Выбрать главу

Dobrze mi samemu w tym przytulnym miejscu. Lustra w secesyjnych ramach. Abstrakcyjne obrazy. Puszyste dywany. Dębowa boazeria. Cicha melodia. Aromat kawy pobudza i uspokaja zarazem. Gdybym miał własny pałacyk, zamówiłbym sobie takie właśnie ściany, na nich rozwiesiłbym te dekadenckie lustra i obrazy, kazałbym postawić fortepian, zaprosiłbym tego staruszka pianistę, a sam siedziałbym nad filiżanką kawy z wyciągniętymi nogami i policzkiem opartym na ręce. Mam wrażenie, że gdzieś już tę melodię słyszałem. Wydaje mi się, że widziałem już te obrazy na dębowych ścianach i te malutkie stoliki. Oczywiście, że widziałem. Naturalnie, pamiętam te łagodny aromat i czarującą melodię. Tak, wszystko to już widziałem. Dawno, kilka lat temu…

Było wielkie, piękne miasto, cichy plac z tramwajowymi szynami, duże okna kawiarni. Na placu, tuż koło kawiarni i białych stolików stały trzy brudne, zdrożone czołgi z szerokimi białymi pasami{Na wszystkich pojazdach bojowych uczestniczących w Operacji Dunaj (interwencja w Czechosłowacji 1968) wymalowano szerokie białe pasy, aby można je było odróżnić od tego samego typu sprzętu, należącego do armii czechosłowackiej (przyp. tłum.).}. Stały w ciszy. Było upalne lato. Wielkie okna kawiarni otwarto na oścież i piękna muzyka spokojnie, jak leśny strumyk, sączyła się na zewnątrz. Nie wiedzieć czemu zupełnie wyraźnie wyobraziłem sobie trzy błotem oblepione czołgi z białymi pasami na Schwarzenbergplatz.

Czołg ma osobliwy zapach. Nie sposób go pomylić z żadnym innym. Lubicie zapach czołgu? Ja przepadam. Zapach czołgu kojarzy się z metalem, superpotężnymł silnikami, polnymi drogami, z lasami i świeżą trawą, z przestrzenią i mocą; upaja, jak zapach wina i krwi. Ten zapach nagle odurza mnie w cichej wiedeńskiej kawiarence. Majaczą mi się tysiące zabłoconych czołgów na ulicach Wiednia.

Kipi miasto ogarnięte strachem, a na ulicach dudnią nieskończone kolumny czołgów. Z wąskich uliczek, zza zakrętów wyłaniają się wciąż nowe i nowe pancerne dinozaury. Przy zmianie biegów bryzgają czarnym dymem i płatami sadzy. Zgrzyt i łoskot. Iskry spod gąsienic. Czarne osmolone twarze żołnierzy. Czołgi na mostach, przed dworcem, przed wspaniałymi pałacami, na szerokich bulwarach i w wąskich uliczkach. Wszędzie czołgi. Starzec z rozwianą białą brodą krzyczy coś i wymachuje pięścią. Kto go usłyszy? Nie przekrzyczy ryku dieslowskich silników. Za późno, staruszku. Kiedy po chodnikach walą podkute buty, kiedy wokoło słychać zgrzyt i łomot niezliczonych czołgów — za późno na krzyk. Trzeba strzelać albo milczeć. Miasto wre. Miasto spowite dymem. Gdzieś strzelają. Gdzieś krzyczą. Swąd spalonej gumy. Zapach kawy. Zapach krwi. Zapach czołgów.

Chyba zwariowałem. A może to nie ja, to świat oszalał. Szaleńcami są ci, co na swoich brudnych czołgach wdzierają się do pięknych spokojnych miast; szaleńcami są ci, co wiedzą, że wcześniej czy później te czołgi wtargną na Schwarzenbergplatz i nic nie robią, aby temu zapobiec. Do diabła, a co ze mną? Gdzie jest moje miejsce? Byłem już wyzwolicielem. Nigdy więcej. Co robić? Uciec?! Będę żył w tym zadziwiającym świecie naiwnych i beztroskich ludzi. Będę siedział w kawiarni z wyciągniętymi nogami i podpartym policzkiem. Będę słuchał czarującej melodii. Kiedy zjawią się czołgi z białymi pasami, będę razem z tłumem krzyczał i wygrażał pięścią. Źle być bezradnym obywatelem kraju, po którego drogach ze zgrzytem i hukiem suną pancerne kolumny wyzwolicieli. A czyż lepiej być wyzwolicielem?

III

Zniknął radziecki attache wojskowy w Wiedniu. Przepadł. Wyparował. Wywieziono go do domu, do Związku. „Ewakuowano”, jak to się u nas mówi. Ewakuacja oficerów GRU i KGB następuje z powodu rażących błędów, nieróbstwa lub podejrzenia o niedozwolone kontakty, czy też o zamiar ucieczki.

