Dziś pracuję w Bazylei. Nie pracuję samodzielnie: ubezpieczam. Bazylea to styk Francji, Szwajcarii i RFN. Bardzo wygodne, wyjątkowe miejsce. Skrzyżowanie. Byłeś — zniknąłeś. Łatwo tutaj zniknąć, bardzo łatwo.
Siedzę w niewielkiej knajpce, naprzeciw dworca. W ogóle trudno orzec czy to restauracja, czy piwiarnia. Sala przedzielona na dwie części. Z jednej strony malutka restauracyjka, czerwone obrusy na stołach. Z drugiej strony piwiarnia. Dębowe stoły bez obrusów. Tu właśnie siedzę. Sam. Na ciemnym drzewie wyżłobiony wzorek i data: „1932”. To znaczy, że ten stół pojawił się tu jeszcze przed Hitlerem. Dobrze być Szwajcarem. Sąsiednią ulicą biegnie granica z Niemcami. Wojny nigdy nie było.
Sympatyczna, niewysoka panienka stawia przede mną na tekturowej podstawce kufel piwa. Skąd ta piersiasta ma wiedzieć, że siedzę na bojowym posterunku? Że sekundy biją w mojej głowie, że siedzę tutaj właśnie, ponieważ mogę widzieć duży dworcowy zegar? Skąd ma wiedzieć, że jego wskazówki bacznie śledzi jeszcze ktoś inny, ktoś, kogo nigdy nie znałem i nigdy nie poznam? Skąd ma wiedzieć, że koniuszki palców mam już nasmarowane kremem MPP, dzięki czemu nie zostawiają odcisków? Skąd ma wiedzieć, że w mojej kieszeni leży zwyczajna porcelanowa rączka, taka, jakie wiszą w toaletach na łańcuszku? Tę rączkę wykonano w Instytucie Kamuflażu GRU. Wewnątrz mieści się pojemnik. Może zawierać opis skrytki, pieniądze, złoto, diabli wiedzą co. Nie wiem, co jest w środku. Wiem tylko, że za siedem minut wyjdę do toalety i w przedostatniej kabinie zdejmę rączkę z łańcuszka, schowam do kieszeni, a na jej miejsce powieszę tę, którą mam ze sobą. Ktoś inny, kto właśnie w tej chwili patrzy na dworcowy zegar, wejdzie po mnie do tej samej kabiny, zdejmie rączkę z pojemnikiem, a na jej miejsce zawiesi zwyczajną. On zapewne też ściska ją w kieszeni palcami wysmarowanymi kremem MPP. Wszystkie trzy rączki są identyczne. Nie odróżnisz. Nie na darmo trudzi się Instytut Kamuflażu.
Strzałka na zegarze drgnęła. Jeszcze sześć minut. Tuż koło dworca znajduje się wielka budowa. Może poszerzają hale dworcowe, może budują hotel. Spod rusztowania wyłania się zgrabna konstrukcja, jakby wieży. Ściany z brązowego metalu, okna też ciemne, prawie brunatne. Wysoko w niebie — robotnicy w pomarańczowych kaskach. Gołebie na gzymsach. Jeden z gołębi powoli i w skupieniu zabija swojego towarzysza. Dziobem w łepek: bęc, bęc. Chwilę odczeka. I znów dziobem. Gołąb to obrzydliwe ptaszysko. Ani jastrząb, ani wilk, ani krokodyl nie zabijają dla zabawy. Gołębie zabijają swoich współbraci wyłącznie dla rozrywki. Zabijają powolutku, rozkładają przyjemność.
Żebym tak miał w ręku karabin Kałasznikowa! Przerzuciłbym bezpiecznik na ogień ciągły, zarepetowałbym jednym ruchem dłoni — i straszliwy huk targnąłby dworcowym placem pogrążonej w półśnie Bazylei. Pociągnąłbym długą serią w gołębia-zabójcę. Rozłupałbym go ołowiem, zamieniłbym w strzęp pierza i krwi. Ale nie mam przy sobie karabinu. Nie jestem w Specnazie, lecz w agenturalnym zdobywaniu informacji. Szkoda. Przecież zabiłbym naprawdę, nie przyszłoby mi na myśl, że ratując słabego gołębia przed powolną śmiercią, ratuję zarazem zabójcę. Wszystkie one mają tę samą gołębią naturę. Dojdzie do siebie, oprzytomnieje, wyszuka obok słabszego — i łup! Dziobem w łeb! Gołąb to odrażający ptak. A przecież są ludzie, którzy tego bezwzględnego mordercę mają za symbol pokoju.
Słaby gołąb na gzymsie rozrzucił skrzydła. Główka mu zwisa. Silny gołąb cały zebrał się w sobie. Dobija. Cios. Jeszcze jeden. Wali z całych sił. Czubek dzioba ma czerwony od krwi. Rób swoje, na mnie czas. Do toalety. Na ściśle tajną operację.
