Przez całe lata „konserwacji” nikt nie zjawiał się u niego na żadne spotkanie. Obecnie powraca ze śpiączki do czynnej służby. Otrzymał kontrolne zadanie; sądzi, że pracuje, ale jest tylko sprawdzany: Czy nie sypnął? Czy nie przeszedł na drugą stronę?
Nawigator zmienia kurs — wszyscy to czujemy. Ostro zawinął sterem i prowadzi nasz okręt przez wzburzone fale. Ryzykuje. Przechył jest coraz większy. Jeszcze trochę i nabierzemy wody przez burtę! Ale Stary ma pewną dłoń.
Coś się zmienia. Wzrasta intensywność ubezpieczania. Zaczęły się zupełnie nowe operacje. Skontaktować się z biurem podróży! Zebrać odpowiedni materiał o przewodnikach górskich i personelu hotelowym. Ściśle tajne. Nawiązać kontakt z agencją reklamową na wybrzeżu śródziemnomorskim. Niech to diabli, w głowie się kręci od tego turystycznego biznesu!
Oficerowie operacyjni tłumnie walą do zastępców Nawigatora, potem nie ma ich po kilka dni. Schować nadajnik w górach. Włożyć pieniądze do skrytki. Więcej pieniędzy. Zastępcy Nawigatora weryfikuj ą wykonane zadanią. Co się, u diabła, dzieje? Nawigator zajęty, nikogo nie przyjmuje, a zastępcom niezbędna jest jego rada. Nic nie pomoże, trzeba pójść do Mikołaja Tarasowicza. Co prawda już nie jest Pierwszym Zastępcą, ale nadal, drań, wszystko wie jak dawniej. Tłoczą się zastępcy w gabinecie Mikołaja Tarasowicza. Na dobrą sprawę nie należy mu się gabinet, bo jest jednym z wielu operacyjnych. Ale nowy Pierwszy Zastępca jak dotąd nie przybył…
Mikołaj Tarasowicz jest nikim, a mimo to zastępca Nawigatora woli zajrzeć do niego, przekonsultować to i owo, niż narazić się na wymówki Starego, niż się pomylić. Wystarczy jeden błąd — i Syberia.
Znowu ubezpieczanie wciągnęło wszystkich w swój kierat. Dnie i noce bez niedziel, bez świąt, bez wytchnienia.
— Mikołaju Tarasowiczu, nie ma kogo dać do ubezpieczania!
— Pomyślcie, Aleksandrze Aleksandrowiczu, zastanówcie się.
Aleksander Aleksandrowicz myśli.
— Może Witię Suworowa?
— Nie. Jego nie można.
— W takim razie kogo? — Aleksander Aleksandrowicz, zastępca Nawigatora, ma tylko jednego oficera operacyjnego w rezerwie, jest nim Mikołaj Tarasowicz Moroz. Spogląda nań pytająco. Może sam się zgłosi? Wiadomo, że nie ma kogo posłać. Wszyscy w terenie. Ale Mikołaj Tarasowicz milczy.
— No i co, ja sam mam iść na ubezpieczanie, czy jak? Jestem bądź co bądź zastępcą.
— A czemu nie mielibyście się raz przelecieć, skoro nie ma nikogo innego?
Aleksander Aleksandrowicz zastanawia się jeszcze chwilę, wreszcie znajduje rozwiązanie: Saszka-Aerofłot skoczy dwa razy w ciągu jednej nocy.
— No widzisz? Mówisz, że nie ma kogo posłać w teren.
Gdzież ty nas, Nawigatorze, tak popędzasz? Czy można dawać tyle pary? Żeby tylko nie skończyło się wybuchem… Nie wybuchną, są wyćwiczeni, wszyscy ze Specnazu. Do ubezpieczania! Wszystkich! Aleksander Aleksandrowicz, do ubezpieczania! A ciebie obstawia nowy attache, zielonym Mercedesem.
Wszyscy są zmordowani, nerwy napięte. Jedna pomyłka — i Hurma. Każdą operację uzasadnia szczegółowy plan, z każdej operacji składa się szczegółowe sprawozdanie. Wszystko na piśmie, żeby w razie czego ułatwić oficerom śledczym z I Zarządu GRU ustalenie winnych.
W wielkiej sali światło już w ogóle nie gaśnie, nie wyznacza się dyżurnych, bo o każdej porze dnia i nocy tkwi tam masa oficerów operacyjnych.
Po lewej ode mnie siedzi przy biurku Sława z przedstawicielstwa handlowego, młodziutki kapitan. Pisze raport, zasłania go ręką przed moim wzrokiem. Słusznie, nikt nie ma prawa znać cudzych sekretów. Skąd miałby wiedzieć, że to ja jestem autorem operacji, że przed tygodniem całą noc ustalaliśmy wszystkie szczegóły: Nawigator, Mikołaj Tarasowicz i ja. Skąd miałbyś, Sława, wiedzieć, że to mnie właśnie ubezpieczałeś? Widziałem cię wyraźnie, gdy wyszedłeś na leśną przesiekę. A ty mnie nie widziałeś, widzieć nie mogłeś i nie miałeś prawa widzieć. Dobrze już, pisz, pisz.
