…Nawigator uśmiecha się do mnie, po raz pierwszy od wielu miesięcy.
— Nareszcie! Zawsze wiedziałem, że potrafisz znaleźć samodzielną drogę. Jak go poznałeś?
— Przypadkiem. Pracowałem w ubezpieczaniu, w Innsbrucku. W drodze powrotnej postanowiłem poszukać skrytki, tak, na wszelki wypadek. Zatrzymałem się przy szosie, znalazłem odpowiednie miejsce, chcę już wracać… nic z tego. Tylne koła buksują na mokrym poboczu. Z tyłu skarpa, więc sam za nic nie ruszę. Stoję przy drodze, macham, wszyscy pędzą przed siebie. W pewnej chwili zatrzymuje się Fiat. Kierowca jest sam. Pomógł mi popchnąć samochód, wydostałem się z błota, ale za ostro przygazowałem i ochlapałem go od stóp do głów. Przeprosiłem, chciałem dać mu butelkę whisky, ale w ostatniej chwili zmieniłem zdanie. „Proszę mi wybaczyć, powiadam, może wejdziemy do restauracji. Wyczyści pan ubranie, przekąsimy. Stawiam kolację.”
— Zgodził się?
— Tak.
— Pytał, kim jesteś?
— Nie, zapytał tylko, gdzie mieszkam. Powiedziałem, że w Wiedniu, co dziś jest zgodne z prawdą.
— Miałeś dyplomatyczną rejestrację?
— Nie. Pracowałem w ubezpieczaniu. Cudzym wozem.
Nawigator obraca w palcach wizytówkę. Nie może się nacieszyć. „Otto Yelara. Inżynier”. Rzadko kiedy generał GRU ma w ręku taki skarb. Otto Yelara! Istna złota żyła. Nie wszyscy doceniają Włochy jako ojczyznę genialnych myślicieli, ale z pewnością nie należy do nich GRU. GRU wie, że Włosi mają głowy do genialnych wynalazków. Mało kto dziś pamięta, że przed wojną Włochy wzniosły się na niesłychany poziom technologicznego rozwoju. Walczyli niespecjalnie i to właśnie przyćmiło włoskie osiągnięcia w dziedzinie techniki militarnej. Ale ich zdobycze, zwłaszcza w zakresie lotnictwa, okrętów podwodnych, szybkich kutrów torpedowych były doprawdy zdumiewające. Pułkownik GRU Lew Maniewicz przed wojną przerzucił do ZSRR całe tony dokumentacji technicznych najwyższej wagi. Włochy — zapoznany geniusz wojenno-morskiej technologii! GRU wie o tym doskonale. Otto Yelara! Inżynier!
— Myślisz, że nie jest podstawiony? — Nawigator sam nie wierzy w podobną możliwość, ale jest zobowiązany zadać to pytanie.
— Wykluczone! — zapewniam żarliwie. — Sprawdzaliśmy go. Grupka kontroli radiowej też nie zauważyła niczego podejrzanego.
— Nie gorączkuj się. W takich sprawach trzeba zachować zimną krew. Jeżeli nie jest podstawiony, to trzeba przyznać, że ci się poszczęściło.
Tyle to wiem i bez niego.
— No dobra — mówi Nawigator. — Na wszelki wypadek przygotuj natychmiast kwestionariusz. Zdążysz na jutro?
— Nocą pracuję w ubezpieczaniu.
Skrzywił się. Potem zdjął słuchawkę telefoniczną i nie wykręcając żadnego numeru mówi:
— Wpadnij.
Wchodzi Pierwszy Zastępca.
— Trzeba by na jutro znaleźć zastępstwo dla Wiktora Andriej ewicza.
— Nie mam nikogo, towarzyszu generale.
— Zastanów się.
— Chyba że Giennadija Michajłowicza?
— Konsula?
— Tak.
— Dawaj go do ubezpieczania. Niech pobiega trochę z chartami, bo coś ostatnio zadziera nosa. Wiktora Andriejewicza zwolnisz ze wszystkich operacji w terenie. Kroi mu się bardzo ciekawy wariant.
Po dwóch dniach nadeszła szyfrówka z odpowiedzią. Nawigator nie ma najmniejszej chęci rozstawać się z Otto Velarą, z firmą budującą zdumiewająco szybkie i potężne okręty wojenne. Nawigator nie ma ochoty czytać mi otrzymanej depeszy. Po prostu przekazuje odpowiedź Akwarium: „Nie”. Szyfrówka nie podaje powodów. W każdym razie krótka i zdecydowana odmowa oznacza, że mój znajomy figuruje w centralnym komputerze GRU. Gdyby nic nie było o nim wiadomo, odpowiedź byłaby pozytywna: „Spróbujcie”. Szkoda. Szkoda tracić takiego ciekawego gościa. A Dowódca pewnie użala się nade mną, może po raz pierwszy. Widzi, że za wszelką cenę chcę zostać wreszcie wikingiem. Nie ma wcale ochoty ponownie wciskać mnie między charty. Milczy. Wiem doskonale, że tam właśnie najbardziej brakuje ludzi.