Staram się nie tracić czasu. Gdy ubezpieczam kogoś w RFN, rozmyślam, jakby tu samemu rozgryźć niemieckie tajemnice. Jeżeli jestem we Włoszech, analizuję możliwe dojścia do włoskich sekretnych planów. We Włoszech można też zwerbować Amerykanina, Chińczyka lub Austriaka. Szukam takich, którzy mają dostęp do informacji wagi państwowej.
Wróciłem właśnie z Bazylei i składani Nawigatorowi raport z przebiegu operacji. Zazwyczaj melduję się u Pierwszego Zastępcy, ale dziś przyjął mnie sam szef. Pewnie była to bardzo ważna akcja. Korzystając z okazji, przedstawiani Nawigatorowi moje propozycje, jak wejść w posiadanie ściśle tajnych dokumentów dotyczących systemu Floryda. Floryda to system obrony powietrznej Szwajcarii. Sam w sobie jest tylko małą cegiełką, ale z takich cegiełek zbudowany jest system obrony powietrznej USA. Jeżeli uda się nawiązać znajomość ze szwajcarskim sierżantem, amerykański system ukaże się nam w nowym świetle…
Nawigator utkwił we mnie ciężkie spojrzenie. W oczach ołów, nic więcej. Spojrzenie byka, sycącego wzrok widokiem młodziutkiego toreadora, nim weźmie go na swe potężne rogi. Od tego wzroku mąci mi się w głowie. Zdołałem już zebrać nazwiska i adresy oficerów z punktu dowodzenia obrony powietrznej Szwajcarii, wiem też, jak nawiązać kontakt z sierżantem, ale od tego morderczego spojrzenia gubię wątek i zapominam całą logiczną konstrukcję moich wywodów:
— Postaram się to zrobić… Milczy.
— Przygotuję szczegółowy raport… Milczy.
Wciąga w nozdrza metr sześcienny powietrza, wyrzuca z siebie:
— Do ubezpieczania!
Ubezpieczanie jest dla wywiadowcy tym, czym miód dla muchy. Niby bez ryzyka, słodko, a wydostać się nie można. Skrzydełka zlepione — zdechniesz w tej słodyczy. Tylko ten będzie prawdziwym wikingiem, kto potrafi się wyrwać z pułapki. Na przykład Żenia-konsul. Wylądowaliśmy w Wiedniu w tym samym czasie. Dostaliśmy po trzy miesiące na rozpoznanie miasta: mamy być lepsi od wiedeńskiej policji. Po upływie tego okresu — egzamin. Co się znajduje na Luegerplatz? Dziesięć sekund na zastanowienie. Nazwy sklepików, hoteli, restauracji, przystanki autobusowe, jakie konkretnie — wszystko po kolei. Szybciej! A może w ogóle nie ma tam ani jednego hotelu? Szybciej, szybciej! Znać miasto lepiej niż tutejsza policja! Jakie ulice przecinają Taborstrasse? Szybciej! Ile przystanków? Ile skrzynek pocztowych? Gdyby jechać w kierunku… co będzie po lewej? Co? Co? Jak? Jak? Jak?
Zdaliśmy egzaminy za drugim podejściem. Nie zdasz za trzecim — cofną do Związku. Zaraz po egzaminach rzucono mnie do ubezpieczania, a Żenię nie. Łażąc po mieście poznał jakiegoś machera, handlującego paszportami: podrabianymi, czystymi blankietami albo zwyczajnie skradzionymi turystom. Była to spora gratka dla 1. Wydziału, który hurtem skupuje wszelkie dyplomy, prawa jazdy, książeczki wojskowe. Nikt ich ponownie nie używa, służą tylko za wzorce, niezbędne do produkcji własnych fałszywek. Wszystkie te papiery nie uchodzą, rzecz jasna, za rzecz wielkiej wagi, a ich zdobywanie za najwyższą klasę pracy agenturalnej. Tyle że mnie skierowano do ubezpieczania, a Żenię nie: niech załatwia te zakichane paszporty. Póki kręcił się wokół paszportów, miał też sporo czasu na inne rzeczy, nie zmarnował okazji. Tu kogoś poznał, tam z kimś pogadał. Wtedy też skierowano mnie do ubezpieczania jego operacji, do osłaniania mu ogona. Po jego kolejnych spotkaniach odbierałem od niego jakieś teczki i woziłem do ambasady. Jeżeli kogoś aresztują przy wejściu do budynku, to mnie, a nie Giennadija Michajłowicza. On ma ręce czyste. Z czasem wciągnął się w jakieś poważniejsze sprawy. Idzie na operację, a pięciu albo i siedmiu chartów ubezpiecza go. Po roku awansował przedterminowo na podpułkownika. Tylko dwa lata chodził w stopniu majora.
Nie jestem zawistny. Niech ci się, Żenią, wiedzie jak najlepiej. Powodzenia! Ja też, staruszku, zostanę niebawem wikingiem.
Ósma wieczór. Spieszę do domu. Cztery godziny snu, a potem w teren, na ubezpieczanie.