Skończyła się władza pułkownika Moroza. Na razie nie przysłano nikogo na jego miejsce, więc Nawigator kieruje nami osobiście i poprzez swoich zastępców. Nie jest mu łatwo bez Pierwszego Zastępcy, ale szczerze mówiąc Nawigator też się specjalnie nie wysila. Wszystko jakoś toczy się samo przez się.
Upadek Pierwszego Zastępcy przeżył każdy inaczej. Dla oficerów TS, radiokontroli, fotodekodażu, szyfrantów i całej reszty nie biorącej udziału w zdobywaniu informacji, pułkownik Moroz wciąż pozostaje półbogiem. Wszak nadal jest oficerem operacyjnym! Ale wśród nas, operacyjnych, różnie się do niego odnoszą. Oczywiście, kapitanowie, majorzy i podpułkownicy nie pozwalają sobie na żadne wyskoki. To prawda, że ma taką samą jak oni pozycję, ale zawsze to pułkownik. Natomiast w grupie pułkowników, zwłaszcza tych mniej rzutkich, słyszy się kpiny pod jego adresem. Ciekawa jest natura ludzka: pierwsi do szyderstw są ci, którzy wczoraj najbardziej mu się podlizywali. Podobno przyjaciół poznaje się w biedzie. Mikołaj Tarasowicz nie obraża się, nie odcina się. Mikołaj Tarasowicz pije. Ostro pije. Nawigator patrzy przez palce: niech pije, ma powody. Coś mi się widzi, że Nawigator sam też pociąga. Boria, trzeci szyfrant, powiada, że Nawigator zaszywa się w gabinecie i pije do lusterka, bo uważa picie w samotności za poważny objaw alkoholizmu. Nie wiem, czy Boria żartuje, czy mówi prawdę, wiem tylko, że trzy miesiące temu nie odważyłby się na takie żarty, nie zdradzałby osobistych tajemnic dowódcy. Osłabła widać ręka Nawigatora, ojczulka naszego. Być może spotykają się czasem z byłym Pierwszym Zastępcą i pociągają we dwóch po kryjomu. Ale Stary potrafi zachować to w tajemnicy, a Mikołaj Tarasowicz nawet się nie kryje.
Dziś wieczór pędzę w ulewnym deszczu do samochodu, a ten biedaczyna, cały przemoczony, nie może trafić kluczykiem do zamka swojego Citroena.
— Mikołaju Tarasowiczu, wsiadajcie, podrzucę was do domu!
— A jak ja, Witia, wrócę rano do ambasady?
— Wpadnę po was. Jedziemy.
— Słuchaj, Witia, może po kielichu?
Jakże miałbym odmówić? Zawiozłem go za Dunaj, mam tam kilka fajnych niedrogich miejsc, mało który wywiad o nich wie. Pijemy.
— Dobry z ciebie człowiek. Witia. Nie można tak. Wyciągniesz człowieka z biedy, a on cię pożre. Powiadają, że ludzie to bestie. Nic podobnego, ludzie są gorsi od zwierząt. Są okrutni jak gołębie.
— Mikołaju Tarasowiczu, jeszcze wszystko wróci do normy, nie warto się zamartwiać. Nawigator ma was za brata, wstawi się gdzie trzeba. Macie wielkie chody w Akwarium: w naszym Zarządzie i w Informacji…
— Wszystko to prawda, Witia… Ale wiesz… to tajemnica. Miałem wpadkę… Potężną… Doszło do Komitetu Centralnego… tu już nie pomogą nawet moje chody w Akwarium. Dlaczego, myślisz, jeszcze tu jestem? No bo jak by to wyglądało: w jednym kraju toczy się proces o szpiegostwo, a z sąsiedniego znikają radzieccy dyplomaci… Dziennikarze cwaniaki zaraz się zorientują, skojarzą! Aha, przyznają się do winy, zacierają ślady!… Dla polityki odprężenia to jak sierpem przez gardło. Tymczasem jestem w Wiedniu. Trochę wszystko przycichnie, przyschnie, wtedy mnie zabiorą, odeślą. Ewakuacja.
— A gdybyśmy zdążyli zwerbować jakiegoś ważniaka?
Patrzy na mnie markotnym wzrokiem. Trochę mi niezręcznie za to, co powiedziałem. Obaj wiemy, że cudów nie ma. Ale coś mu się spodobało w moich słowach i uśmiecha się do mnie smutno.
