Ach, żebym to ja miał taką instrukcję!
Dezinformacja!
Nawigator ma srogą minę. W ręku trzyma szyfrówkę. Nasz przyjaciel nr 706 zaczął produkować dezinformacje. Analiza dostarczanych przezeń dokumentów nie pozwala wykryć próby oszukania GRU, ale każdy dokument, każde urządzenie, każdy model broni jest kupowany przez Akwarium w kilku egzemplarzach i w różnych częściach świata. Informacje dotyczące systemu obniżania szumów w reduktorach atomowych okrętów podwodnych klasy George Washington zdobył dyplomatyczny rezydent GRU w Urugwaju, natomiast kompletnej dokumentacji technicznej o tych okrętach dostarczyła belgijska nielegalna agentura GRU. Zestawia się wszystkie analogiczne fragmenty informacji. Jest to normalna procedura, dotyczy dosłownie każdej uzyskanej wiadomości, każdego dokumentu. Spróbuj coś dorzucić od siebie, coś ukryć — Służba Informacji w lot cię nakryje. To właśnie przytrafiło się obecnie mojemu koleżce z targów nr 173-W-41-706.
Dotychczas wszystko grało. Teraz okazało się, że w ostatnim otrzymanym od niego dokumencie brakuje trzech stron. Są to ważne strony, a usunięto je tak zręcznie, że nie sposób zorientować się, iż kiedykolwiek istniały. Dopiero porównanie z analogicznym dokumentem, zdobytym w Algierze, a może w Irlandii, pozwala stwierdzić, że ktoś umyślnie stara się wyprowadzić nas w pole. Fałszerstwo wykonane po mistrzowsku. Fachowa robota. Wniosek oczywisty: Siedemset Szósty jest kontrolowany. Sam się zgłosił na policję czy też wpadł przez nieuwagę — to nie gra roli. Najważniejsze, że mają go w ręku.
— Czy mam zlikwidować Siedemset Szóstego? Nawigator zerwał się na równe nogi:
— Ocknij się, majorze! Co za brednie! Kryminałów się naczytałeś?!! Jeżeli ty zdradzisz, zabijemy, bo to nauczka dla pozostałych. Ale co z tego, że sprzątniemy powszechnie szanowanego burżuja, właściciela firmy? Dla kogo ma to być nauczką? Kazałbym go wykończyć, gdyby stwarzał jakieś zagrożenie, ale przecież nie ma o nas zielonego pojęcia. Nie wie nawet, dla kogo pracował: dla KGB, czy GRU? Zna tylko jeden sekret: że Wiktor Suworow jest szpiegiem. Ale o tym wiedzą wszyscy. Zabić, to spora pokusa. Niejeden wywiad się na nią nabiera. Dają się wciągnąć w tajną wojnę i zapominają o swoim podstawowym obowiązku: o zdobywaniu tajnych informacji. A my potrzebujemy tajemnic, jak zdrowy mężczyzna potrzebuje kobiety. Zapamiętaj, majorze: tylko słaby, głupi, chwiejny mężczyzna morduje i gwałci. Tak właśnie przedstawiają nas bulwarowe gazetki i tandetne kryminały: jako słabych i głupich. Mądry, silny, pewny siebie wywiad nie ugania się za agenturą, jak za kobietami. Mądry mężczyzna ma kobiet w bród, same na niego lecą. Mężczyzna, który ma setki kobiet nie mści się na jednej, choćby go zdradziła. Po prostu nie ma na to czasu, musi się zajmować pozostałymi. Nota bene, masz coś w rezerwie?
— Macie na myśli nowych „przyjaciół”?
— Wyłącznie to mam na myśli — rozzłościł się nagle.
Nawigator, ma się rozumieć, dobrze wie, że oprócz Siedemset Szóstego nie mam żadnych „przyjaciół”; nic się też nie zapowiada na najbliższą przyszłość. Pyta, żeby wytknąć mi nieudolność.
— Nie, towarzyszu generale, nie mam niczego w zapasie.
— Do ubezpieczania!
— Rozkaz, do ubezpieczania!
Odbyłem jeszcze jedno spotkanie z Siedemset Szóstym. To prawda, jest manipulowany, ale wcale nie musi wiedzieć, że GRU rozgryzło jego grę.
Spotkanie przebiegło jak zwykle. Zapłaciłem, powiedziałem, że tymczasem nie potrzebujemy jego materiałów, że spotkamy się za rok. Być może będziemy mieć nowe zamówienie. W ciągu roku pod byle pretekstem zostanie odstawiony do lamusa. Do „uśpionej” siatki. Czekaj na sygnał. Na tym przerywamy wszelkie kontakty: czekaj, aż zgłosi się do ciebie szczególnie ważny agent! Niech poczeka nasz koleżka, wraz z nim policja. Nie doczekają się. Takie posunięcie nosi nazwę „odcięcia pod pozorem konserwacji”. Otrzymaliśmy od niego niezbędne urządzenia. Zaoszczędziliśmy miliony. Jego materiały — wówczas w najlepszym gatunku — były też wykorzystywane do sprawdzania kogoś innego. Teraz żegnaj. Proszę czekać na umówiony sygnał, na szczególnie ważne spotkanie.
