Nie wolno nam ze sobą rozmawiać, tym bardziej po rosyjsku. Podjechałeś, wrzuciłeś towar i spływaj. W tej jednej krótkiej chwili ujrzał moją twarz; wydaje mi się, że rozpoznał we mnie zmordowanego ciągłym uganianiem się charcika, który po raz pierwszy w życiu poczuł się wikingiem. Uśmiechnął się do mnie. Nic nie powiedział, tylko poruszył wargami. Zrozumiałem: — Życzę powodzenia.
Mignęły czerwone światła w białej mgle. Zniknął.
Odczekałem trzy minuty. Teraz on ma pierwszeństwo. To on wiezie ładunek. Za dwie godziny mam następne spotkanie, pod Interlaken: oddać pożyczony samochód, odebrać własny.
Tej nocy mogłem zostać zauważony we Fryburgu i w Neuchatel. Świt zastał mnie w Zurychu. Teraz najważniejsze — pokazać się w wielu miejscach i z różnymi ludźmi. Odwiedziłem wielką bibliotekę, sklep z bronią, piwiarnię, dworzec kolejowy. Rozmawiałem z mężczyznami i z kobietami. Wypytywałem o jakąś firmę, która naprawdę istnieje, ale której wcale nie szukałem. Wertowałem książki telefoniczne, znajdowałem ludzi, którzy kompletnie nas nie interesują. Ponoć lis tak chytrze zaciera swój trop.
Późnym wieczorem przekroczyłem granicę w Bregenz. Na przejściu nie było żywej duszy. Choćby i byli celnicy, kto śmiałby kontrolować samochód na dyplomatycznych numerach? Gdyby jednak użyli siły ł łamiąc Konwencję Wiedeńską z 1815 roku sprawdzili moje bagaże, nic by nie znaleźli. To, co naprawdę ciekawe, jest już w Moskwie, na Chodynce, w wielkim gmachu zwanym Akwarium. Podczas gdy ja kluczyłem i myliłem trop, specjalny samolot z uzbrojonymi kurierami dyplomatycznymi dostarczył na miejsce dziesiątki opieczętowanych zielonych worków, starannie poukładanych w aluminiowych kontenerach.
Austriaccy policjanci witają mnie uprzejmie. Dokumenty? Bardzo proszę. Obejrzeć samochód? Ani im to w głowie. Opasłe, dobroduszne chłopisko z pistoletem u boku przykłada rękę do daszka: droga wolna!
Po cóż mieliby się czepiać radzieckiego dyplomaty o tak szczerym, ujmującym wyglądzie? Ani trochę nie przypominam tych zarośniętych brodatych terrorystów, których fotografie rozplakatowano na ścianie posterunku.
Salutuję, wolno mijam szlaban graniczny. Nie jestem wrogiem, jestem prawie przyjacielem. Przeprowadziliśmy masowy werbunek, ale wśród naszych nowych agentów nie ma ani jednego obywatela Szwajcarii, ani jednego Austriaka. Waszych ludzi werbujemy gdzie indziej. Moi koledzy, którzy prowadzą operację przeciw Austrii robią to z terytorium innych krajów. Nigdy nie nadużywamy gościnności.
XI Patrze w lustro. Spoziera na mnie szara, zarośnięta twarz. Człowiek w lustrze ma zaczerwienione, zapadnięte oczy. Jest bardzo zmęczony.
— Zasuwaj na dół, do sauny, wygrzej gnaty. Potem na dywanik do Starego.
— O co chodzi?
— Nie bój się, nie na rozprawę.
W saunie spotykam trzech kumpli: Czwarty, Dwudziesty, Trzydziesty Drugi.
— Cześć, chłopaki.
— Serwus, wiking.
Widać parzą się tu od dłuższej chwili. Czerwoni jak raki.
— Witia, chcesz piwa?
— Jeszcze jak!
Kola chłoszcze mnie rózgami po plecach, po tyłku.
— Jak tam krążenie? Lepiej ci?
— O-o-o… Mowa…
— Hej, stary, nie zasypiaj, mówię ci, to niebezpieczne. Lepiej piwka się napij.
Stół w wielkiej sali uroczyście zastawiony. Krzeseł nie ma. Któż by teraz usiedział? Wszyscy milczą, miny zadowolone. Zjawia się Nawigator, za nim jak wierny adiutant — pierwszy szyfrant.
— Nie będę się rozwodzić nad szczegółami zakończonej operacji. Nie mam prawa. Powiem tylko, że powiodło się wszystkim bez wyjątku. Niektórzy mają po trzy werbunki. Kilka osób po dwa.
Nawigator zwraca się do szyfranta:
— Aleksandrze Iwanowiczu, proszę zapoznać zespół z treścią odpowiedniego ustępu szyfrówki.
