— Ta teczka służy tylko do demonstracji — objaśnia Konstantin Andriejewicz. — Pieniądze są prawdziwe, ale jest ich mniej, niż się wydaje. Nie możemy zabierać ze sobą na targi dużej gotówki. Właśnie dlatego skrytka została tak spreparowana, że sprawia wrażenie, iż mieszczą się w niej setki tysięcy dolarów. W rzeczywistości jest dość płytka. Nigdy nie płacimy na terenie wystawy, demonstrujemy tylko zawartość. Najlepiej prezentują się nowe banknoty o dużych nominałach. Wypłaty dokonujemy z dala od wystawy, mniejszymi, używanymi banknotami. Oto one…
Otwiera starą, podniszczoną walizeczkę, wypełnioną po brzegi paczkami pieniędzy. Dotykam ich, biorę do ręki, wącham i odkładam na miejsce. Wszyscy wybuchają śmiechem. Z czego się śmieją?
— Nie gniewaj się, Wiktor — mówi Pierwszy Zastępca. — Druga walizeczka zawiera o wiele więcej forsy, ale nie zrobiła na tobie wielkiego wrażenia. Natomiast dyplomatka po prostu cię urzekła. Było to tak uderzające, że trudno powstrzymać się od śmiechu. Cóż, cieszy nas, że teczka przeznaczona na pokaz nawet na ciebie działa tak sugestywnie.
Wystawa, a zwłaszcza wielkie targi międzynarodowe, to dla GRU wymarzona przestrzeń operacyjna; to pole, z którego GRU zbiera obfite żniwa. Przez ostatnie pół wieku na naszej planetce nie odbyła się ani jedna wystawa, której nie odwiedziłoby GRU.
Targi są miejscem spotkań specjalistów, są swoistym zjazdem fanatyków. Wiadomo, że fanatyk potrzebuje słuchacza. Potrzebuje kogoś, kto kiwałby ze zrozumieniem głową i wysłuchiwał jego bredni. Słuchać i przytakiwać, zaskarbić sobie zaufanie — to nasza robota.
GRU interesuje się każdą wystawą. Wystawą kwiatów, wojskowej elektroniki, czołgów, kotów, maszyn rolniczych. Jeden z najlepszych werbunków w dziejach GRU miał miejsce na wystawie chińskich złotych rybek. Kto zwiedza takie wystawy? Ten, kto ma dużo forsy. Kto ma powiązania ze światem finansów, wielkiej polityki, wielkiego biznesu. Chadzają hrabiowie i markizy, ministrowie i ich sekretarki. Różni ludzie tam bywają, to jasne, ale trzeba też umieć wybierać.
Wystawa to takie miejsce, gdzie bardzo łatwo nawiązuje się kontakty, gdzie można zagadać z każdym, nie bacząc na rangę.
GRU nigdy nie pracuje w dniu otwarcia wystawy. Pierwszy dzień to inauguracja, przemówienia, toasty, krzątanina, ważne osobistości, zbyt liczna i nerwowa policja. Wystawa należy do nas począwszy od drugiego dnia.
Dzień otwarcia wystawy jest dla każdego z nas równie ważny, jak dla dowódcy ostatnie godziny przed natarciem. Nie odrywa wtedy lornety od oczu, bada pole przyszłej bitwy: ominąć rozpadlinę, z tamtej strony osłonić chłopców zasłoną dymną, do diabła, żeby tylko nie potopili się w tym bagnie, mogą nie zauważyć, w tamtym kierunku trzeba dać ogień zaporowy z dziesięciu baterii, stamtąd ruszy kontratak.
Na razie trzymamy się z dala od terenów targowych. Rzesza specjalistów od zdobywania informacji, analizy i agenturalnego ubezpieczania rozlała się po bulwarach i nabrzeżach, po wąskich uliczkach i szerokich alejach. Każdy lustruje w pamięci pole bitwy: żeby tylko nie oskrzydlili, żeby nie uderzyli z tyłu.
Nie wiem, dlaczego, ale jutrzejsza zmasowana akcja werbunkowa na razie mnie nie podnieca. Serce mi bije spokojnie. Nie, nie dlatego, że jestem wielkim wywiadowcą, odważnie wyruszającym na ryzykowną operację. Po prostu co innego mi w głowie. Zajmuje mnie nie rychły werbunek, lecz wielkie miasto Genewa. Dobra wróżka rzuciła mnie w królestwo przeszłości, gdzie na jednej ulicy pomieszały się wszystkie epoki. Rue de Lausanne — ulica GRU.