— Towarzyszu generale, jutro pracuję w ubezpieczaniu. Czy mogę się odmeldować?
— Idź. — I nagły śmiech. — Wiesz, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
— W moim przypadku jest raczej na odwrót.
— Właśnie że nie. Zabronili ci dalszych spotkań, to źle. Tyle że skarbnica naszych doświadczeń wzbogaciła się o jeszcze jedno ziarenko.
— ??
— Wpadłeś w tarapaty i tylko dzięki temu zawarłeś znajomość z ciekawym człowiekiem. W naszym fachu najtrudniejszy jest pierwszy moment, nawiązanie kontaktu. Jak podejść do faceta? Jak zagaić rozmowę? Jak utrwalić znajomość? Na przyszłość gdy tylko znajdziesz interesującego dla nas człowieka, ładuj się samochodem w jego pojazd. W ten sposób pierwszy kontakt masz załatwiony. Weź od niego adres. Przeproś, zaproś na kielicha. Czym się pan interesuje? Monety? Znaczki? Mam jeden ciekawy egzemplarz…
— Towarzyszu generale, zgadzacie się płacić za rozbite samochody? — pytam rozbawiony.
— Zgadzam się — odpowiada z poważną miną.
Rozdział 11
Czuję, jak z każdym dniem coraz bardziej grzęznę w bagnie drugorzędnej agenturalnej harówki, zapadam się, tracę wszelką swobodę ruchu. Już się nie wyrwę.
Murarz na budowie potrzebuje do pracy trzech pomocników: jeden miesza zaprawę, drugi podaje cegły, trzeci w miarę potrzeby rozłupuje je na połówki. W agenturalnym zdobywaniu informacji trzeba znacznie więcej pomocników, a nikomu nie chce się mieszać zaprawy, każdy pragnie od początku być murarzem. Mistrzem możesz zostać dopiero, gdy wykażesz się, że sam jesteś niegorszy od innych mistrzów, a może nawet lepszy. A jak to zrobić, skoro ubezpieczanie pochłania cały czas, noce, niedziele, święta?
Towarzysz Nikołaj Wiktorowicz Podgórny, radziecki prezydent, przepadł bez śladu. Ulotnił się. Wiadomo, że przewodniczący Prezydium to pionek, zero, parawan. Podobnie jak radziecki ambasador: chodzi po ambasadzie dumny jak paw, rozmawia z różnymi szychami, ściska dłonie, uśmiecha się — ale żadnych decyzji nie podejmuje i nie ma dostępu do żadnych tajemnic. Uśmiechaj się, ściskaj dłonie, za to ci płacą. My zaś mamy własną hierarchię. Nawigator podlega szefowi GRU, szef GRU podlega szefowi Sztabu Generalnego, szef Sztabu podlega KC. Ambasadorowie, prezydenci — to tylko kamuflaż.
Do diabła! Skoro prezes, choćby nawet lipny, znika raptem jak kamfora i zaledwie pół dnia go wspominają, to czy kto w ogóle zauważy, jeżeli ja pewnego dnia zapadnę się pod ziemię?
yciągnąłem pod stołem zmęczone nogi. Jest mi dobrze. Tak tu cicho i przytulnie. Żeby tylko nie zasnąć. Jestem zmordowany. Cicha melodia. Siwy pianista, niewątpliwie dobry muzyk, też znużony, jak ja. Przymknął oczy, jego długie, zwinne palce tańczą po klawiszach fortepianu. Mógłby grać w najlepszej wiedeńskiej orkiestrze, a produkuje się w wiedeńskiej kawiarni „Schwarzenberg”.
Czy znacie kawiarnię „Schwarzenberg”? Szczerze polecam. Jeżeli macie ciężką, wyczerpującą pracę, zmęczone nogi i napięte nerwy — idźcie do „Schwarzenberga”, zamówcie małą kawę i usiądźcie w kąciku. Można, oczywiście, usadowić się na zewnątrz, przy małym białym stoliku. Podczas upałów wiedeńczycy siadają na świeżym powietrzu. Przyjemnie, ale to nie dla mnie. Ktoś mógłby mnie obserwować z oddali. Zawsze wchodzę do środka, skręcam w prawo i zajmuję miejsce w rogu, przy wielkim oknie, zasłoniętym przezroczystymi białymi firankami. Ze swojego kąta widzę każdego, kto wchodzi na salę. Czasem zerkam na zewnątrz, na Schwarzenbergplatz. Dziś chyba nikt mnie nie śledzi.