Выбрать главу

Uzyskane dokumenty pozwoliły nam zaoszczędzić miliony i lata.

XIII

Osiem dni później awansowałem na majora Sztabu Generalnego.

Smutno mi jakoś. A zdawałoby się — taki dzień powinien napawać mnie radością. Gdy dowódca odczytał szyfrówkę, wyrecytowałem: „Ku chwale Związku Radzieckiego!”. A w duchu pomyślałem: postępują ze mną tak samo, jak ja z moim agentem. On dostaje parę setek tysięcy, a ci na górze mają z tego miliony. Ja zdobywam te miliony, i w nagrodę — aluminiowa gwiazdka. Nawet nie mam prawa jej nosić: mundur wisi w szafie z naftaliną.

Smutno mi, nie cieszą mnie szlify i ordery, coś mnie dręczy, choć nie wiem, co. Najważniejsze — nie pokazywać, w jakim jestem stanie. Wystarczy, że ktoś zauważy brak optymizmu w moich oczach, a zostaną podjęte odpowiednie kroki. Nie wiem, jakie, ale zostaną podjęte. Tego chcę uniknąć.

Patrzę w generalskie oczy, promienieję radością i szczęściem.

Rozdział 10

I

Kiedy śpię, opatulam się razem z głową, owijam się kołdrą jak kożuchem. To stary nawyk żołnierski, bezwiedny odruch, chęć zachowania ciepła do samego rana. Nie sypiam już w zimnych namiotach, w mokrych ziemiankach, w wilgotnym jesiennym lesie. Ale nawyk został mi na całe życie.

Ostatnimi czasy kołdra wywołuje we mnie lęk. Budząc się nagle w środku nocy, w nieprzeniknionych ciemnościach, ogarnia mnie niepewność: czy nie obudziłem się w trumnie? Ostrożnie dotykam nosem miękkiego ciepłego koca. Nie przypomina trumny. A może to całun?

Tak chyba zaczyna się szaleństwo. A może już od dawna jestem schizofrenikiem? To całkiem możliwe. Być wariatem wcale nie jest tak źle. Nie zdziwię się, jeżeli jutro zawiną mnie w prześcieradła i zawiozą do wariatkowa, nie będę się opierać ani protestować — tam moje miejsce. Oczywiście, że jestem nienormalny. Kto wokół mnie jest normalny?

Jeden wielki dom wiariatów. Kompletny obłęd. Dlaczego Zachód wpuszcza nas do siebie setkami i tysiącami? Przecież jesteśmy szpiegami. Czyż nie jest oczywiste, że skierowano mnie tutaj, aby wyrządzić Zachodowi maksymalną szkodę? Dlaczego mnie nie aresztują, nie wydalą? Dlaczego ci dziwni, niezrozumiali zachodni ludzie nigdy nie protestują? Skąd w nich ta niewolnicza pokora? Może zwariowali? A może wszyscy jesteśmy szaleńcami? Ja na pewno. Nie bez powodu prześladuje mnie wieko trumny. Zaczęło się to przed półtora rokiem na spotkaniu z Kirem.

Kira znają wszyscy, to wielka figura. Kir Łemzenko miał stałą siedzibę w Rzymie, ale pracował, oczywiście, nie tylko we Włoszech. Kir odnosił sukcesy dosłownie wszędzie, zwłaszcza we Francji. Rzymski dyplomatyczny rezydent GRU, generał-major Kir Łemzenko dysponował nadzwyczajną władzą. I przydomek miał odpowiedni: Papież. Teraz jest już generałem-pułkownikiem, pracuje w Wydziale Organów Administracyjnych KC. Z ramienia partii sprawuje kontrolę nad GRU i KGB.

Półtora roku temu, po tym jak przeszedłem komisję wyjazdową GRU, zostałem wezwany do Kira. Pięciominutowa rozmowa. Przeprowadza taką rozmowę z każdym oficerem GRU i KGB, oddelegowanym do pionu operacyjnego. Kir wszystkich zatwierdza. W jego rękach spoczywa los każdego oficera GRU i KGB.

Stary Plac. Pomnik grenadierów. Dookoła pełno milicji. Grupki cywilów. Szare płaszcze, ołowiany wzrok. Brama nr 6. — Proszę okazać legitymację partyjną!

— Suworow! — wywołuje chorąży w granatowym mundurze.

— Wiktor Andriejewićz — odzywa się drugi, znajdując moje nazwisko na krótkiej liście.

— Tak jest — mówi pierwszy. — Proszę tędy, Wiktorze Andriejewiczu.

