— Nie to jest najważniejsze, Wiktorze Andriejewiczu. Są poważniejsze przyczyny. Tutaj, w Związku Radzieckim, każdy z nas należy do najwyższej klasy. Każdy oficer GRU jest nadczłowiekiem w stosunku do wszystkich pozostałych. Dopóki pozostajesz w naszym systemie, posiadasz kolosalne przywileje. Kiedy jest się młodym i zdrowym, ma się władzę, nie pamięta się o takich sprawach. Docenia się je dopiero wtedy, gdy to wszystko bezpowrotnie znika. Niektórzy z naszych uciekają na Zachód w pościgu za wspaniałym samochodem, willą z basenem, pieniędzmi. Ale kiedy zdrajca ma już Mercedesa i własny basen, wtedy nagle spostrzega, że jest jednym z wielu, że wszyscy wokoło mają porządne wozy i baseny. Nagle zaczyna czuć się jak mrówka w mrowisku. Raptownie traci poczucie wyższości nad otoczeniem. Nawet jeżeli wrogi wywiad zaangażuje naszego zdrajcę, to i tak nie odnajdzie on utraconego poczucia wyższości, bowiem na Zachodzie służba w wywiadzie nie jest wcale traktowana jako najwyższy honor i powód do dumy. Urzędnik, pluskiewka i tyle.
— Nigdy o tym nie myślałem…
— Myśl o tym. Myśl zawsze. Bogactwo, rzecz względna. Jeżeli śmigasz Ladą po Moskwie, przystojne dziewczyny odwracają się za tobą. Jeżeli suniesz po Paryżu wielkim Citroenem, nikt cię nawet nie zauważy. Lejtnant na Dalekim Wschodzie to cesarz i bóg w jednej osobie, władca życia. Pułkownik w Moskwie to pionek; dookoła są tysiące pułkowników. Zdradzisz, stracisz wszystko. Wtedy dopiero przypomnisz sobie, że kiedyś należałeś do potężnej organizacji, byłeś zupełnie niezwykłym człowiekiem, wyniesionym ponad miliony innych. Zdradzisz, poczujesz się szarakiem, niedostrzegalną marnotą, taką, jak wszystko wokoło. Kapitalizm daje pieniądze, ale nie daje władzy i honorów. Są też wśród nas chytre gagatki: nie uciekają na Zachód, lecz zostają i po kryjomu sprzedają nasze sekrety. Mają pieniądze kapitalizmu i korzystają z pozycji nadczłowieka, jaką im daje socjalizm. Ale takich bardzo prędko odnajdujemy i likwidujemy.
— Wiem, Pieńkowski.{Oleg Pieńkowski, pułkownik GRU. W latach 1961-62 przekazał na Zachód kluczowe informacje dotyczące radzieckich sekretów politycznych i wojskowych, co między innymi umożliwiło prezydentowi Kennedy'emu zręczną rozgrywkę podczas kubańskiego kryzysu rakietowego. Aresztowany jesienią 1962 r., Pieńkowski został skazany na karę śmierci. Jego aresztowanie spowodowało kataklizm w całej radzieckiej hierarchii wojskowej: dymisję dwóch marszałków, upadek gen. Sierowa, odwołanie do Moskwy 300 oficerów operacyjnych GRU (przyp. tłum.).}
— Nie tylko. Pieńkowski jest znany na całym świecie. Wielu nie jest znanych. Na przykład Władimir Konstantinow. Wrócił do Moskwy na urlop, a trafił prosto na śledztwo. Niezbite dowody. Wyrok śmierci.
— Został spalony?
— Nie. Prosił, by go nie zabijać.
— I nie zabito go?
— Nie, nie zabito. Tyle że pewnego razu zasnął smacznie w swojej celi, a obudził się w grobie. Głęboko pod ziemią. Prosił, by go nie zabijać, więc go nie zabito. Ale trumnę musiano zakopać. Tak każe instrukcja. No, idź już, Wiktorze Andriejewiczu. Życzę ci powodzenia. I pamiętaj: tu nie KGB, tu próg zdrady jest o wiele niższy. Pilnuj się.
W Monachium śnieżyca. Niebo zaciągnięte fioletem. Ulicami spieszą mieszczuchy, nosy pochowane w futrzanych kołnierzach. Na mieście pełno choinek. Latarnie w śnieżnej zadymce. Oślepiająca biel zakrywa brud i szarość cywilizacji. Wszędzie czysto, znikły brudne plamy nawet na dachu Deutsche Bank. Kiedy pada śnieg, jest cicho i ciepło. Jeżeli nastawić ucha, można usłyszeć szelest spadających białych płatków. Ludzie, posłuchajcie jak pada śnieg! Hej, mieszczuchy, gdzie wam tak spieszno? Zaczekajcie! Nie słychać wycia wiatru ani pisku hamulców. Tylko cisza nad białym miastem.
Miękkie płatki śniegu osiadają na mojej twarzy. Lubię śnieg, nie chowam się przed nim. Czasami śnieg bywa ostry i szorstki, ale nie dziś. Dziś prószy przyjemny, dobry śnieg, więc wystawiam nieosłoniętą twarz.