Aleksander Iwanowicz otwiera zieloną teczkę i czyta z patosem:
„Generał-major Golicyn, dowódca rezydentury dyplomatycznej 173-W. Osiem kontenerów poczty dyplomatycznej, nadanej przez was z Genewy, Berna i Paryża otrzymałem. Pierwsza analiza, przeprowadzona przez IX Zarząd Służby Informacji jest pozytywna, co pozwala wstępnie wnioskować o wiarygodności wszystkich wciągniętych do współpracy. Podpisali: szef I Zarządu GRU wiceadmirał Jefremow. Szef 5. Sektora I Zarządu GRU generał-major artylerii Liaszko”.
Gęby nam się śmieją.
— Czytaj dalej. — Dowódca promienieje.
„Wasza operacja stanowi jeden z bardziej udanych masowych werbunków w ciągu ostatnich miesięcy. Gratuluję wam i całemu zespołowi rezydentury poważnych osiągnięć. Zastępca szefa Sztabu Generalnego, szef II Zarządu Głównego generał armii Iwaszutin”.
— Szampana!
Korki huknęły salwą. Mieni się, iskrzy złocisty napój. Zroszone butelki. Srebrne wiaderka z lodem. Jak bardzo jestem zmęczony. Jak bardzo chce mi się pić — i spać…
Jeden za drugim, pojedynczo — do Nawigatora. Moja kolej.
— Towarzyszu generale, moje gratulacje. Wiele dobrego ma Japonia, wiele Ameryka, ale my od dziś mamy wszystko.
Uśmiecha się.
— Jeszcze nie wszystko, ale mamy już dojścia do wszystkiego. Dlaczego nie zdecydowałeś się na drugi werbunek?
— Nie wiem, towarzyszu generale, bałem się, że sknocę.
— Słusznie zrobiłeś. Najstraszniejsze w naszej robocie to zbytnia podejrzliwość i nadmierna zachłanność. Jeden werbunek to też bardzo dużo. Gratuluję.
— Dziękuję, towarzyszu generale.
— Aleksandrze Iwanowiczu…
— Tak jest!
— Czytaj ostatnią.
Pierwszy szyfrant ponownie otwiera swoją teczkę: „Do generała-mąjora Golicyna. Gratuluję owocnej służby. Szef Sztabu Generalnego generał armii Kulikow”.
— Hurraaa! — ryknęliśmy pełną piersią.
Dowódca znów jest poważny. Uroczyście wznosi kielich…
Dokładnie cztery i pół godziny po tym, jak przytuliłem głowę do poduszki, obudził mnie trzeci szyfrant. W sali rekreacyjnej ustawiono osiemnaście łóżek polowych. Niektóre już są puste. Na innych śpią jeszcze moi towarzysze, ci, których czeka dziś druga operacja.
— Wiktorze Andriejewiczu, mam nadzieję, że nie pomyliłem godziny? — Szyfrant zerka na swoją listę.
Patrzę na zegarek i kiwam głową.
Śniadanie podano mi w dużej sali. W powietrzu unosi się jeszcze zapach szampana. Nie mam apetytu. Czuję zawroty głowy. Zmuszam się do wypicia szklanki zimnego soku i zjedzenia plastra bekonu. A szyfrant już w drzwiach:
— Pierwszy Zastępca was oczekuje. Kawę możecie wziąć ze sobą.
Pierwszy Zastępca ma przekrwione, obrzękłe oczy. Pewnie w ogóle nie spał tej nocy.
— Kamizelkę z forsą zapnij na wszystkie guziki. Drzwi w samochodzie muszą być stale zamknięte od wewnątrz.
W razie jakichś nieprzyjemności żądaj widzenia z konsulem. Przez noc twój samochód został wymyty, wyregulowany, zatankowany, podkręcono licznik. Marszrutę i system sygnałów na wypadek przerwania operacji uzgodnisz w grupie kontroli. To wszystko. Życzę powodzenia. Następny!
Wróciłem po dwóch dniach. Nowy agent, teraz już występujący pod kryptonimem 173-W-41-706, przywiózł na spotkanie pełną dokumentację techniczną przyrządu RS-77. Przekazał mi listę oficjalnych osobistości utrzymujących kontakty z jego firmą — ewentualnych kandydatów do werbunku. Była to kartoteka z prawdziwego zdarzenia: krótkie życiorysy, zdjęcia, adresy, a co najważniejsze — wykaz ich skłonności i słabych stron. Wypłaciłem mu pozostałą część należności, ustaliliśmy datę i miejsce kolejnego spotkania. Dane, które zebrał z własnej inicjatywy będą opłacone następnym razem.