— Wiesz co, Suworow, dzisiaj za dużo gadam, chociaż nie mam prawa. Gadam tak, bo jestem pijany, a jeszcze dlatego, że spośród znajomych jesteś chyba najmniej zarażony podłością. Słuchaj, Suworow i pamiętaj: teraz w naszej zgrał nastało kompletne rozluźnienie, półdrzemka, jak po stosunku. Dlatego tak się dzieje, że Nawigator dostał po głowie, ledwo się utrzymał, mnie wywalono, tranzyt „nielegalnych” przez Austrię chwilowo zawieszony, cały potok zdobytej dokumentacji płynie do Akwarium innymi kanałami. Większości wydaje się, że nic nie trzeba robić. Wszyscy rozleniwili się, rozbisurmanili bez ciężkiej ręki ojczulka. To nie potrwa długo. Nasza zgraja straciła niesłychanie cenne źródło informacji i KC niebawem nam to wypomni. Stary wpadnie w furię. Wtedy każdemu wystawi rachunek, każdego weźmie w karby i znajdzie ofiarę, by ją złożyć na ołtarzu radzieckiego wywiadu wojskowego. Żeby innym odeszła ochota do obijania się. Miej się, Wiktor, na baczności. Wkrótce przyniosą Staremu szyfrówkę od Kira. Stary jest straszny w swoim gniewie, wiele karier roztrzaska. I słusznie. Na diabła czekają na instrukcje jak stado baranów?! Wiktor, pracuj już dziś. Jutro może być za późno. Słuchaj mojej rady…
— Mikołaju Tarasowiczu, mam jeden niezły pomysł, ale już od dawna nie mogę się przebić do Nawigatora. Może jutro spróbuję?
— Nie radzę ci, Witia, nie radzę. Poczekaj, wkrótce zacznie wzywać każdego po kolei na dywanik, na sąd ostateczny, wtedy powiesz, jaki masz pomysł. Tylko nic mi nie mów, mnie nie masz prawa opowiadać swoich konceptów. Zresztą mógłbym ci też sprzątnąć jakiś pomysł. Piekielnie potrzebuję teraz pomysłów. Nie boisz się?
— Ani trochę.
— Na próżno, Suworow, na próżno. Jestem takie samo bydlę jak inni. Może nawet gorsze. No to co, może na dupy?
— Już późno, Mikołaju Tarasowiczu.
— Najlepsza pora. Chodź, pokażę ci takie dziewczynki, że padniesz! Nie bój się, chodź.
W ogóle nie mam nic przeciwko temu, żeby rzucić okiem na dziewczynki. Wcale się go nie boję. Chociaż ma się za zwierzę, chociaż ręka jego przywykła do zadawania śmierci, mimo wszystko jest człowiekiem. Rzadki okaz pośród tysięcy dwunogich bestii, jakie spotkałem na swojej drodze. Jestem bardziej zwierzęciem niż on, mam normalnie rozwinięty instynkt rozrodczy i wcale nie gorzej — instynkt zachowawczy, który mi podpowiada, że facet jest na bani i może nas wpakować w niezłą kabałę. A to oznacza ewakuację.
— Późno już.
Mikołaj Tarasowicz wie, że nie mam nic przeciwko dziewczynkom, że lubię rozluźnić się w ich towarzystwie, ale że dziś nie pójdę. Nie protestuje.
Ludzie dzielą się na kapitalistów i socjalistów. Jedni i drudzy potrzebują pieniędzy. Różnią ich tylko metody zdobywania. Jeżeli kapitalista potrzebuje pieniędzy, ostro zabiera się do pracy. Jeżeli socjalista potrzebuje pieniędzy, rzuca robotę i innych namawia, by poszli w jego ślady.
U kapitalistów podobnie jak u socjalistów wszystko jest jasne i logiczne. Ja zaś należę do jakiejś niezrozumiałej kategorii.
W naszym społeczeństwie wszystko stoi na głowie. U nas też każdy potrzebuje forsy, jednak powszechnie uważa się, że nie uchodzi rozmawiać o pieniądzach, a robić je — to przestępstwo. Nie społeczeństwo, a diabli wiedzą co. Gdybym należał do normalnego społeczeństwa, niezawodnie zostałbym socjalistą: strajkowałbym na okrągło i w ten sposób doszedłbym do wielkiej fortuny.
Mam teraz ochotę myśleć o czymkolwiek, o kapitalistach, o socjalistach, o świetlanej przyszłości naszej planety, kiedy wszyscy już zostaną socjalistami, gdy każdy będzie miał swoje prawa i żadnych obowiązków. W ogóle mam ochotę uciec myślami jak najdalej, zastanawiać się nad wszystkim, tylko nie nad tym, co mnie czeka za chwilę za pancernymi drzwiami Nawigatora.