Czekam godzinę. Nic się nie dzieje. O 20.54 zjawia się mój nabytek. Zajeżdża złotym Audi, sam. Zapamiętuję numer samochodu, to ważny szczegół. Nikt za nim nie jedzie. Przed wejściem do restauracji rozejrzał się. To bardzo dobra oznaka. Gdyby był pod ochroną policyjną, nie rozglądałby się nerwowo. Spoglądanie na boki zdradza kompletnego amatora, ale nie powiem mu tego. Przyjdą następne spotkania. Zawsze będzie przez nas kontrolowany. Niech się rozgląda. Będziemy spokojniejsi. To — oznacza, że nie kombinuje z policją.
O 21.03 opuszczam punkt obserwacyjny i wchodzę do restauracji.
Uśmiechamy się do siebie. Teraz najważniejsze, to go uspokoić, odkryć przed nim karty, przynajmniej sprawić wrażenie, że są wyłożone. Człowiek boi się jedynie niewiadomych; jeżeli sytuacja jest jasna — przestaje się bać. A jeśli się nie boi, to i głupstw nie popełnia.
— Nie zamierzam wciągać pana w żadne afery. — W tej sytuacji zamiast „my” mówię „ja”. Występuję we własnym imieniu, a nie w imieniu organizacji. Nie wiem, dlaczego to znacznie lepiej działa na zwerbowanych agentów. Pragną wierzyć, że o ich zdradzie wiedzą na całym świecie tylko oni i jeszcze ktoś jeden. Tylko jeden. Oczywiście to wszystko bajki. Za moimi plecami stoi superpotężna struktura, ale mam zakaz mówić „my”. W Wojskowej Akademii Dyplomatycznej karano mnie za to.
— Jestem gotów zapłacić za pańskie urządzenie. Jest mi niezbędne. Ale nie nalegam.
— Skąd przyszło panu do głowy, że jestem gotów dla was pracować?
— Tak mi się zdaje. Czemu nie? Gwarancja bezpieczeństwa, świetne ceny…
— Rzeczywiście jest pan skłonny wyłożyć 120.000 dolarów?
— Tak. 60.000 już w tej chwili. Za to, że pan się mnie nie boi. Następne 60.000 dopiero po tym, jak sprawdzę, że urządzenie rzeczywiście funkcjonuje.
— Ile czasu zajmie to panu?
— Dwa dni.
— Jaką mam gwarancję, że otrzymam drugą połowę należności?
— Pan jest dla mnie niezwykle cennym człowiekiem. Mam nadzieję, że nie poprzestaniemy na tym jednym przyrządzie. Jaki miałbym interes oszukiwać pana przy pierwszym spotkaniu?
Spogląda na mnie, uśmiecha się lekko. Rozumie, że mam słuszność. Ja zaś patrzę na niego, na mojego pierwszego zwerbowanego za granicą agenta. Za trzydzieści srebrników sprzedaje bezpieczeństwo swojego pięknego kraju. Zupełnie mi się to nie podoba. Pracuję przy zdobywaniu informacji, ponieważ nie mam innego wyjścia. Taki los. Jeżeli nie tutaj, to w innym miejscu system znalazłby dla mnie odpowiednio okrutne zajęcie. Gdybym odmówił, system by mnie zmiażdżył. Jestem człowiekiem zniewolonym, ale on sam rwie się do pomocy. Jeśliby się na mnie napatoczył, kiedy byłem w Specnazie, pilnikiem bym mu ząbki spiłował. Nagle przypominam sobie, że agenci winni się uśmiechać, więc składam gębę do uśmiechu.
— Pan nie jest Europejczykiem?
— Nie.
— Myślę, że byłoby lekkomyślnością spotykać się w pańskim kraju, jednak powinniśmy unikać również Szwajcarii. Co by pan powiedział na Austrię?
— Doskonały pomysł.
— W takim razie czekam na pana za dwa dni w Austrii. Oto adres. — Podaję mu pocztówkę z adresem i wizerunkiem hotelu. — Biorę na siebie wszystkie koszty. Również night-club.
Uśmiecha się. Nie wiem do końca, jak ten uśmiech rozumieć: zadowolony, niezadowolony? Znam się na ogół na znaczeniu uśmiechów, ale tu, w półmroku, nie mam pewności.
— Przywiózł pan aparat?
— Tak, jest w samochodzie, w bagażniku.
— Pojedzie pan za mną do lasku i tam wezmę go od pana.
