Выбрать главу

Krążę po skrzyżowaniach, zwalniam, znów przyspieszam, wyskakuję na autostrady, zawracam na wyboiste polne drogi. Kto mnie śledzi? Chyba nikt. Komu jestem potrzebny? Nikomu. Jestem sam, na wąskiej leśnej drodze. Nad głową szumi las. Zostawiam wóz na poboczu. Turyści też tu nieraz parkują.

Siedzę w zaroślach i z pagórka obserwuję własny samochód. Nie miałem ogona, to pewne. Możliwe jednak, że policja zamontowała w wozie „pluskwę”, która sygnalizuje im moją pozycję. Może nie śledzili mnie jak zwykle, może trzymali się na dystans? Gdyby tak było, wkrótce ktoś powinien zjawić się w pobliżu. Naokoło las i góry, więc mogą nadjechać tylko z jednej strony. Pokręcą się chwilę przy samochodzie, zastanawiając się, w jakim poszedłem kierunku. Wówczas wezmę mój drogocenny pakunek, zatoczą wielkie koło, i gdy już nikogo tu nie będzie, wrócę do punktu wyjścia. Wsiądę do samochodu, pozamykam drzwi od wewnątrz i będę krążyć po górach i lasach. Następnie wrócę do ambasady i jutro powtórzę wszystko od początku.

Spoglądam ponownie na zegarek: minęło trzydzieści minut. Na drodze nadal pusto. Pakunek z granatnikiem można było na dobrą sprawę zostawić w bagażniku i teraz, wiedząc, że nikt mnie nie śledzi, wrócić po ładunek i ruszyć w góry. Ale to nie nasza technika.

Jeszcze chwilę zostaję w krzakach, wsłuchując się w leśne szmery. Żywego ducha. Wkładam gumiaki, czapeczkę z dobrotliwym brytyjskim lwem, plecak: klasyczny turysta. W ręku cygaro. Nie palę, ma się rozumieć: od lat obowiązuje mnie zakaz palenia. Niemniej jednak zawsze mam ze sobą duże, aromatyczne cygaro. Teraz odłamuję koniuszek, rozcieram tytoń w dłoniach, rozsypuję wokoło. To moje pozdrowienia dla piesków. Długo przedzieram się przez zarośla, wychodzę nad strumień i brnę pod prąd. Teraz nikt mnie nie śledzi. A jeżeli zwalą się tutaj za kilka godzin z psami, z helikopterami?

Szkoda, że granatnik tak bardzo rzuca się w oczy. Ktokolwiek zauważy, że z plecaka sterczy mi taki dziwaczny pakiet omotany nieprzemakalnym płótnem od razu pojmie, że jestem chłopcem na posyłki GRU, że pracuję w niewdzięcznym ubezpieczaniu za karę za to, że nie potrafię samodzielnie znaleźć dojść do tajnych informacji.

Czeka mnie długa droga. Piechotą, cały czas na nogach, strumieniem pod górę, jak za dawnych dobrych lat w Specnazie. Rewolucyjne oddziały bojowników o wolność i potrzebują broni, aby zrzucić jarzmo kapitalizmu. Może na ten granatnik czekają włoskie albo niemieckie zuchy, by raz jeszcze przypieprzyć kapitalistycznej zgniliźnie? — Długi marsz to świetna okazja, by poćwiczyć szare komórki. Cóż mam wymyślić, by wrócić do samodzielnej pracy? Może skreślić raport do szefa 5. Sektora I Zarządu proponując coś oryginalnego? Niech na przykład chłopcy w RFN albo we Włoszech porwą prezydenta, albo ministra obrony. To by im dobrze zrobiło, odświeżyłoby rewolucyjne idee, podniosłoby rewolucyjną świadomość mas. Porwanego niech postawią przed rewolucyjnym trybunałem. Niech go stracą. Przed wykonaniem wyroku moglibyśmy pogadać z nim na osobności: pilnikiem po zębach — wyśpiewaj, bydlaku, wszystkie sekrety!

Brnę w wodzie, śmiejąc się z własnych fantazji. Oczywiście, nie zamierzam niczego takiego zaproponować. Dawanie rad jest bardzo niewdzięcznym zajęciem. Nikt nigdy nie wspomni inicjatora. Nagradza się nie pomysł, a wykonanie. Idea jest na tyle prosta, że znajdą się inni równie mądrzy. Muszę wymyśleć coś takiego, żebym sam był inicjatorem i wykonawcą. Zanim przedstawię dowódcy własny projekt, muszę opracować tysiące szczegółów, muszę być obkuty pod każdym względem, żeby nie dało się zepchnąć mnie na bok, zlecając przeprowadzenie operacji bardziej doświadczonym wikingom.

