— Pies ci mordę lizał! Powiedz swój wierszyk. Boria odchrząknął, przyjął pozę recytatora:
Gdy po rosie lażę, Obmywa mi nogę. I o jednym marzę: Bez dupy — nie mogę!
— To już, Boria, dawno słyszałem. Zmarkotniał, ale tylko na moment:
— Mieliśmy w Leningradzie takiego jednego cierpiętnika. Poeta pełną gębą:
Leningradzie, Leningradzie! Miasto moich snów! Wszyscy ludzie — bladzie. A ja jestem zuch!
Nie da mi spokoju. A nie mogę psuć sobie z nim stosunków, bo co prawda szyfranci to niższa kasta, ale za to są najbliżej Nawigatora, jak wierni lokaje. Nie mam ochoty zagłębiać się w jego poezję, ale też byłoby nierozsądne przerwać mu w pół zdania. Lepiej sprowadzić dyskusję na inny temat:
— Służyłeś w sztabie Leningradzkiego Okręgu?
— Nie, w Ósmym Wydziale sztabu 7. Armii.
— A potem?
— Potem prosto do Watutinek.
— Ho, ho!
Watutinki to otoczone ścisłą tajemnicą miasteczko poci Moskwą. Centralna stacja odbiorcza GRU. Tam wszystko jest tajne, nawet cmentarz. Watutinki to istny raj i podobnie jak prawdziwy biblijny raj posiada jedną niedogodność: nie ma stamtąd wyjścia. Jeżeli ktoś trafi do Watutinek, może być pewny, że będzie pochowany na tamtejszym tajnym cmentarzu.
Zdarza się, że któryś ze szczęściarzy zamkniętych w tym rajskim zakątku zostaje oddelegowany za granicę. Jednak jego życie wcale nie jest przez to bardziej urozmaicone. Wszyscy szyfranci zatrudnieni w rezydenturze mają ściśle wyznaczone strefy, w których wolno im się poruszać. Każdy ma własną. W przypadku Borii jest to szesnaście pokoi, łącznie z tym, w którym mieszka, wielką salą, gabinetem Nawigatora i jego zastępców. Dalej nie ma prawa wysunąć nosa. Opuszczenie wyznaczonej strefy jest przestępstwem. Tym bardziej opuszczenie ambasady. W tej strefie Boria spędzi dwa lata, po czym zostanie odwieziony do Watutinek. Do żony Boria nie jeździ. Jest przewożony. Pod eskortą. Ale Boria jest zadowolony. Większość z tych, którzy wylądowali w Watutinkach, w ogóle nie opuszcza granic miasteczka. A przecież i oni są szczęściarzami, w porównaniu z tysiącami szyfrantów, służących w sztabach okręgów, flot i armii. Dla nich Watutinki są tylko pięknym, nieziszczalnym marzeniem.
— Wiktorze Andriejewiczu, opowiedzcie, proszę, coś o prostytutkach. Już wkrótce wracam. W Watutinkach chłopaki mnie wyśmieją: byłeś w Wiedniu i nie przywiozłeś żadnych opowiastek.
— Boria, nie mam zielonego pojęcia o prostytutkach. — Ręczę głową, że Boria nie prowokuje mnie na odgórne polecenie, po prostu jest ciekaw. Szyfranta wracającego z wielkiego świata do Watutinek ocenia się wyłącznie według jego repertuaru na tematy seksualne. Wszyscy wiedzą, że w ambasadzie miał bardzo ograniczony teren poruszania się, czasem tylko pięć pokoi. Każdy rozumie, że te jego historie to czysta bujda, że żaden oficer operacyjny nigdy nie pozwoli sobie na takie zwierzenia, niemniej w Watutinkach zdolny gawędziarz nie ma ceny, jak bajarz wśród niepiśmiennych.
— Wiktorze Andriejewiczu, no proszę was, opowiedzcie o prostytutkach. Co, tak zwyczajnie stoją na ulicy? A jak ubrane? Wiktorze Andriejewiczu, wiem, że się do nich nie zbliżacie, ale jak one wyglądają z daleka?
Przed 1945 rokiem życie szyfrantów wyglądało zupełnie inaczej. Cieszyli się nieograniczoną swobodą. Mieli prawo poruszać się po gmachu ambasady, czasem mogli ją nawet opuszczać. Z obstawą, ma się rozumieć. Byli jednak wolni. Na święta mogli jechać do Watutinek, a po roku służby przysługiwał im miesięczny urlop.
Taki system pracy stwarzał szyfrantom wiele pokus. We wrześniu 1945 roku Igor Guzenko, szyfrant w ambasadzie radzieckiej w Ottawie, skorzystał ze sposobności — i wybrał wolność.
Ucieczka Guzenki była dla ZSRR szokiem, porównywalnym z wybuchem II wojny światowej.
