przedstawiciele Akademii Nauk, Ministerstwa Handlu Zagranicznego, jeszcze jakichś nieistniejących instytucji. Ale czyż można zaufać naszym paszportom? Czy w moim paszporcie dyplomatycznym stoi, że jestem oficerem operacyjnym GRU? Witajcie! Witajcie!
Na naszej małej, śmiesznej planetce dzieją się zdumiewające rzeczy, które poza mną nikogo nie dziwią. Nikogo w ogóle nie interesuje przybycie ogromnej radzieckiej delegacji. Nikt nie zadaje kłopotliwych pytań. Na przykład: dlaczego radziecka delegacja nie jedzie prosto do Genewy, po co ten trzydniowy postój w Wiedniu? Czemu delegacja przybyła do Austrii w zwartym szyku, jak batalion, po czym w Wiedniu natychmiast się rozpadła, rozsypała, zatomizowała? Dlaczego delegaci udają się do Genewy różnymi drogami, różnymi środkami — pociągiem, autokarem, samolotem? Dziwne — do Wiednia niespiesznie, pociągiem, a dalej szybko samolotem? Dlaczego na genewskich targach dyplomatom ZSRR towarzyszą radzieccy funkcjonariusze ONZ z Wiednia, a nie ich koledzy z Genewy? Wiele jest pytań. Na szczęście, nikt ich nie zadaje i nie szuka na nie odpowiedzi.
W gabinecie instruktażowym, na przezroczystych krzesłach, w które nie sposób wmontować jakiejkolwiek aparatury, siedzą dwaj nieznajomi. Pierwszy Zastępca dokonuje prezentacji:
— Oto Wiktor. Kłaniam się z rezerwą.
— Wiktorze, to jest Mikołaj Siergiejewicz, pułkownik-inżynier zN-II-107.
— Witam, towarzyszu pułkowniku.
— To jest Konstantin Andriejewicz, pułkownik-inży-nier z 1. Sektora IX Zarządu Służby Informacji GRU.
— Witam, towarzyszu pułkowniku. Ściskam wyciągnięte dłonie. Mikołaj Siergiejewicz od razu przystępuje do rzeczy:
— Interesują mnie wszelkie urządzenia odbiorcze, służące do przechwytywania odbitego promienia laserowego, oświetlającego ruchome cele podczas ostrzału z osłoniętych stanowisk ogniowych…
— Ma się rozumieć, moje wiadomości w tym zakresie są bardzo powierzchowne.
— Zdajemy sobie z tego sprawę. Dlatego tu jesteśmy. Do was należy werbowanie, do nas, zapewnienie odpowiedniego nadzoru technicznego.
Mikołaj Siergiejewicz otwiera teczkę.
— Według danych uzyskanych przez Służbę Informacji GRU największe sukcesy w tej dziedzinie osiągnęła amerykańska firma Hughes.
— Nie mogę prowadzić przeciw niej jakichkolwiek operacji na targach.
Skonsternowani pułkownicy spoglądają na mojego przełożonego, ale Pierwszy Zastępca jest tego samego zdania:
— Taka obowiązuje zasada. Na każdej wystawie przy stoiskach dużych kompanii aż się roi od agentów ochrony. Na targach rozpracowujemy wyłącznie niewielkie firmy, których stoisko obsługuje tylko jeden człowiek, z reguły właściciel przedsiębiorstwa. Z takim można ewentualnie próbować szczęścia.
— Wielka szkoda.
— Nie ma rady, styl naszej pracy zmienia się zasadniczo zależnie od okoliczności…
— Trudno. Przywieźliśmy prospekty i wycinki prasowe o niewielkich firmach, związanych z interesującym nas zagadnieniem. Oto plan ich rozmieszczenia na”targach. Oto zdjęcie eksponatu. Za tę szarą skrzyneczkę WPK gotowa jest zapłacić 120 tysięcy dolarów: opracowanie podobnego systemu w kraju pochłonęłoby wiele lat i milionów. Skopiować zawsze taniej.
— Macie ze sobą forsę?
— Tak.
— Można rzucić okiem? Muszę się przyzwyczaić.
Konstantin Andriejewicz kładzie nowiutką, błyszczącą dyplomatkę na przezroczysty stół, otwiera. W środku pełno gazetowych wycinków, folderów reklamowych, jeszcze jakichś papierów: makulatura dla zmylenia kontroli przy wejściu i wyjściu z wystawy. Rozlega się trzask i uchyla się drugie dno.
Co za bogactwo! Zamarłem z wrażenia. Pewnie tak hrabia Monte-Christo napawał się widokiem swoich skarbów. Jakiż ludzki wysiłek, jaka rozkosz zawiera się w tych szeleszczących, starannie ułożonych paczkach zielonych papierków! Pieniądze są mi obojętne, powiedzmy: prawie obojętne. To co ujrzałem przerosło jednak moje wyobrażenie. Zagryzłem wargę.