Każdy wiking pozostaje w cieniu, każdy chart znany jest całemu światu. Wikingowie słusznie robią, wystawiając nas na strzał, zasłaniając się naszą nieporadnością i ignorancją. Ale i ja zostanę wikingiem, na mur! Choćbym miał nie spać całe noce, znajdę dojścia do tajemnic!
Wszystko, czego uczono nas w Akademii, trąci myszką; chwyty, stosowane co najmniej od dwudziestu lat, wielokrotnie już wykorzystane do niczego nie prowadzą. Nie ma rady, trzeba szukać nowych dróg.
Może to zabrzmi dziwnie, ale dla rozbudzenia w nas tej specyficznej wyobraźni, nieodzownej w działaniach nielegalnych, przestępczych, zmuszano nas do czytania kryminałów. Chodziło raczej o pobudzenie krytycznego stosunku do poczynań i decyzji innych. Autorzy kryminałów, to przecież specjaliści od zabawiania publiczności, a nie zawodowcy od zdobywania tajemnic. Ale jak wykonać zadanie zdobycia nowego typu broni, skoro o tej broni nie wiadomo nic. NIC. Świat w ogóle się jeszcze nie domyśla, że podobna broń może istnieć. A przecięż GRU rozpoczęło łowy na amerykańską bombę atomową, gdy nikt na świecie nawet nie podejrzewał, że można coś takiego stworzyć, gdy sam prezydent USA nie potrafił jeszcze docenić jej znaczenia.
Aby nauczyć nas złodziejskiego podejścia do zdobywania informacji, wożono nas do tajnego działu Muzeum Kryminalistyki, ul. Pietrowka 38. Moskiewska milicja nie miała, naturalnie, pojęcia, kim jesteśmy. Muzeum odwiedza masa tajnych delegacji z MWD, z KGB, z Kontroli Ludowej, z Komsomołu, diabli wiedzą skąd jeszcze. Wszyscy powinni rozwijać kryminalny sposób myślenia.
Ciekawe muzeum, nie powiem. Najbardziej spodobała mi się maszyna do robienia pieniędzy. Model opracowali studenci moskiewskiej Wyższej Szkoły Technicznej i sprzedali Gruzinom za 10.000 rubli: potrzebujemy prawdziwej forsy, a taką maszynę możemy sobie zrobić jeszcze jedną. Pokazali, gdzie nalewać farbę, spirytus, jak wkładać papier. Zakręcili korbą-wylatuj ą wspaniałe, szeleszczące dziesięciorublówki. Żaden ekspert nie był ich w stanie odróżnić od prawdziwych banknotów. Studenci uprzedzili nabywców: nie przeginajcie pały, chciwość gubi frajerów! Nie przegrzewajcie urządzenia, bo filigrany mogą stracić kontrast. Gruzini spakowali manatki, wzięli aparat — i do Gruzji. Siedzą wieczorami, drukują pieniążki. Raptem maszyna się zacięła. Trzeba było wciągnąć do szajki mechanika. Przyszedł, zdjął wieko — i tylko gwizdnął. Zrobili was w konia, powiada. Ta maszyna nie drukuje fałszywych pieniędzy. W środku było sto prawdziwych banknotów. Przekręcisz korbkę — wylatuje nowiutka dycha. Ale już się skończyły. Koniec, szlus, nic już więcej nie wyskoczy. Gruzini na milicję. Studentów złapano — i po trzy lata za oszustwo. Gruzinom — po dziesięć. Za zamiar i próbę robienia fałszywych pieniędzy. Słusznie: studenci oszukali tylko Gruzinów, a Gruzini chcieli oszukiwać nasze robotniczo-chłopskie państwo.
Mają ludzie głowy, mają fantazję. A ja co wymyślę?
Rozdział 12
Werbunek nie jest rzeczą prostą. Jak polowanie na sobole. Trzeba mierzyć prosto w oko, żeby nie zniszczyć futerka. Prawdziwy myśliwy nie ma z tym trudności. Wytropić sobola w tajdze — to dopiero wielka sztuka.
GRU poluje na ludzi mających dostęp do tajemnic. Jest ich niemało. Sęk w tym, że doradcę prezydenta, konstruktora rakiet czy generała sztabowego oddzielają od nas goryle, zasieki, psy wartownicze. GRU poszukuje takich, którzy mają dostęp do poufnych informacji, a mieszkają samotnie, bez ochrony, nie mają przed sobą świetlanych perspektyw, nie inkasują zawrotnych honorariów i potrzebuj ą pieniędzy. Jak ich znaleźć? Jak ich wyłuskać w morzu osobników stykających się z tajną informacją? Nie wiecie? Bo ja wiem! Teraz już wiem. Wpadłem na wyśmienity pomysł.