Prowadzi mnie przez korytarz trzeci chorąży. Ten nie ma pojęcia, kim jest Wiktor Andriejewićz Suworow. Wie tylko, że ten Suworow został zaproszony do Komitetu Centralnego na rozmowę. Będą z nim rozmawiać na siódmym piętrze, w pokoju 788.

Oto one — korytarze władzy. Sklepione sufity, pod którymi chadzali Stalin, Chruszczow i dalej chadza Breżniew. Komitet Centralny to prawdziwe miasto. KC to osobne państwo w samym centrum Moskwy. Jak Watykan w Rzymie.

Komitet Centralny jest stale w budowie. Dziesiątki budynków są połączone między sobą, a wszystkie wolne dziedzińce i przejścia zabudowuje się wciąż nowymi szklanymi wieżowcami. Dziwne, ale od strony miasta, od Starego Placu, tych białych gmachów niemal nie widać. To znaczy są widoczne, ale nie rzucają się w oczy. Na Stary Plac wychodzą wielkie okna szarych, przedrewolucyjnych gmachów stojących w jednym ciągu. Od wewnątrz kompleks Komitetu Centralnego jest znacznie mniej ascetyczny i ponury. Przemieszały się tutaj wszystkie style architektury.

— Proszę tędy.

Olśniewająca czystość. Czerwone dywany, klamki z polerowanego brązu. Aż strach ująć taką klamkę, żeby przypadkiem nie pobrudzić. Bezszelestne windy.

— Proszę zaczekać.

Przede mną wielkie okno. Za oknem wąskie uliczki starego miasta, biały gmach hotelu „Rossija”, złote kopułki cerkwi, zniszczonych i na nowo odbudowanych dla zagranicznych turystów. Widzę też potężną bryłę Wojskowej Akademii Inżynieryjnej. Za oknem świeci słońce i gołębie gruchają na gzymsach. Na mnie czeka Kir.

— Wejdźcie, bardzo proszę.

Ma przestronny gabinet. Cała jedna ściana ze szkła. Widok na spiętrzone zielone dachy kompleksu KC. Pozostałe ściany są w kolorze jasnoszarym. Podłogę pokrywa miękka, szara mata ze strzyżonej wełny. Duże biurko, bez jakichkolwiek papierów. Duży sejf. Poza tym pusto.

— Dzień dobry, Wiktorze Andriejewiczu — mówi dobrotliwie.

— Dzień dobry, Kirze Gawriłowiczu.

Nie lubi, żeby go nazywać generałem. A może lubi, tylko tego nie okazuje. W każdym razie jest powiedziane, żeby zwracać się zwyczajnie per „Kirze Gawrłłowiczu”, a nie „towarzyszu generale”. Kir — co za dziwne imię? Sądząc po nazwisku jest Ukraińcem, a imię jakieś asyryjskie. Po rewolucji prawowierni marksiści wymyślali swoim dzieciom zupełnie nieprawdopodobne imiona: Władlen — Władimir Lenin, Stalina, Iskra, Kim — Kommunisticztesky Internacjonal Maładioży. A niech to diabli! Kir też jest z tego gatunku — Kommunistlcziesky Internacjonal, Komintern.

— Siadajcie, Wiktorze Andriejewiczu. Jak się macie?

— Dziękuję, Kirze Gawriłowiczu, w porządku.

Jest niewysoki, lekko łysiejący. Twarz raczej przeciętna. Zobaczysz na ulicy — nawet się nie obejrzysz. Garnitur nosi najzwyklejszy w świecie, szary w prążki. Skrojony, ma się rozumieć, z klasą. Przypomina zwyczajnego człowieka, a to przecież Kir!

Spodziewam się po nim jakichś pompatycznych fraz: „Kierownictwo GRU i Komitet Centralny okazały wam wielkie zaufanie…” Ale nie ma takich fraz o wysuniętych placówkach walki z imperializmem, o powinności radzieckiego wywiadowcy, o zwycięskich ideach. Po prostu długo przygląda się mojej twarzy: uważnie, w milczeniu.

— Wiecie, Wiktorze Andriejewiczu, w GRU i w KGB bardzo rzadko zdarzają się ludzie, którzy uciekają na Zachód. Skinąłem głową.

— Wszyscy są bardzo nieszczęśliwi. To nie frazes. 65% uciekinierów wraca ze skruchą. Rozstrzeliwujemy ich. Wiedzą o tym, i mimo wszystko wracają. Ci, którzy dobrowolnie nie wracają do Związku Radzieckiego, najczęściej popełniają samobójstwo, spijają się, lądują na samym dnie. Dlaczego?

— Zdradzili swoją socjalistyczną ojczyznę. Gryzie ich sumienie. Utracili przyjaciół, rodziny, swój język…