Выбрать главу

— Rozmarzyłeś się?

— Och tak, Mikołaju Tarasowiczu.

— Patrz, co znalazłem.

Czytam wpis w księdze meldunkowej. Małżeństwo Anglików z małego miasteczka Faslane; mieści się tam baza brytyjskich atomowych okrętów podwodnych. Jest więc bardzo prawdopodobne, że mają z tą bazą coś wspólnego. Ów jegomość może się okazać dowódcą jednostki albo wartownikiem, śmieciarzem obsługującym bazę lub jej okolice, mleczarzem, właścicielem pobliskiej knajpy. Może pracować w bibliotece albo w kantynie, albo w szpitalu. Każdy wariant stwarza wspaniałe możliwości, oznacza bowiem, że styka się on z załogami, z brygadami remontowymi, z oficerami sztabowymi.

Jeżeli w Faslane są prostytutki, można śmiało powiedzieć, że też są związane z bazą. Można za ich pośrednictwem zdobywać tajne informacje, o jakich nawet dowódcy jednostek nie mają pojęcia.

Faslane to zapadła dziura, więc każdy jest tam w jakiś sposób związany z bazą.

We Francji też istnieje baza atomowych okrętów podwodnych — Brest. Brest to wielkie miasto, nie każdy mieszkaniec musi mieć coś wspólnego z marynarką wojenną. Właśnie dlatego staramy się wyszukiwać małe mieściny, w których znajdują się ważne obiekty wojskowe. Na przykład — Faslane. Londyńska rezydentura dyplomatyczna unika wysyłania tam swoich ludzi; brytyjski kontrwywiad nie próżnuje: łapie często i bez skrupułów wydala. Nie rozwiniesz tam skrzydeł. Zresztą każdy obcy wzbudziłby czujność miejscowych. Właśnie dlatego siedząc w Austrii polujemy na przybyszów z tych małych miasteczek, których nazwy tak słodko brzmią w uszach każdego oficera operacyjnego.

Całe noce spędzamy na wertowaniu rejestrów. Licho wie, a nuż komuś z gości przyjdzie do głowy jeszcze raz odwiedzić ten sam pensjonat? Jeśli nie, to trudno. Znajdziemy sobie nowych.

Księgi meldunkowe to przeszłość. Co było, nie wróci, jednak z lektury wczorajszych zapisów wyłania nam się wyraźnie kształt jutrzejszych operacji.

VII

Nawigator ma srogą minę.

— Rozkazem szefa Sztabu Generalnego został wyznaczony mój Pierwszy Zastępca. Milczymy.

— Aleksandrze Iwanowłczu, proszę odczytać szyfrówkę.

Pierwszy szyfrant obrzuca nas obojętnym wzrokiem, a następnie czyta z niewielkiego, jaskrawożółtego karteluszka:

„Ściśle tajne. Rozkazuję mianować na stanowisko pierwszego zastępcy dowódcy rezydentury dyplomatycznej GRU 173-W pułkownika Moroza Mikołaja Tarasowicza. Szef Sztabu Generalnego marszałek Związku Radzieckiego Ogarkow. Szef GRU generał armii Iwaszutin”.

Dowódca uśmiecha się. Uśmiecha się pierwszy szyfrant. Mikołaj Tarasowicz jest wzruszony — znowu jest Pierwszym Zastępcą. Cieszę się, moi towarzysze również. Nie wszyscy.

U nas w GRU, w Armii Radzieckiej i w KGB, w całym Związku Radzieckim bardzo rzadko się zdarza, żeby ze stanu niełaski awansować na wyższe stanowisko. To prawie jakby z grobu powstać. Tylko nielicznym się udaje. Na ogół jeżeli już spadasz, to na samo dno i na zawsze.

Podchodzimy do Pierwszego Zastępcy i po kolei składamy mu gratulacje. Koniec z formułą „w imieniu Rezydenta”, odtąd jest wszechmocny również pod względem prawnym. Myślę, że nie całkiem zapomniał, kto pozwalał sobie na kpiny w trudnych dla niego chwilach. Kpiarze też to rozumieją i wiedzą, że przypomni im to w odpowiednim czasie. Nie teraz, poczeka. Każdy wie, że oczekiwanie zemsty jest znacznie gorsze, niż sama zemsta. Pierwszy Zastępca ma dużo czasu.

— Winszuję wam, Mikołaju Tarasowiczu. — To moja kolej. Ściska mi dłoń, patrzy prosto w oczy, mówi cicho: — Dziękuję.