Najgorzej, że w żaden sposób nie mogę dostać się do Nawigatora. Od wielu dni siedzi zaszyty w swoim gabinecie, jak w celi, nikogo nie przyjmuje. Pierwszy Zastępca chodzi wściekły jak pies. Lepiej nie zbliżać się do niego. On też prawie na okrągło przesiaduje w gabinecie dowódcy. Jest tam z nimi Piotr Jegorowicz Dunajec. Oficjalnie pełni funkcję wicekonsula, nieoficjalnie jest pułkownikiem GRU, zastępcą Nawigatora. Teraz do tego dobranego towarzystwa dołączył kontradmirał Bodnar — zastępca szefa I Zarządu GRU. Przyleciał do Wiednia w składzie jakiejś delegacji — cywilnej, ma się rozumieć. Delegacja nie widziała go w ogóle na oczy. Ma ważniejsze sprawy na głowie.
Całe towarzystwo — generał, kontradmirał i dwóch pułkowników — z rzadka tylko opuszcza gabinet, siedzą jak stachanowcy w kopalni. Czyżby atakowali nowy rekord świata?
Żenią, piąty szyfrant, zanosi im do gabinetu posiłki — śniadanie, obiad, kolacje. Wynosi stamtąd pełne tace — na talerzach wszystko zimne, nietknięte; wynosi sterty filiżanek po kawie, piramidy niedopałków. Co się tam dzieje? Żenią, oczywiście, nie ma o tym zielonego pojęcia. Wszystkie szyfrówki do i od dowódcy przechodzą wyłącznie przez ręce Aleksandra Iwanowicza — pierwszego szyfranta. Ale ten ma zawsze kamienną gębę bez wyrazu.
Nie ma wątpliwości: chodzi o tak zwaną „lokalizację wsypy”. Wszystko zdaje się wskazywać, że tym razem wsypa jest poważna. Trzeba odcinać wszelkie nici, które mogłyby naprowadzić policję na trop. Do gabinetu wzywani są pojedynczo najlepsi z najlepszych wikingów rezydentury, a po krótkim instruktażu znikają na kilka dni. Nie mam pojęcia, co robią w tym czasie. Jedno pewne: zacierają ślady. Jak? Można się tylko domyślać. Wręczają agentom pieniądze i paszporty: wiej do Chile, wyrywaj do Paragwaju, szmalu starczy ci na całe życie. Nie wszyscy mają takie szczęście. W tej grze stawką jest bezpieczeństwo GRU. Czy potężna organizacja zdoła, jak zawsze, pozostać w cieniu, czy też jak KGB i CIA stanie się łupem sensacyjnych, bulwarowych gazet? GRU musi za wszelką cenę oddalić się w mrok, dlatego energicznie przecina nici. Ktoś w nagrodę za lata wiernej służby z przeraźliwym krzykiem wpada pod pociąg. Ktoś utonął w kąpieli. Każdemu może się przydarzyć. Najczęściej dochodzi do wypadków samochodowych. GRU, jak anakonda, nigdy nie zabija dla przyjemności. GRU zabija tylko w ostateczności, ale zabija pewnie i czysto. Szarpie nerwy taka robota. Dlatego lepiej teraz nie zbliżać się do Pierwszego Zastępcy.
— Wiesz, Witia, zgubi cię twoja dobroć. Nie można być takim dobrym. Człowiek powinien być dobry tylko do określonej granicy. Potem albo sam będziesz gryzł, albo inni cię zagryzą. Darwin nawet uzasadnił naukowo to prawo. Przeżyć może tylko najsilniejszy. Powiadają, że ta teoria stosuje się tylko do zwierząt. Słusznie. Ale przecież i my jesteśmy zwierzętami. Mało czym się różnimy. Zwierzęta nie mają chorób wenerycznych, a ludzie mają. Co jeszcze? Tylko uśmiech. Człowiek potrafi się uśmiechać. Tyle że od tych uśmiechów świat wcale nie staje się lepszy. A utrzymanie się przy życiu to ciągła walka, walka o miejsce pod słońcem. Nie bądź mięczakiem, Witia i nie bądź dobry. Zatratują.
Północ już dawno minęła. Od Dunaju ciągnie chłodem. Gdzieś daleko ląduje samolot. Deszcz ustał, z drzew spadają ostatnie ciężkie krople. Naprzeciw mnie siedzi ze smętną miną Pierwszy Zastępca. Co prawda nie jest już Pierwszym Zastępcą, ale nazywamy go tak z przyzwyczajenia. Teraz to po prostu pułkownik GRU Mikołaj Tarasowicz Moroz, oficer operacyjny działający pod przykrywką dyplomatyczną. Nie jest to wiele. Pułkownik GRU to też niewiele. Pułkowników mamy w GRU na kopy. Liczy się nie stopień, tylko osiągnięcia i zajmowana pozycja. Pułkownik operacyjny może być zwyczajnym chartem, jak wojskowi attache, których ewakuowano jednego po drugim. Może też być wydajnym, pewnym siebie wikingiem. Pułkownik może być zastępcą Szefa albo Pierwszym Zastępcą. W pewnych przypadkach może być nawet Szefem jakiejś niewielkiej rezydentury dyplomatycznej albo nielegalnej. Teraz pułkownik Mikołaj Tarasowicz Moroz został ściągnięty z przedostatniego szczebla na sam dół. Lokalizacja wpadki dobiegła końca. Usunięto Pierwszego Zastępcę. Trzy charty, które zawsze go ubezpieczały, ewakuowano do Moskwy. Wszystko ucichło. Jakby nic się nie stało.