W owym czasie, podobnie jak dziś GRU swoje operacje wymierzone w dany kraj prowadziło z terytorium innego kraju. Kanadyjska ekipa GRU miała na celowniku USA. Pod koniec II wojny światowej rezydentura w Ottawie odniosła ogromny sukces. Rezultaty były tak zdumiewające, że na czele Akwarium musiał na pewien czas stanąć pierwszy zastępca szefa GRU, bowiem sam szef osobiście kierował pracą rezydentury w Ottawie. W apogeum tej operacji Igor Guzenko zwrócił się do władz kanadyjskich o azyl polityczny. Zachód dowiedział się ze zdumieniem, że Moskwa jest już w posiadaniu planów amerykańskiej bomby atomowej.
Dla szyfrantów nastały ciężkie czasy. Wszelka próba ucieczki stała się nie do pomyślenia. Przewidziano najbardziej karkołomne warianty: gdyby samolot wiozący szyfranta stanął nagle w płomieniach i zaczął spadać, szef eskorty ma rozkaz zastrzelić swojego „podopiecznego”. Podobnie kurier dyplomatyczny: gdyby w sytuacji zagrożenia uznał, że zawartość kontenera może dostać się w niepożądane ręce, ma polecenie złamać pieczęcie i wcisnąć czerwony guzik.
— Wiktorze Andriejewiczu, czy to prawda, że łapią przechodniów za ręce i zapraszają, by się z nimi przespali?
Prostytucja to zawód, puszczanie się to hobby. Anastazja, żona Bori, należy do tej drugiej kategorii. Siedzi tuż obok, głaszcząc mnie po ramieniu. Trzymam ręce na kierownicy i nie mogę jej w tym przeszkodzić. Śmiejąc się mówi, że to ze strachu przed zderzeniem z nadjeżdżającym z przeciwka, że po prostu chciałaby mi pomóc. Gdy z przeciwka nic nie jedzie, jej ręka zostaje na moim ramieniu.
Anastazja wielbi Wenus jak jej małżonek. Tyle, że on siedzi w klatce, a ona może fruwać swobodnie. Siedzi koło mnie. Ma piękne kolana.
Żony szyfrantów nie mają dostępu do żadnych tajemnic, dlatego mogą cieszyć się względną swobodą. Raz na miesiąc, nawet częściej, mają prawo opuścić ambasadę w towarzystwie raczej niepoważnej eskorty: jednego oficera operacyjnego. Naturalnie, nie wolno im przebywać poza ambasadą po zmierzchu ani wchodzić do wielkich supermarketów, skąd mogłyby zostać porwane. Wszelkie rozmowy ze sprzedawcami są zabronione, zresztą nie mają prawa znać żadnych języków obcych, więc zmuszone są porozumiewać się na migi.
— Witia. — Nie mówi do mnie „Wiktorze Andriejewiczu” i nie rozróżnia stopni. Całą ludzkość dzieli na mężczyzn i kobiety. Wśród mężczyzn wyróżnia dwa gatunki: seksualnie aktywnych, i resztę. Najwyraźniej zaliczyła mnie do tej pierwszej grupy. — Witia, byliśmy już w sklepie i mamy czyste sumienie. Może zabrałbyś mnie do kina?
— Na co?
— Najlepiej na jakiś film miłosny.
— To jest zabronione.
— Wiesz, Witia, w Somali mieliśmy Nawigatora: generał-major Szerstniew, może znasz?… który powiedział mi kiedyś: gdy masz pewność, że nikt trzeci się nie dowie, możesz robić to, na co masz ochotę. W przeciwnym razie życie nie byłoby zbyt interesujące.
— I co, robiłaś z nim, to, o czym nikt trzeci nie wiedział?
— Robiłam, Witia.
— Ale możemy być śledzeni…
— Witia, jesteś oficerem operacyjnym, wiesz, jak się przekonać…
Cierpię na dotkliwy brak wyobraźni. Wielka szkoda. Oficer, który samodzielnie planuje swoje posunięcia, ze wszech sił stara się zniknąć w cieniu, wystawiając ubezpieczające charty na pastwę policyjnych szperaczy. Policja austriacka jest niezwykle poczciwa, ale nawet ona traci cierpliwość. Nie wydalaj ą nas publicznie, to jasne — nie jesteśmy wszak w Wielkiej Brytanii. Niemniej w Austrii też czasem zdarza się jakaś ekspulsja. Po cichu, bez zbędnego hałasu. Skoro nie potrafisz pracować w Austrii, to czyż można wysłać cię do Holandii, gdzie policja całkiem serio traktuje swoją robotę albo do Kanady, gdzie warunki i perspektywy dawno już przestały przypominać stare dobre czasy?