Straszny jest Stary w swoim gniewie. Straszny zwłaszcza w chwili, gdy otrzymuje szyfrówkę od Kira. Na polecenie Starego, Aleksander Iwanowicz, pierwszy szyfrant, odczytał depeszę z „Instancji” całej naszej zgrai. Ostra depesza.
Jeden za drugim pomaszerowali pułkownicy na dywanik. Stanęli przed obliczem. Za pułkownikami — podpułkownicy. Nie patyczkuje się Stary, szybko zapadają decyzje. Wkrótce moja kolej… Strach.
— Referuj.
— Turystyka alpejska.
— Turystyka alpejska? — Nawigator wolno unosi się z fotela. — Powiedziałeś: turystyka alpejska? — Nie może usiedzieć. Szybkimi krokami przemierza pokój i patrząc gdzieś nade mną powtarza: — Turystyka al-pej-ska. — Palcem wskazującym prawej dłoni dotknął wielkiego czoła i z miejsca nacelował go na mnie, jak pistolet: — Zawsze wiedziałem, że masz głowę na karku.
Rozsiada się w fotelu. Pomarańczowy odblask lampy zaświecił w rozumnych oczach.
— Opowiedz mi o alpejskiej turystyce.
— Towarzyszu generale, VI Flota amerykańska kontroluje Morze Śródziemne. Jasna sprawa, że GRU śledzi ich z Włoch, Grecji, Turcji, Syrii, Libanu, Egiptu, Libii, Tunezji, Algierii, Maroka, Hiszpanii, Francji, z Malty, z Cypru, z satelitów, z okrętów piątej eskadry. VI Flotę możemy obserwować też od wewnątrz, nie tylko z boku. Punkt obserwacyjny: Alpy Austriackie. To jasne, że nasze doświadczenia będą wykorzystane niebawem w Szwajcarii i w innych krajach, ale to my będziemy pierwsi. VI Flota amerykańska to żyła złota. Lotniskowce atomowe, najnowocześniejsze samoloty, okręty podwodne, okręty desantowe, a na nich czołgi, artyleria, wszelkie uzbrojenie wojsk lądowych. W VI Flocie jest wszystko: ładunki jądrowe, reaktory atomowe, elektronika…
Słucha nie przerywając.
— …Służba w VI Flocie, to zarazem możliwość zobaczenia co nieco w Europie; po cóż lecieć do USA, skoro można spędzić wspaniały urlop w Austrii, Szwajcarii, we Francji? Po wyczerpujących miesiącach w znojnym upale oficer marynarki trafia w śnieżne góry…
Oczy mu błyszczą.
— Gdybyś się był urodził w rodzinie szakali-kapitali-stów, byłbyś przedsiębiorcą… Mów dalej.
— Proponuję zmienić taktykę. Proponuję przestać łowić mysz w norze, a łowić ją dopiero w chwili, gdy wyjdzie z nory. Proponuję nie penetrować specjalnie chronionych obiektów, zaprzestać polowania na konkretną, określoną mysz. Zbudujemy łapkę na myszy. Niewielki hotel w górach. Praktycznie za darmo. 500 tysięcy dolarów to góra. Dla zrealizowania planu potrzeba mi tylko jednego: agenta, który długo pracował przy zdobywaniu informacji i wyszedł z obiegu. Potrzebuję jednego ze starców, bez reszty, na amen wciągniętego w nasze sprawy, kogoś, komu ufacie. Myślę, że powinniście mieć kogoś odpowiedniego w agenturalnej „konserwacji”. Znajdziemy niewielki hotel w górach na skraju bankructwa. O taki nietrudno. Tchniemy weń nowe życie, wprowadzając naszego agenta z forsą w charakterze partnera. Uratujemy hotel i właściciela będziemy mieli w kieszeni. Zgromadzimy dane o wielu hotelach, a wybierzemy ten, w którym Amerykanie z VI Floty goszczą najczęściej. Hotel nie ma być miejscem werbunków, lecz punktem rozpracowywania obiektów. Błyskawiczny werbunek później, gdzie indziej.
— Mimo wszystko hotel to wariant bierny: ktoś przyjedzie, albo nie przyjedzie… za dużo czekania…
— Rybak też czeka, musi tylko wiedzieć, gdzie zarzucić wędkę i z jaką przynętą.
— Dobra. Masz zebrać materiał na temat małych górskich hotelików, które z różnych względów są do sprzedania. Wybieraj takie, w których interes nie idzie najlepiej.
— Towarzyszu generale, zebrałem już odpowiednie materiały. Oto one…
Nie pracuję już w ubezpieczaniu. Cały „przodek” to widzi. Każdy stara się przepowiedzieć mi przyszłość. Czy aby na długo te przywileje? Odgadnąć, co może nastąpić nie jest trudno, wystarczy obserwować pierwszego szyfranta. Wie wszystko, jest barometrem aktualnych sympatii ł antypatii Starego.