Z dworca kieruję się na Marienplatz. Nikt mnie nie śledzi, a jednak muszę kluczyć, zacierać trop. Pogoda jak znalazł. Major GRU, kryptonim 173-W-41. Zacieram ślady po spotkaniu z agentem 173-W-41-706. Schadzka miała miejsce w Hamburgu, tam też jakiś młody chart z bońskiej dyplomatycznej rezydentury GRU odebrał ode mnie otrzymane dokumenty. Do Monachium przyjechałem wyłącznie dla zmylenia przeciwnika. Uliczkami, zaułkami, coraz dalej w śnieżną kurzawę. Pojawiam się w ludnych lokalach, w nie kończących się labiryntach piwiarni, gdzie niegdyś rodziła się partia Hitlera. To nie piwiarnia. To istne miasto z ulicami i placami. Z nieprzebranymi rzędami stołów. Z tłumami ludzi. To niezawisłe piwne państwo, jak Watykan w Rzymie, jak Komitet Centralny w Moskwie.
Dalej, dalej wzdłuż stołów, za róg, za następny. Odczekać chwilę w ciemnej wnęce. Kto się wyłoni zza zakrętu? W tej czarnej niszy, na masywnym dębowym zydlu przesiadywał zapewne sam Hermann Góring. Teraz siedzę tu ja z wielkim kuflem piwa. Służbowo. Kto przejdzie koło mojego stołu? Kto mnie tropi? Czy w tym wirze ludzkim, w tym półmroku, w piwnych oparach nie szperają za mną czyjeś rozbiegane oczy? Zdaje się, że spokój. W takim razie z powrotem w wąskie uliczki. W błękitną zamieć.
Do Wiednia zawitał przejazdem towarzysz Szeliepin. Udaje się do Genewy na sesję Międzynarodowej Organizacji Pracy. Towarzysz Szeliepin jest szefem radzieckich związków zawodowych. Towarzysz Szeliepin jest członkiem Politbiura. Towarzysz Szeliepin to gwiazda pierwszej wielkości. Ale nie wschodząca gwiazda. Zachodząca. Był czas, kiedy towarzysz Szeliepin pełnił (tajnie) funkcję zastępcy przewodniczącego KGB i zarazem (jawnie) wiceprzewodniczącego Międzynarodowej Federacji Młodzieży Demokratycznej. Towarzysz Szeliepin organizował potężne manifestacje w obronie pokoju i przyjaźni między narodami. Miliony głupców szły za towarzyszem Szelie-pinem. Skandowali, domagali się pokoju, rozbrojenia i sprawiedliwości. Za to właśnie awansował na zastępcę przewodniczącego KGB. Rządził twardo, srogo. Rządził połową świata, w tym również pacyfistyczną demokratyczną młodzieżą, żądającą pokoju za wszelką cenę. Tyle że mu się noga powinęła i teraz rządzi radzieckimi związkowcami. Dlatego też w ambasadzie wysoki gość nie cieszy się szczególnym szacunkiem. Jedziesz do swojej Genewy, to zasuwaj. Byle prędzej. Dla wszystkich jest jakby jasne, że towarzysz Szeliepin sunie w dół.
Cała ambasada wie, że towarzysz Szeliepin (dla swoich: Żelazny Szurek) spija się do nieprzytomności. Lider radzieckiego proletariatu klnie jak szewc. Bije sprzątaczki. Cisnął przez okno ciężką kryształową popielnicę i zniszczył dach limuzyny kubańskiego ambasadora. Sam wie, że przyszła na niego kryska. Były szef KGB żegna się z władzą. Szaleje.
Zderzyłem się z nim w korytarzu. Ma opuchniętą, pooraną zmarszczkami twarz, zupełnie niepodobną do tej z portretów. Poznałem go zresztą tylko po tym, że był w sztok zalany — nikt nie ośmiela się łazić w takim stanie po ambasadzie — i po obstawie. Komuż innemu mogłoby towarzyszyć pięciu goryli? Obstawa ma kamienne twarze, przepisowo. Do obstawy wybiera się tylko takich, którzy nie nauczyli się jeszcze śmiać. Ważniaki. Wsiowe chłopaki na szczytach władzy. Nie rozumieją, rzecz jasna, że gdy spadanie się zacznie, nic go już nie powstrzyma. Szefa goryli poznaję po lekkim grymasie. Mnie ten grymas nie zmyli: główny goryl nie chroni towarzysza Szeliepina przed wrogami ludu. Pilnuje, by towarzysz Szeliepin — wódz najbardziej uświadomionej klasy rewolucyjnej — nie dał drapaka. Gdyby towarzysz Szeliepin rzucił się do ucieczki, szef ochrony sięgnie po pistolet. I w potylicę! Daleko nie ucieknie. Towarzysz Szeliepin — zachodząca gwiazda pierwszej wielkości — wie dobrze, że naczelnik ochrony nie jest obstawą, lecz konwojentem, że został odpowiednio poinstruowany. I ja to wiem.