Czysty górski potok pluszcze pod moimi stopami. Czasem wychodzę na brzeg, omijam siklawy. Wtedy odłamuję kawałeczek cygara, kruszę w palcach i rozsypuję po ziemi. Skaczę z kamienia na kamień, nie zostawiać śladów.

Jestem na miejscu. Kryjówkę wybrałem sam; zaakceptował ją Pierwszy Zastępca, zatwierdził szef I Zarządu GRU. To nie żadna jaskinia ani tajna piwniczka. Skrytka to miejsce, które bez trudu odszuka osoba wtajemniczona, i którego za nic nie powinien znaleźć człowiek postronny. Skrytka to miejsce, gdzie nasz towar nie może zostać przypadkowo odkryty.

Moja kryjówka spełnia te wymagania pod każdym względem. Znajduje się z dala od ludzi, w górach, w rozpadlinie. Strzegą jej nieprzebyte chaszcze kolczastych krzaków. Turyści tu nie chodzą, nie bawią się ciekawskie dzieci, budowy tu też nie będzie. Mojej skrytce nie grożą tąpnięcia ani powodzie. A znaleźć ją jest bardzo prosto. Jeżeli wiesz, jak. Oto linia wysokiego napięcia, rozciąganięta na potężnych metalowych słupach. Od słupa nr 042 należy iść w stronę słupa nr 041, po czym w miejscu, gdzie przewody zwisają najniżej — skręcić w lewo. Teraz trzeba oddalić się trzydzieści metrów w kierunku prostopadłym od kabli. Kolce kłują w twarz? To nic. W krzakach sterta głazów, obok ślady dawnego ogniska. Stąd dziesięć kroków na prawo. Wciskam się w skalną szczelinę. Oto kupa kamieni. To jest właśnie skrytka. Niezbyt sympatyczne miejsce. Wilgoć, półmrok, kolczaste zarośla. Ostatnim razem nawrzucałem do rozpadliny najróżniejszych śmieci, co tylko znalazłem w pobliżu: zardzewiałą puszkę, butelkę, jakieś druty. Żeby nikomu nie wpadło do głowy rozłożyć się tu na piknik.

Jeszcze raz omiatam wszystko uważnym spojrzeniem. Od poprzedniej wizyty nie zmieniło się dokładnie nic. Puszka po konserwach leży w tym samym miejscu. Długo wsłuchuję się w szum wiatru na szczytach gór. Żywej duszy. Zrzucam na ziemię plecak: nieźle dał mi w kość na tym podejściu. Proponowałem dowódcy, by zakopać granatnik, ale polecił tylko przywalić go kamieniami, wybierając co cięższe. Proponowałem też, żeby dostarczyć na miejsce jakiegoś bezdomnego kota i złożyć go tu w ofierze interesom światowego proletariatu. Jego szczątki odpędziłyby wszystkich myśliwych, turystów, zakochane pary szukające zacisznych kącików. Tej propozycji również nie zatwierdzono. Pierwszy Zastępca rozkazał mi użyć płynu ZRG wariant 4. Niewielka buteleczka, ale woń trzyma się długo. ZRG wariant 4, to smród spalonej gumy, zostanie tu na wiele tygodni, odstręczając nieproszonych gości i gwarantując samotność odbiorcom mojej przesyłki. Cóż, życzę wam powodzenia, nieustraszeni bojownicy o wolność i sprawiedliwość. Wsłuchuję się w świst wiatru i jak czujny zwierz przemykam wśród skał.

VII

Europę Zachodnią znam już nieźle. Mógłbym pracować jako przewodnik turystyczny w Amsterdamie albo Hamburgu: proszę wycieczki na lewo, proszę wycieczki na prawo. Wiedeń też znam dobrze, choć nie tak, jak Zurych. To zrozumiałe: Cygan nie kradnie tam, gdzie mieszka. Jasne, że moi koledzy z Rzymu, Bonn, Paryża, Genewy znają Wiedeń lepiej ode mnie. Oni pracują tu, a ja jadę na „gościnne występy” w ich strony. Wszyscy stosujemy tę samą taktykę: nie należy zadzierać z miejscowymi władzami, skoro można przeprowadzić operację gdzieś bardzo daleko.