Pierwszy szyfrant raptem zaczął zwracać się do mnie z szacunkiem per „Wiktorze Andriejewiczu”. Szyfrówka dla was, Wiktorze Andriejewiczu. Dzień dobry, Wiktorze Andriejewiczu. Proszę tu podpisać, Wiktorze Andriejewiczu.
Prawdziwy wstrząs. Nigdy go jeszcze takim nie widziałem. To nic, że nie jest oficerem operacyjnym, ale za to stoi najbliżej Nawigatora. Ma stopień podpułkownika. Z takim szacunkiem zwracał się dotychczas tylko do pułkowników operacyjnych, a do podpułkowników, majorów czy kapitanów zwracał się bezosobowo: — Szyfrówka dla was! — i tyle. A tu raptem taka zmiana: przypomniał sobie moje imię! Gdy po raz pierwszy publicznie zwrócił się do mnie po imieniu, cała sala przycichła z wrażenia. Zdumione oczy patrzyły w moją stronę. Sierioży Dwudziestemu Siódmemu aż szczęka opadła.
Wtedy właśnie, kiedy pierwszy raz dostąpiłem takiej łaski, szyfrant wzywał mnie do Nawigatora:
— Wiktorze Andriejewiczu, dowódca was oczekuje.
Teraz wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić i tylko ciekawi ich, czemu zawdzięczam takie wyróżnienie. Czasem wpadnie mi w ucho strzęp rozmowy: zwerbował chińskiego attache! Różne słuchy krążą na mój temat. Do ścisłego grona wtajemniczonych należą tylko Nawigator, pierwszy szyfrant i Mikołaj Tarasowicz Moroz, były Pierwszy Zastępca. Już nie pije. Nikt już się z niego nie nabija. Poprzednio, gdy był Pierwszym Zastępcą, mówił: „Rozkazuję!”. Potem nic nie mówił. Teraz, będąc nadal zwyczajnym oficerem operacyjnym, zaczął mówić: „W imieniu Rezydenta rozkazuję!”. Jego głos znów nabrał pewności. Skoro wydaje rozkazy, znaczy, że ma pełnomocnictwa, że ma za sobą prawo.
— Towarzyszu generale, potrzebuję na jutro trzech ludzi do ubezpieczania, a w nocy z soboty na niedzielę pięciu.
— Bierz.
— Kogo?
— Uzgodnisz z Mikołajem Tarasowiczem. Kto wolny, tego zabieraj.
— A jeżeli to będą pułkownicy, podpułkownicy?
— Też możesz wziąć.
— I dowodzić nimi?
— Jak najbardziej. W dniu operacji zezwalam na formułę: „W imieniu Rezydenta”.
— Dziękuję, towarzyszu generale.
Pracuję w parze z Mikołajem Tarasowiczem. Jak dwóch asów przestworzy pod osłoną całej eskadry.
Zastawiamy w górach pułapkę. Rozkręcamy wielki interes. Nie mam nic przeciwko temu, że były Pierwszy Zastępca został podłączony do mojego projektu, że jestem mu podporządkowany: ma wielkie doświadczenie z własną agenturą.
Za zgodą Akwarium Nawigator wyciąga z „konserwacji” starych agentów i ściąga ich do Austrii celem przeprowadzenia operacji „Turystyka alpejska”. Kupiono nie jeden hotel, lecz trzy. Niewielki wydatek jak na kieszeń GRU.
Zdjęci z „konserwacji” starzy agenci operacyjni mają bardzo różne zadania. W większości weszli w skład grupy agenturalnej z bezpośrednim kanałem łączności. Mogą przesyłać swoje doniesienia prosto do Watutinek, bez narażania siebie i nas na jakiekolwiek ryzyko. Kilku starych pracuje pod kontrolą Mikołaja Tarasowicza, jeden podlega mnie.
Dawniej występował pod kryptonimem 173-W-106-299, teraz nazywa się 173-W-41-299. Zwerbowano go w 1957 roku w Irlandii. Pięć lat pracował przy zdobywaniu informacji. Co zdobywał konkretnie, tego dossier nie ujawnia. Między wierszami można domyśleć się dużej aktywności i znacznych osiągnięć. Dalej następuje tajemnicza przerwa w życiorysie. Dossier mówi jedynie, że w tym czasie nie podlegał wiedeńskiemu rezydentowi GRU i miał bezpośrednią łączność z Akwarium. Ten okres zakończył się przyznaniem mu Orderu Lenina, wypłatą potężnej premii i wycofaniem na dłuższą „konserwację” z równoczesnym przejściem pod kontrolę naszej rezydentury.