Boli mnie głowa, pieką mnie oczy. Siedzę w gabinecie Mikołaja Tarasowicza. Sprawdzam hotelowe księgi meldunkowe. Z różnych hoteli, włącznie z tymi, które do nas nie należą. Mamy kopie rejestrów. To już historia, ale kto zna historię, potrafi wyciągnąć wnioski na przyszłość. Słuszne czy niesłuszne — to już inna sprawa. Nie można jednak przewidzieć przyszłości nie znając przeszłości i teraźniejszości.
W Austrii są tysiące hoteli, miliony turystów. Gdy grupy operacyjne zbiorą większą liczbę ksiąg meldunkowych, zaprzęgniemy do roboty komputer: niech analizuje dane i wydaje prognozy. Tymczasem robimy to sami, ręcznie.
Grupa japońskich turystów, szesnaście osób. Czy mogą nas interesować! Ewentualnie, tylko nie mamy do nich żadnego klucza. Nie wiemy czy są ciekawi, czy nie, i niestety musimy z góry zaliczyć ich do nieciekawych, jakby w ogóle nie istnieli. W dodatku japoński turysta nigdy nie powraca na to samo miejsce — zupełnie jak dywersant Specnazu — bo pragnie jak najszybciej zwiedzić całą planetę. Japońskich turystów z reguły przepuszczamy.
Para Anglików z Londynu. Ciekawe? Nie wiem. Przepuszczamy.
— Mikołaju Tarasowiczu, proszę zobaczyć, co znalazłem!
Patrzy, kiwa głową, cmoka z zadowolenia. Samotny Amerykanin z małego włoskiego portu Gaeta. Co wam mówi ta nazwa? Co ta nazwa może komukolwiek powiedzieć? Co ta nazwa powie oficerowie KGB? Dokładnie nic. Zwyczajna wioska rybacka. Każdy, komu powiecie, że w ustronnym austriackim hoteliku, gdzieś w górach, stanął Amerykanin z Gaety, wzruszy ramionami.
Każdy, ale nie my. Jesteśmy oficerami wywiadu wojskowego. Wszyscy bez wyjątku zaczynaliśmy służbę w grupie albo wydziale informacji. Wkuwaliśmy tysiące liczb i miejscowości. Dla nas nazwy takie, jak Pirma-sens, Penmarch, Oban, Holy Loch, Woodbridge, Zweibrticken grzmią jak muzyka. Co za rozkosz usłyszeć nazwę Gaeta! W tej portowej wiosce bazuje jeden jedyny okręt wojenny. Na burcie widnieje wielki numer 10. To amerykański krążownik USS „ATbany”, okręt flagowy VI Floty — kondensacja wszelkich tajemnic marynarki wojennej. Co za idiota ze mnie! Czemu dopiero dziś, a nie przed rokiem przyszedł mi do głowy pomysł górskich hoteli? Całkiem niedawno w jednym z tych pensjonatów wypoczywał Amerykanin z Gaety. Z pewnością miał coś wspólnego z krążownikiem „ATbany”. Nie wiemy, kto to taki, ale nie ulega wątpliwości, że Amerykanin z tej zabitej deskami dziury nie mógł nie znać rodaków z krążownika. Nie musi być kapitanem ani oficerem, ani w ogóle służyć na „ATbany” i mieć cokolwiek wspólnego z marynarką wojenną. Może być pastorem albo sprzedawcą pornografii; kimkolwiek był, miał kontakt z załogą krążownika — a to najważniejsze. Gdybyśmy naszą pułapkę zastawili rok temu, całą zgrają rzucilibyśmy się na tego Bogu ducha winnego Amerykanina.
Wielka nagonka! Dziesiątki szpiegów na jedną ofiarę! Nieszczęśnik czuje, że rekiny otaczają go ze wszystkich stron, że nie ma odwrotu. Zdarza się, że ofiara nie wytrzymuje zmasowanego, bezlitosnego ataku całej zgrai, naporu tej bez mała macedońskiej falangi — i kończy samobójstwem. Najczęściej jednak przystaje na współpracę. Gdybyśmy przed rokiem wiedzieli o nim tyle, co dziś, miałby na karku całą potęgę GRU! Gdyby Nawigator poprosił o wsparcie, Akwarium mogłoby rzucić siły kilku rezydentur na jeden werbunek. W takich przypadkach ofiara krzyczy i miota się bezsilnie, otoczona zgrają chartów i wikingów. Gdyby zadzwonił na policję, mógłby natknąć się na naszych chłopców przebranych w policyjne mundury. Policja przyszłaby mu z pomocą, po czym doradzałaby samobójstwo albo zgodę na propozycje GRU. Kiedy horda naciera, nieszczęsna ofiara może dzwonić pod dowolny numer, wszędzie usłyszy to samo: — Zapędzić go w kąt! W matnię! — Różne bywają matnie: fizyczne, moralne, finansowe… Umiemy zapędzać w kąt! Umiemy poniżać i wywyższać. Potrafimy zmusić do skoku w otchłań i w ostatniej chwili podać pomocną dłoń.