Wątpliwe, by ktokolwiek patrząc na nich z boku mógł przypuszczać, że to kwiat kierownictwa superpotężnej organizacji. Że każdy z nich niepodzielnie włada tajną siatką, zdolną przenikać najwyższe sfery władzy, strącać ministrów i całe rządy, wstrząsać stolice milionowymi manifestacjami. Kto by mógł pomyśleć, że ci ludzie w parku Mon Repos dysponują nieograniczonymi bogactwami? Siedzieli tu odziani w przetarte palta, sfatygowane marynarki, znoszone buty. Prawdziwy wywiadowca nie powinien przyciągać uwagi. Jest niedostrzegalny, jak asfalt. Jest szary. Z wierzchu.
Siedzieli długo, spierali się. Podjęli decyzję: zmienili taktykę, zmienili systemy łączności, sposoby lokalizacji wpadek, weryfikacji i werbunków. Każdy miał podjąć robotę rzekomo z własnej inicjatywy, nie meldując GRU o tajnej zmowie. Zresztą nie było wówczas żadnej łączności.
Wszyscy przeżyli wojnę. Każdy z nich osiągnął znakomite wyniki. W 1956 roku wspólnie zameldowali kierownictwu GRU o odbytej w czterdziestym pierwszym bezprawnej naradzie. Wszyscy zostali bohaterami. Zwycięzców się nie sądzi.
Kto poza granicami ZSRR oszacował ich wkład w zwycięstwo? Kto uwzględniał ich działania, planując błyskawiczne rozgromienie Armii Czerwonej? Czemu nie pamięta się tych ludzi w sfatygowanych marynarkach na ławce genewskiego parku Mon Repos?
Nazwy genewskich hoteli: „Ascot”, „Epson”, „Amat”, „Derby”. Są to cytadele GRU. W ogóle hotele położone pomiędzy rue de Lausanne, parkiem Mon Repos, brzegiem Jeziora Genewskiego i rue du Mont-Blanc od dawna służą za bazy wypadowe GRU albo KGB. Właśnie z tych hoteli wyruszyły wczesnym rankiem grupy agentów, kierując się w stronę Palais des Expositions. Budowa tej ogromnej konstrukcji trwała wiele lat. Z wielką salą przypominającą halę dworcową, zlewają się inne sale, tworząc pod jednym dachem bezkresne, betonowe pole. Beton przykrywa się wykładziną, hale przecina się przegródkami i każdy wystawia swój dorobek.
Do potężnego pawilonu ściągają ze wszystkich stron grupy agentów GRU najróżniejszych specjalności. Gdyby pozycję każdego wikinga i charta, każdego naszego samochodu zaznaczyć na planie miasta malutką ruchomą żaróweczką, byłby to doprawdy niesamowity obraz.
Ileż wozów z rejestracją dyplomatyczną zjechało na genewskie targi! A ile szarych niepozornych Fordów, autokarów, furgonetek bez numerów dyplomatycznych! Konsul generalny z Berna i konsul z Genewy zaparkowali czarne Mercedesy po przeciwnych stronach Plaine de Plainpalais. Nie biorą udziału w operacji, pozostają w ubezpieczaniu i to nie agenturalnym, lecz ogólnym. Gdyby któregoś z nas aresztowano, będą interweniować, protestować, grozić pogorszeniem stosunków i odpowiednimi sankcjami ze strony Moskwy — słowem, mają naciskać na policję. Radziecki ambasador w Szwajcarii Gieraslmow i stała przedstawicielka ZSRR przy Europejskim Biurze ONZ w Genewie Mironowa również są na posterunku. Oni też zapewniają ogólne ubezpieczanie. Nie wiedzą dokładnie, co się święci, ale otrzymali zaszyfrowane polecenie z KC, by przez cały czas być w pogotowiu: grozić, straszyć, naciskać, odwracać uwagę. Kurierzy dyplomatyczni są w stanie pogotowia. Być może zajdzie potrzeba pilnego przerzutu do Moskwy. Aerofłot też jest uprzedzony. Jeżeli ktoś zostanie zatrzymany przez policję, tuż po wypuszczeniu ma zapewniony błyskawiczny powrót do kraju. Unikać rozgłosu, żadnej pożywki dla prasy, żadnego skandalu… Cisza i spokój.
Bardzo wiele wejść, przed każdym kolejka. Giniemy w tłumie. Bilety po siedem franków. — Poproszę trzy. — Dwadzieścia jeden franków. — Doskonale. Dwadzieścia jeden to szczęśliwa liczba. Jestem przesądny, jak każdy w tym fachu. Z całej trójki tylko jeden ma w ręku teczkę-dyplomatkę. Do demonstracji. — Możecie skontrolować, prześwielić — same papiery.
Moi towarzysze z miejsca wyrywają, do upatrzonych stoisk. O, nie! Tutaj ja rządzę. To ja mam faceta werbować, mnie, a nie wam, przyjdzie go obrabiać. Zaczekajcie, jeśli łaska. O, do tego gościa podejdźmy. To was nie ciekawi? Trudno. Zamienimy z nim kilka słów, może kawę wypijemy. Teraz przejdźmy do tamtego stoiska. Znów chwilkę posiedzimy, pogadamy z przedstawicielami firm, pokiwamy z uznaniem głowami. Proszę, tu też warto rzucić okiem: radiostacje.
