Выбрать главу

Pierwszy Zastępca skinął na mnie. Moja kolej.

— Zwerbowałem. Czas: 6 minut 40 sekund. Dziś wieczorem pierwsze spotkanie.

— Zuch. Gratulacje. Następny.

VIII

Zwerbowałem cennego agenta, który przez dziesięciolecia będzie nam dostarczać najnowocześniejszych oprzyrządowań do samolotów, artylerii, śmigłowców bojowych, rakietowych systemów naprowadzających. Co do tego, że został zwerbowany ani Pierwszy Zastępca, ani ja nie mamy cienia wątpliwości.

To prawda, że o nowym tajnym agencie GRU wiemy tylko to, co widnieje na jego wizytówce. O jego aparaturze wiemy znacznie więcej: dysponujemy dwoma wycinkami z opisem przyrządu RS-77. Ale to nie problem. Ważne, że potrzebujemy tego urządzenia i będziemy je mieć. O samym agencie dowiemy się niebawem więcej. Najważniejsze, że zgodził się na tajną współpracę.

Przez niecałe siedem minut werbunku przekazałem mu masę istotnych wiadomości. Wypowiedziałem kilka banalnych zdań z których wynikało, że:

— jesteśmy oficjalnymi przedstawicielami Związku Radzieckiego;

— interesuje nas nowoczesna elektronika wojskowa, w szczególności jego aparaty;

— jesteśmy gotowi sowicie je opłacać, cena jest znana;

— pracujemy dyskretnie, zręcznie, ostrożnie, nie naciskamy i nie nalegamy;

— nie potrzeba nam wielu egzemplarzy urządzenia, ale tylko jeden, do skopiowania.

Na podstawie tych informacji sam może bez trudu wywnioskować, że:

— nie stanowimy konkurencji dla jego firmy;

— jeżeli produkcja tego sprzętu zostanie uruchomiona w ZSRR, to wcale na tym nie traci, wręcz przeciwnie: wzrośnie popyt na jego aparaturę i niewykluczone, że zachodnie armie zamówią coś nowego, bardziej nowoczesnego, zatem droższego;

— sprzedając nam tylko jeden egzemplarz urządzenia może bez trudu ukryć ten fakt przed władzami i policją: jeden to nie sto i nie tysiąc;

— ma pełną jasność co do naszych ofert i zapotrzebowań, dlatego nie boi się nas; dobrze wie, że sprzedaż urządzenia kwalifikuje się wyłącznie jako szpiegostwo przemysłowe, za które na Zachodzie grozi, nie wiedzieć czemu, znacznie łagodniejszy wyrok.

Wszystkie aspekty transakcji są dlań oczywiste. W jednym zdaniu wyłożyłem mu nasze zainteresowania, warunki i ceny. Skinąwszy głową i przystając na spotkanie, tym samym powiedział jasno „tak” radzieckiemu wywiadowi wojskowemu. Rozumie doskonale, że uprawiamy zabronioną działalność, niemniej zgadza się na kontakty z nami. A więc…

Moja krótka rozmowa werbunkowa stanowi odpowiednik sytuacji, w której zwróciłbym się na przykład z propozycją do młodziutkiej przystojnej studentki: jestem bogatym rozpustnikiem i za stosunki z ładną dziewczyną gotów jestem szczodrze zapłacić. Potem pokazuję pieniądze i wymieniam sumę, po czym proponuję spotkanie, by posłuchać muzyki sam na sam. Jeżeli wyrazi zgodę, to o czym mowa? Co tu jeszcze ustalać?

Tak właśnie przeprowadza się na targach błyskawiczne, masowe akcje werbunkowe: to nas interesuje, jesteśmy gotowi płacić, gdzie się spotkamy?

Z drugiej strony, gdyby ktoś nagrał naszą rozmowę na magnetofon, nie doszukałby się niczego zdrożnego. Obejrzeliśmy urządzenia z zaciekawieniem, wyraziliśmy żal, że nie możemy ich kupić. Dopiero później wróciłem i zaproponowałem wspólne wypicie kieliszka wina.

IX

Jestem młody i niedoświadczony. Na razie wybaczają mi, że tracę siedem minut na jeden werbunek. Werbunek powinien odbywać się błyskawicznie. Dziesięć słów. Jedno zdanie. Jeden życzliwy uśmiech.