Z Siedemset Szóstym sprawa załatwiona, żadnych komplikacji. Ale co mam teraz robić? Znów zaczęło się pieskie życie. Znowu smętny los charta. Znów beznadziejna robota w ubezpieczaniu. A czegóż się, Wiktorze Andriejewiczu, spodziewacie? Nie umiecie pracować samodzielnie — popracujecie dla innych.
Znowu więc podlegam bezpośrednio Pierwszemu Zastępcy i nie mam prawa spotkać osobiście Nawigatora. Nie ma czasu dla takich jak ja. To prawda, że niektórzy zdolni wikingowie także pracują w ubezpieczaniu, ale tylko podczas masowych akcji werbunkowych, kiedy cała rezydentura wyrusza w teren na określone operacje, których sens pozostaje dla nas tajemnicą. Oprócz tego biorę udział w ubezpieczaniu akcji nielegalnych rezydentur GRU. To zupełnie coś innego. Ubezpieczanie „nielegalnych” uchodzi za zaszczyt. My, charty, bardzo rzadko go dostępujemy. Na nasze barki spada wyłącznie ciężka i niewdzięczna robota: ogromne ryzyko, masa straconego czasu — i żadnych honorów. Zwyczajne ubezpieczanie agenturalne w ogóle się nie liczy, jak praca maszynistki u wielkiego pisarza: ani pieniędzy, ani sławy, za to spróbuj się pomylić!
Taka właśnie robota przypadła mi dziś w udziale. Jadę w góry na piknik. Pora roku zupełnie nieodpowiednia, pogoda fatalna. Muszę jednak znaleźć się w górach. Jeśliby nas śledzono, aresztowano, wydalano — wymyśliłbym coś bardziej wiarygodnego. Nie warto jednak silić się na oryginalność, bo Anglicy dokuczają nam bardzo rzadko, Amerykanie prawie nigdy, a w pozostałych krajach stosunek do nas — szpiegów — jest niemal życzliwy. Piknik wystarczy aż nadto. Kogo obchodzi, że radziecki dyplomata wyrusza samotnie na piknik w godzinach pracy?
W bagażniku wiozę ręczny granatnik przeciwpancerny RPG-7 i pięć granatów. Całość starannie zawinięta. Wszystko razem mam umieścić w skrytce. Granatnik waży 6 kg. Każdy granat — 2.200 g. Do tego dochodzi waga samego opakowania. Łącznie ponad 20 kg w jednym szarym opakowaniu. Dla kogo przeznaczony jest granatnik? Nie mam pojęcia. Jadę zakopać go w górach, w skrytce, za którą łaziłem sześć dni. Ktoś komuś kiedyś przekaże szczegółowy plan i oznakowanie, wskazujące miejsce kryjówki. Adresat zawsze dostaje opis skrytki dopiero po tym, jak materiał został w niej umieszczony, nawet gdyby chciał nas zdradzić, nie zdoła tego uczynić. Otrzyma opis i pospieszy w umówione miejsce, ale mnie już tam nie zastanie. Ani ja sam, ani moja dyplomatyczna rezydentura, ani radziecki wywiad wojskowy, ani cały Związek Radziecki — nie mamy z tym nic wspólnego. Leżał granatnik w ziemi i tyle. Był tu chyba od zawsze, był tu od początku świata. Że radzieckiej produkcji? A może Amerykanie zdobyli go w Wietnamie i chowają teraz w Alpach?
Komu potrzebny jest ten granatnik? Nie mam zielonego pojęcia. Jedno pewne: nie jest to rezerwa na wypadek wojny. Do długotrwałego przechowywania stosuje się ciężkie kontenery, a ten ma całkiem lekkie opakowanie. To znaczy, że w najbliższych dniach ktoś go stąd zabierze. Niewykluczone, że niebawem zostanie użyty. W przeciwnym razie musiałby dłuższy czas u kogoś leżeć, a to zawsze niebezpieczne. Jasny gwint, przecież ja w tej chwili tworzę Historię! Może mój granatnik odwróci bieg dziejów ludzkości? RPG-7 to potężna broń, lekka i prosta w obsłudze. Wszyscy zachodni przywódcy pochowali się za pancernymi szybami. A jeżeli rąbnąć w was, panowie, granatem PG-7W? Nie ostatnie się żadna kuloodporna limuzyna. Ależ będzie wrzasku. Ciekawe, kogo też upatrzyło sobie Akwarium? Dla kogo przeznaczyło te pięć granatów? Dla głowy państwa? Generała? Papieża? A przecież można rąbnąć nie tylko w samochód. Obrońca środowiska naturalnego może na znak protestu palnąć w cysternę z gazem trującym albo w reaktor atomowy. Obrońca pokoju może zaczaić się na konwój z amerykańskimi głowicami bojowymi — i spokojnie nacisnąć spust. Szum się zrobi na cały świat. Do eksplozji jądrowej oczywiście nie dojdzie, ale prasa podniesie taki rwetes, że Zachód nie będzie miał innego wyjścia, jak tylko się rozbroić.