Powolutku doszliśmy do naszych stoisk. Wielkie koncerny, wielkie osiągnięcia. Obok gromadzą się grupki ciekawskich, specjaliści tłumaczą coś, wyjaśniają, służba bezpieczeństwa firmy jawnie czuwa. Chodźmy dalej, dalej. O, tu możemy przystanąć. Przy szarych niepozornych pudełeczkach samotnie nudzi się niewysoki jegomość. Mała firma, więc jest sam. Właściciel, czy może dyrektor i obstawa w jednej osobie?
— Dzień dobry.
— Witam panów.
— Bardzo interesują nas pańskie pudełeczka. Niebywałe urządzenie. — Moi towarzysze udają, że nie znają języków, a ja jestem za tłumacza. To dobry chwyt: w ten sposób mają znacznie więcej czasu na odpowiedź. Poza tym wysuwają mnie niejako na pierwszy plan.
— A ile pan sobie życzy za takie cudo?
— 5.500 dolarów.
Wybuchamy śmiechem. Zerkam przez ramię, otwieram teczkę, od razu ukazując drugie dno: niech nasyci wzrok zieloną poświatą. I natychmiast zamykam. Nie odrywa wzroku od zamkniętej teczki.
— Za ten przyrząd gotowi jesteśmy z miejsca odpalić panu 120.000 dolarów. Jeden tylko szkopuł: jesteśmy ze Związku Radzieckiego, a wasze zachodnie rządy w barbarzyński sposób gwałcą swobodę handlu, więc, niestety, nie możemy nabyć pańskiego pudełeczka. Wielka szkoda! Odchodzimy. Uszliśmy kawałek, skręciliśmy w bok mieszając się z tłumem.
— No i jak? Prawdziwe czy atrapa?
— Najprawdziwsze w świecie. Do roboty.
Eksperci techniczni chodzą ze mną, żeby rzucić kilka mądrych słów i pomacać towar przed transakcją. Mnie można nabić w butelkę. Ich nie. Zawracam do stoiska, dyplomatka w ręku. Poznał mnie. Uśmiecha się. Mijam go, też z uśmiechem. W pewnej chwili, jakbym się nagle zdecydował, zwracam się do niego: — A może wypijemy wieczorem po kieliszeczku?
Uśmiech gaśnie mu na twarzy. Przeciągłym, zimnym spojrzeniem patrzy mi w oczy. Zerka na teczkę, znowu na mnie, wreszcie kiwa potakująco. Podaję mu kartkę z adresem: „Hotel du Lać” w Montreux. Aby maksymalnie skrócić spotkanie, już poprzedniego dnia zanotowałem na odwrocie: 21.00.
Od stoiska lecę, jakby mi skrzydła urosły. Werbunek! Zgodził się! Jest już moim tajnym agentem! Serce młotem wali. Doganiani moich towarzyszy i spokojnie oznajmiam, że werbunek się powiódł.
Zwiedzamy jeszcze kilka stoisk. Rozmawiamy, podziwiamy, przytakujemy, popijamy kawę. A może raz jeszcze otworzyć teczuszkę? Może jeszcze kogoś zahaczyć? Oczy zapaliły mi się na samą myśl. Dwa werbunki! Ale przypomniał mi się stary, poczciwy diadia Misza. Nie. Nie będziemy werbować drugiego. Chciwość — zgubą frajerów.
Na Plaine de Plainpalais — morze samochodów. Wszystko zastawione po brzegi. Szukaj tu swoich. Wóz radzieckiego konsula generalnego stoi na miejscu, a więc obeszło się bez jego pomocy. Wszystko idzie zgodnie z planem, mamy na koncie dziesiątki drogocennych werbunków bez wsypy. Bez komplikacji. Z daleka dostrzegam nasz wielki autokar, zaparkowany wśród wielu innych autobusów. W środku Nawigator przyjmuje swoich najzdolniejszych uczniów. Nie dorosłem jeszcze do takiego zaszczytu, by sprawozdanie o postępach w pracy składać samemu Nawigatorowi. Tymczasem podlegam jego Pierwszemu Zastępcy. Gdzież się, do diabła, podziewa?
Widzę go. Przedzieram się do autokaru lawirując wśród niezliczonych pojazdów.
W autobusie pełno. Wszystkie przednie siedzenia zajmują oficerowie informacji GRU i WPK. Ci, którzy pomagali nam werbować. Tylne siedzenia są wolne. Zasłony opuszczone, niby chronią przed słońcem. Na ostatnim siedzeniu — Pierwszy Zastępca. Wzywa nas pojedynczo. Melduj szeptem. Jak wódz, co na polu wygranej bitwy odbiera pierwsze raporty. A my wszyscy, wikingowie i charty, tłoczymy się w przejściu, niby bez celu. Hałas, przepychanki, żarty. W rzeczywistości to po prostu kolejka do raportu. Każdemu pilno, oczy płoną. Śmiech.