Werbunek musi być natychmiast skutecznie zatajony: powinienem obejść setki stoisk, powtarzając jedno i to samo, uśmiechając się tak samo. I nie werbować. Nawet jeśli jestem śledzony, jak wyłowić spośród setek ludzi tego jednego, który radzieckiemu wywiadowi wojskowemu powiedział „tak”? Kręci się nas tu cała zgraja. Wielu werbujących, wielu ubezpieczających. Każdy zabezpiecza własny werbunek setką niewinnych rozmów i spotkań. Dookoła tysiące zwiedzających. Spróbuj tu kogoś śledzić…

Świeżego agenta trzeba jak najszybciej oddalić od terenu werbunku. Jeszcze tej nocy moi bardziej doświadczeni koledzy odbędą pierwsze rozmowy ze zwerbowanymi. Spotkają się z nimi na terytorium Francji, Włoch, RFN. Ja mam spotkanie w Montreux. Ktoś inny w Bazylei, Zurychu, Lucernie. Byle dalej od Genewy! Jak najdalej! To dopiero rendez-vous. Następne odbędą się w Austrii, Finlandii, w USA. Byle dalej od Szwajcarii! Byle dalej!

Długo kluczę, koledzy ubezpieczają. Jeżeli byłem śledzony, dawno zdołałem się urwać. Wyparowałem. Rozpłynąłem się w wielkich supermarketach. Przepadłem na potężnym podziemnym parkingu. Wymknąłem się zapchaną windą.

Z Genewy do Lozanny podróżuję w bagażniku samochodu na dyplomatycznych numerach. To moje pierwsze ubezpieczenie: wikingowie z genewskiej rezydentury dyplomatycznej GRU. Nie widzieli mnie na oczy i nic o mnie nie wiedzą. Po prostu o określonej porze zostawili wóz z otwartym bagażnikiem na podziemnym parkingu i odeszli. Wszystko w myśl instrukcji. Domyślają się zapewne, że ich ubezpieczanie ma jakiś związek z targami. Ale jaki? Nie mają prawa zaglądać do bagażnika. Pędzą autostradami. Co najmniej cztery godziny sprawdzali, czy nie mają ogona. Teraz też sprawdzają. Podziemny parking w Lozannie: ciemno, masa pięter, schodów i wyjść.

Moi wikingowie załatwiają mnóstwo spraw. Spacerują po mieście, wykonująjakieś niezrozumiałe manewry, potem wracają do wozu i jadą dalej. Kolejne postoje, kolejne podziemne parkingi. Sami nie wiedzą, czy bagażnik jeszcze jest załadowany. A ja już od dawna siedzę w pociągu. Druga klasa. Szary wagon, szary pasażer. Jadę długo. Nagle wysiadam, zmieniam pociąg, znowu jadę. Znikam w przejściach podziemnych, w tłoku, w piwiarniach, w ciemnych uliczkach. To dla mnie nowy kraj, ale znam go na pamięć. Ktoś starannie przygotował dla mnie wszystkie przejścia. Ktoś całymi miesiącami wyszukiwał je i opisywał. Ktoś odwalał beznadziejną robotę charta, ubezpieczając mój werbunek.

Są tylko cztery warianty, które mogą spowodować wpadkę:

— jestem śledzony;

— obserwowana była jedna z osób, z którymi się dziś widziałem;

— na miejscu spotkania przypadkiem ktoś nas rozpozna ł zawiadomi policję;

— mój nowy przyjaciel jest prowokatorem policji albo przestraszył się, złożył raport i teraz został prowokatorem.

Z tych czterech możliwości trzy odrzucam od razu. Po pierwsze nie jestem śledzony. Po drugie widziałem dziś około setki osób. Nie sposób objąć inwigilacją wszystkich. Po trzecie genewskie charty GRU wybrały całkiem nieźle miejsce na spotkanie. Możliwość natknięcia się na kogoś znajomego w zasadzie wykluczona. Zostaje ostatnia możliwość: mój nowy kumpel. Ale jego też nie trudno będzie sprawdzić. Dziś w nocy eksperci GRU zbadają dostarczony przez niego aparat. Jeżeli urządzenie działa, znaczy, że mój przyjaciel jest czysty. Mało prawdopodobne, by policja zgodziła się tak słono płacić sekretami, nie otrzymując niczego w zamian.

Miejsce schadzki wybrano mi całkiem przyzwoite. To też zasługa jakiegoś bezimiennego charta. Szukał, opisywał, wykazywał zalety. Gdybym uznał, że miejsce mi nie odpowiada, mógłbym nazajutrz poskarżyć się Pierwszemu Zastępcy, a następnego dnia dowiedziałby się o tym szef GRU i niebawem doszłoby to do genewskiego Nawigatora. Ale nie zamierzam się skarżyć. Miejsce jest w porządku. Hotel musi być duży, wtedy nikt nie zwraca na nikogo uwagi; musi być z klasą, ale nie luksusowy. „Hotel du Lać” spełnia te wymagania. I najważniejsze: muszę mieć osłonięty punkt obserwacyjny, by przez godzinę bacznie śledzić wszystko, co się w pobliżu dzieje. Jest taki punkt. Jeżeli koleżka zameldował o naszym spotkaniu, jeżeli policja zdecyduje się na inwigilację, to przy odrobinie szczęścia zauważę jakiś podejrzany ruch.