— Czy nie chce mnie pan czasem zamordować?
— Niech pan będzie rozsądny. Potrzebuję przyrządu, po diabła mi pańskie życie? — Chcę cię mieć żywego — dodaję w myślach — mogę zapłacić ci miliony, tylko daj towar!
— Skoro jest pan gotów zaoferować tak pokaźne sumy, to znaczy, że wasz przemysł zbrojeniowy wiele zyska na tej transakcji. Czy tak?
— Dokładnie.
— Za pierwszy przyrząd płacicie 120.000, a sami oszczędzacie miliony.
— Słusznie.
— W przyszłości zapłacicie mi milion, a zarobicie sto milionów. Dwieście. Trzysta.
— Całkowita racja.
— To jest wyzysk! Nie zamierzam pracować na takich warunkach. Nie sprzedam wam mojego urządzenia za 120.000.
— No to niech pan je sprzeda na Zachodzie za 5.500. Jeżeli w ogóle ktoś je kupi. Jeżeli znajdzie pan nabywcę, który zaoferuje więcej niż ja, pańska sprawa. Ja nie nalegam. A tymczasem kupię niemal identyczny aparat w USA.
To już blef. Nie mam żadnego innego dojścia do odbiorników odbitych promieni laserowych. Niemniej uśmiecham się spokojnie. Nie chcesz — to nie. Nie masz monopolu. Kupię gdzie indziej.
— Kelner, rachunek!
Patrzy mi w oczy. Długo patrzy. Potem uśmiecha się. W tej chwili światło pada na jego twarz i już wiem, że ten uśmiech nie kryje w sobie niczego złego. Sam ponownie uśmiecham się do niego…
Wyciąga pakunek z bagażnika i podaje mi.
— Nie, nie — macham rękami. — Lepiej, żebym tego nie dotykał. Niech pan zaniesie do mojego wozu. — W razie czego powiem, że zapomniał: jakie tam szpiegostwo?! Roztargnienie.
Wsiada do mojego wozu (nie jest mój, ma się rozumieć, tylko wynajęty przez chłopców z ubezpieczania).
Zamykam drzwi od wewnątrz, jak każe instrukcja. Pakunek — pod siedzenie. Rozpinam kamizelkę. To specjalna kamizelka do transportu pieniędzy. Oddaję mu do rąk sześć pokaźnych paczek.
— Niech pan sprawdzi. Jeżeli za dwa dni otrzymam od pana dokumentację techniczną, wypłacę pozostałe 60.000 i jeszcze 12.000 za dokumentację.
Kiwa głową.
Ściskam mu rękę.
Odchodzi do swojego samochodu. Z piskiem opon znikam w ciemności.
Ilu oficerów GRU przydzielono do ubezpieczania mojej operacji? Nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że tej nocy czekają mnie jeszcze dwa spotkania. Po pierwsze otrzymany aparat powinien jak najszybciej znaleźć się za murami radzieckiej ambasady. Po drugie muszę oddać wynajęty samochód i odebrać swój własny, dyplomatyczny.
Po pół godzinie na górskiej przełęczy w letniej mgle spotykam drugiego sekretarza radzieckiej ambasady w Bernie. Przyjechał białym Peugeotem, ledwie widocznym w gęstych oparach.
Moja zdobycz jest już ukryta w zielonym brezentowym worku, zamkniętym i podwójnie opieczętowanym. Dyplomata jest podpułkownikiem GRU, ale nawet on nie ma prawa wiedzieć, kim jestem ani co się znajduje w worku.
Ma polecenie spotkać się ze mną, odebrać towar, zamknąć od środka drzwi samochodu — i w te pędy do ambasady. Od momentu kiedy pakunek znajdzie się w wozie dyplomatycznym, jest względnie bezpieczny. Całkowicie bezpieczny jest dopiero za kamiennym murem ambasady.
Zatrzymuję samochód tak, że nieomal ocieramy się drzwiami, uchylam okno. Jego szyba jest opuszczona. — Trzymaj!
Jest dobrze zbudowanym blondynem o zaciętym wyrazie twarzy. Przysiągłbym, że doskonale werbuje. Wiking, to jasne. Tacy zażarci faceci w ubezpieczaniu miejsca nie zagrzeją. Po prostu dzisiaj jest zwariowany dzień: z genewskiej i berneńskiej rezydentury wszystkich zmobilizowano do ubezpieczania.