Nie mam pojęcia, za co ewakuowano attache wojskowego. Takich rzeczy nigdy się nie mówi. Zniknął. Przepadł. Wyjechał na urlop i nie powrócił. Związek Radziecki to duży kraj, można się zgubić.

Jego zielonego Mercedesa przejął w spadku pułkownik Cwietajew, nowy attache wojskowy. Chodzi napuszony, ma się za naczelnika. Sąsiedzi z KGB są przekonani, że to on jest Pierwszym Zastępcą. Jednak w GRU, jak w każdej tajnej organizacji, oficjalnie zajmowane stanowiska nic nie znaczą. Mamy własną hierarchię. Tajną. Zakonspirowaną. Niewidoczną dla świata.

Paraduj sobie, pułkowniku, strugaj ważniaka. Ale uważaj, już wkrótce Nawigator wezwie cię na dywanik, aby w zaciszu swojego gabinetu łagodnie poinformować, że nie podlegasz bezpośrednio jemu osobiście ani Pierwszemu Zastępcy, ani też żadnemu ze zwyczajnych zastępców, lecz po prostu któremuś z lepszych agentów rezydentury, jednemu z wikingów. Może to być byle kto, choćby twój adiutant. Oficjalnie nadal będziesz robić dobrą minę, ściskać dłonie, a twój asystent w stopniu majora albo podpułkownika będzie nosił za tobą teczkę. Ty Mercedesem, on Fordem. Ale to tylko oficjalnie, a strona oficjalna naszej działalności nie odgrywa żadnej roli. Szef mafii może w ciągu dnia udawać kelnera, co wcale nie oznacza, że dyrektor restauracji ma większą od niego władzę. W GRU obowiązuje ten sam system. Szarże, pełnione funkcje — to wszystko tylko na pokaz. Butaforia. Przywódców i najbardziej utalentowanych oficerów zawsze wycofuje się na drugi plan, wystawiając na proscenium różnych pyszałków. Za kulisami obowiązują nas własne rangi, własne szarże, własna skala wartości. Tu, za kulisami, wiking rozkazuje chartom, trzyma je za gardło. Wiking zdobywa tajne informacje, trzeba go ubezpieczać. Twój pomocnik już się wybił na wikinga, ty zaś, pułkowniku, póki co jesteś chartem: Pimpek, Azorek. Będziesz jeździł zielonym Mercedesem i osłaniał operacje swojego pomocnika. Za błahe uchybienia major wyśmieje cię publicznie w obecności całej ekipy operacyjnej. Za poważne błędy wsadzi cię do pudła. To on będzie ci wystawiał opinię, twój los spoczywa w jego rękach. Jeden fałszywy krok — i przepadłeś, wyparowałeś. Ewakuacja. Tak było z twoim poprzednikiem. Pamiętaj, za trzy miesiące egzamin ze znajomości miasta. Masz znać Wiedeń lepiej niż wiedeńska policja! Sto pytań. Musisz dać sto prawidłowych odpowiedzi. Błędna odpowiedź — to błąd w ubezpieczaniu, w akcji. To wpadka, skandal, komisja KC, konwejer, więzienie. Jeżeli, pułkowniku, zdasz egzamin, czeka cię ubezpieczanie. Będziesz osłaniał ogony. Bez urlopów. Bez niedziel i świąt. Bez wytchnienia.

IV

Istnieją dwa rodzaje ubezpieczania agenturalnego: bezpośrednie i ogólne. Tym razem cała nasza dzielna rezydentura uczestniczy w akcji bezpośredniej. Wszyscy bez wyjątku.

Ubezpieczanie koordynuje sarn Nawigator. Ogólną asekurację zapewniają ambasador ZSRR i konsul generalny. Tym razem również nie mają pojęcia, co się święci. Znowu dostali szyfrówkę z KC, czyli z „Instancji”: obstawiać, osłaniać, bronić własną piersią. Jeżeli my, ubezpieczanie bezpośrednie, dopuścimy się błędu, ubezpieczanie ogólne postara się odgrodzić nas zasłoną dymną. Ambasador z konsulem maj ą wtedy podnieść wrzawę, zarzucać austriackiej policji potwarz i prowokację, absolutnie wszystkiemu zaprzeczać. Mają bezczelnie patrzeć w oczy odgrywając niewinnych, grozić pogorszeniem przyjaznych stosunków i końcem odprężenia, przypomnieć, że Armia Czerwona bezinteresownie wyzwoliła Austrię, przypomnieć ofiary wojny i zbrodnie nazizmu. To ich zadanie. Po to są, by w razie błędu z naszej strony osłaniać odwrót.

Na razie nie zrobiliśmy żadnego fałszywego kroku. Na razie wszystko idzie jak po maśle. Operacja, którą prowadzimy, wymaga zgranej współpracy kilku rezydentur i wszystkich oficerów operacyjnych z tych placówek: przez Austrię jedzie silnik czołgowy.