Oprócz nas tylko Nawigator i pierwszy szyfrant rozumieją prawdziwe znaczenie tego „dziękuję”. W ubiegłym miesiącu podlegający mi agent 173-W-41-299 — obecnie współwłaściciel małego hoteliku — zwrócił się do mnie o kontakt. Chciał zawiadomić mnie o pobycie gościa z małego belgijskiego miasteczka, którego nazwa śni się po nocach wszystkim oficerom GRU. Powinienem był natychmiast udać się na werbunek. Połączyłem się z Nawigatorem — i odmówiłem. Nie mogę, za mało mam doświadczenia. Za ten werbunek dostałbym czerwoną gwiazdę na pierś albo srebrną na ramię. Doświadczenia też mi nie brakuje. Ale… odmówiłem. Nawigator wysłał Mikołaja Tarasowicza, no i dzisiaj jest jubilatem.

— Dziękuję, Witia. — To Nawigator ściska mi prawicę. Wszyscy na nas patrzą, nikt nic nie rozumie. Za co mi Nawigator dziękuje, za co mi dłoń ściska, co za święto? A Nawigator położył mi rękę na ramieniu, klepie po plecach: i przed twoim okienkiem stonce zaświeci. Nie wiem, czemu spuściłem wzrok. Nie żal mi tego werbunku, ani trochę.

Powodzenia życzę, Mikołaju Tarasowiczu.

VIII

Chorują tylko lenie. Czy to aż taki wysiłek — raz na miesiąc skoczyć do lasu, aby zażegnać wszelkie choróbska? Ja osobiście zawsze znajdę chwilę czasu, nawet kiedy mam nawał pracy. Tym bardziej teraz.

Jestem daleko w górach. Wiem, że nikogo tu nie ma, umiem to sprawdzać. Nie, nie czekają mnie żadne skrytki ani tajne spotkania. Przyszedłem tu na mrówki. Wielkie, rude, leśne mrówki. Na słonecznej polance, wśród sosen mają swoje królestwo, swoje miasto-państwo. Rozbieram się i skaczę w mrowisko, jak do zimnej wody. Są ich tysiące! Cała masa, mrówczy Szanghaj. Biegają oszalałe po rękach i nogach, wpijają się boleśnie w moje ciało. Gdyby zostać dłużej, zjedzą żywcem, lecz jedna minuta uzdrawia, jak jad żmii. Dużo — to śmierć, odrobina — to lekarstwo.

Nie na darmo wąż uchodzi za symbol medycyny. Nigdy nie leczyłem się jadem żmii, nie miałem na to czasu. Na mrówki nie potrzeba czasu, starczy znaleźć duże mrowisko i hop!

Substancja wydzielana przez mrówcze gruczoły to wspaniały środek konserwujący. Dopadnie mrówka gąsienicę, ukąsi — i taszczy do swojej mrówczej spiżarni. Po tym ukąszeniu odwłok przechowa się przez całe lata jak w zamrażalniku.

Z żywym ciałem prawdziwe cuda się dzieją: twarz bez zmarszczek, cera zdrowa, zęby mocne. Mój dziadek zmarł w wieku 93 lat bez jednej zmarszczki i z prawie wszystkimi zębami. Te trzy brakujące — Czerwoni wybili.

Nie tylko mój dziadek, cała Ruś znała sekret mrówczej terapii. A przedtem Bizancjum. Już w starożytnym Egipcie wystawiano faraonów po śmierci na dwie doby na mrówcze zgromadzenia. Mijają tysiąclecia, a ciała ich nie uległy rozkładowi.

Mrówka wie, gdzie kąsać. Kłuje swym żądłem dokładnie tam, gdzie trzeba. Jak w chińskiej akupunkturze.

Galopuję przez krzaki, strącam mrówki. Dobra, kochane, starczy na dzisiaj.

Wyniknął Przyjaciel Ludu. Przyjaciel Ludu — to przydomek rezydenta KGB, naszego Głównego Sąsiada. Chłopcy z bezpieczniackiego gniazdka chodzą posępni. Pewnie sami dobrze nie wiedzą, co się dzieje. Rezydenci KGB z Wiednia, Genewy, Bonn i Kolonii zostali wezwani do Moskwy i z niewiadomych powodów nie wrócili. Póki co rezydenturami kierują ich zastępcy.

Ewakuacja — rzecz okrutna i nieodwołalna. Dostajesz szyfrówkę: ojciec ciężko chory, pragnie pożegnać się przed śmiercią. Lecisz samolotem — a tu eskorta, żebyś czasem nie prysnął. Przybywasz do bohaterskiego miasta Moskwy i prosto z lotniska na śledztwo. Kto u nas jest bez winy? Dajcie tylko człowieka, paragraf zawsze się znajdzie. Prawda, że teraz nie rozstrzeliwują jak w trzydziestym siódmym. Rozstrzeliwują, tylko na mniejszą skalę.