Przed wojną tu właśnie, na rue de Lausanne, w niepozornym mieszkaniu, mieściło się centrum nielegalnej rezydentury GRU, którym kierował Sandro Rado. Dyplomatyczny rezydent GRU nawet nie podejrzewał, że tuż obok, kilka domów dalej, działa potężna tajna rezydentura „Dora”, która oplatała swoją siecią Europę. Na tej samej ulicy znajdował się węzeł łączności tajnej rezydentury GRU „Rolland”, którą kierował generał Mraczkowski. Rezydentura „Rolland” działała od Szanghaju do Chicago. Jej Nawigator nie miał pojęcia o istnieniu „Dory”. A Nawigator „Dory” nic nie wiedział o Mraczkowskim i jego wszechmocnej ekipie. A rezydent dyplomatyczny nic nie wiedział ani o jednym, ani o drugim.
Słoneczny jesienny dzień. Upał. W parku liście szeleszczą już pod nogami. Cudzoziemscy robotnicy, Hiszpanie albo Włosi, odziani w pomarańczowe kombinezony zgarniają pierwsze złoto za ścieżek. Naprzeciw parku Mon Repos — szkoła. Jak pałacyk! Zegar na wieży. Pod nim data — „1907”. Znaczy, że i Lenin zachwycał się jej widokiem. A może nie przepadał za tym burżuazyjnym stylem? W każdym razie, mieszkał tutaj. Na rue de Lausanne, tam, gdzie później rozlokowały się rezydentury GRU, gdzie dziś wznoszą się wielkie domy dla dyplomatów. Ręczę głową, że i dziś skutecznie pracują tu nielegalne rezydentury GRU. Piękne miejsce. Wiedział Władimir Iljicz, gdzie żyć, w jakich parkach się przechadzać.
W tamtych czasach po parku Mon Repos i po rue de Lausanne spacerowali terroryści marząc o zabiciu rosyjskiego cara — Goc, Griliant, Minor.{Socjaliści-rewolucjoniści, członkowie terrorystycznej Organizacji Bojowej eserów (przyp. tłum.).} Gdy spotykali Lenina, na pewno kłaniali mu się, uchylając czarnego melonika, przykładając dłoń do wykrochmalonego gorsu. A może ignorowali się, nie kłaniając się sobie w ogóle? Tak czy inaczej, gdy Lenin zdobył władzę, wystrzelał wszystkich terrorystów, jacy wpadli mu w ręce, a przy okazji i cara, którego terroryści nie zdołali zabić.
Muszę się spieszyć. Mam tylko jeden dzień. Ostatni dzień przed walką, przed moim pierwszym zagranicznym werbunkiem. Muszę poznać pole bitwy jak własną kieszeń. Oczarował mnie stary park, świadek bogatej przeszłości. Tu właśnie w październiku 1941 roku, na jednej z ławeczek odbyła się narada nielegalnych rezydentów GRU z całej Europy. Dopóki Związek Radziecki nie brał udziału w europejskiej wojnie, Gestapo nie ruszało jego agentur, choć orientowało się w ich poczynaniach. Ale pierwszego dnia wojny posypały się wpadki. Zaczęły się masowe aresztowania. Wszelkie próby lokalizacji „wsyp” i „kotłów” nie odnosiły rezultatów. Wpadki mnożyły się jedna za drugą, łańcuchowo. Wpadki na liniach łączności. Kompletna izolacja. Skrzynki kontaktowe niepewne. Każdy jest podejrzany. Każdy rezydent podejrzewa swojego oficera i agenta, każdy z nich podejrzewa wszystkich pozostałych. Każdy rezydent czuje już oddech Gestapo na karku i zapach krwi w celach tortur. Wszechogarniające poczucie bezsilności.
W tej sytuacji doszło do spotkania w Genewie, w parku Mon Repos. Nie mieli do tego prawa. Żaden z nich nie miał prawa wiedzieć o działaniu innego rezydenta GRU. To straszliwe przestępstwo określa się jako poziome kontakty w agenturalnej sieci operacyjnej. Za takie spotkanie, jeżeli wieść o nim dotrze do Moskwy — pluton egzekucyjny. A mimo to się spotkali. Z własnej inicjatywy.
To były zaszczute wilki. Zapędzone do matni. W jaki sposób zdołali się wzajemnie odszukać? Nie mam pojęcia. Prawie węchem. Jak prostytutka, która w tłumie wśród tysięcy kobiet może bezbłędnie wskazać nieznajomą koleżankę po fachu. Jak złodziej widzi złodzieja. Jak ten, co siedział w więzieniu bez trudu, dzięki jakimś nieuchwytnym znakom, rozpozna innego byłego więźnia.
Spotkali się. Siedzieli ponuro, być może pod tym kasztanem. Asy wywiadu. Sama elita agenturalnej sieci operacyjnej — nielegalni rezydenci. Nawigatorzy i Dowódcy. Siedzieli i milczeli. Może to milczenie było ich pożegnaniem z życiem, psychicznym przygotowaniem do tortur, wzajemnym braterskim wsparciem.