Выбрать главу

Na czym się Przyjacielowi Ludu noga powinęła? Kto to wie? Można, oczywiście, posłuchać plotek, ale wiadomo, że specjalna sekcja je rozsiewa, żeby ukryć prawdziwe przyczyny…

Często tak bywa, że rozkręcasz jakiś interes i od początku leci jak z płatka, szalone powodzenie. Nie na długo. Tak też było z naszymi przedsięwzięciami komercyjnymi. Ledwo zaczęliśmy operację — od razu niebywały sukces: werbunek, za który Pierwszemu Zastępcy przebaczono haniebną wsypę.

Pierwszy Zastępca wraz z grupą ubezpieczania raz po raz przenosi kolejne supertajne dane. Po każdym takim wypadzie generał-pułkownik Zotow, szef Informacji GRU, śle entuzjastyczne szyfrówki.

W Służbie Informacji słowo „dostatecznie” pada tylko wówczas, gdy jakość dostarczanych informacji jest słaba. W każdym innym wypadku słyszymy „niedostatecznie”. Podobnie miliarder zawsze chce mieć więcej pieniędzy, kobiecie nigdy nie dość pięknych strojów, zbieraczowi zawsze brakuje jednego zardzewiałego miedziaka. Sztab Generalny chce znać jak najwięcej sekretów wroga. Bez względu na to, ile zdobędziemy, zawsze będzie czegoś brakować w ustaleniu dyslokacji przeciwnika, jego planów, uzbrojenia.

Nasze pensjonaty alpejskie na razie nie przynoszą spodziewanych rezultatów. Nie jest to prosta sprawa. Nie co dzień trafiaj ą w nasze progi ludzie z małych mieścin o dźwięcznych nazwach, jak Minot albo Offutt. Nasza hotelarska agentura otrzymała karteczki ze spisem miejscowości, gdzie praktycznie każdy mieszkaniec musi być związany z obiektami najwyższej wagi. Na razie cisza, do sieci trafiła jedna rybka, to wszystko. Tę jedną jedyną rybkę dobrowolnie odstąpiłem Pierwszemu Zastępcy, ponieważ pilnie potrzebował sukcesu.

Ton szyfrówek z Akwarium zdradza lekkie rozdrażnienie: dlaczego Czterdziestego Pierwszego nie dajecie do ubezpieczania? Sam przecież przyznał, że nie dorósł do samodzielnej pracy.

X

U naszych sąsiadów odświętny nastrój. Kilka lat temu z radzieckiego okrętu wojennego uciekł oficer. Polowały nań bezskutecznie rezydentury KGB w różnych krajach, a w końcu dopadła ofiarę właśnie wiedeńska rezydentura dyplomatyczna. Zastępca rezydenta KGB nawiązał kontakt z wywiadem amerykańskim i podsunął mu zupełnie wiarygodne tajne informacje. Po pewnym czasie wyraził chęć przejścia na stronę Amerykanów. Przed podjęciem ostatecznej decyzji postawił warunek, że chce się spotkać z radzieckim oficerem, który zwiał jakiś czas temu, aby przekonać się, jak mu się żyje. Wywiad amerykański nie zwęszył sprytnej prowokacji, przysłał nieszczęśnika na spotkanie z KGB, dlatego dziś sąsiedzi świętują.

Cóż, powodzenia, przyjaciele ludu. Nieźle nauczyliście się wykradać ludzi, ale jednak nie potrafiliście dobrać się do amerykańskich sekretów atomowych, nie udało wam się przechwycić szkiców francuskich rakiet przeciwpancernych, angielskich torped, niemieckich silników czołgowych? Co?

— Wiktorze Andriejewiczu, sygnał dla was.

Filiżanka z kawą na bok. Dokumenty do teczki, teczka do sejfu, klucz do skrytki pancernej. Dziś zmienili szyfr, trzeba zapamiętać.

— Biegiem.

Czwarty szyfrant przodem, ja za nim. Betonowymi schodami w dół, do bunkra. Przyciska guzik sygnalizacji, drzwi szczęknęły — można wejść.

Jesteśmy w małym, betonowym pomieszczeniu. Ściany białe, chropowate, zachowały do dziś ślady szalunku z budowy bunkra. Następne drzwi szczelnie zamknięte. Obmacują nas ciekawskie kamery. Czwarty szyfrant zamyka za nami wejście. Od wewnątrz przypomina hermetyczny właz okrętu podwodnego. Szyfrant wkłada rękę pod zasłonkę i wystukuje kod. Nie widzę jego dłoni, nie wiem, co tam majstruje, nie mam prawa. Podobno wystukanie niewłaściwej kombinacji automatycznie uruchamia potrzask. Nie wiem, czy to prawda, czy tylko szyfranci tak żartują. Oficer operacyjny nie zna ich sekretów.

Gdy wewnętrzna ochrona bunkra sprawdziła wreszcie, że to swoi, główne drzwi płynnie i bezszelestnie przesunęły się w bok. Za drzwiami widzę Pietię ze Specnazu. — Prosimy. — KGB dobiera swoich wartowników spośród oficerów wojsk ochrony pogranicza, a GRU — z oficerów batalionów dywersyjnych. Jednym strzałem dwa zające. Po pierwsze GRU ma pewną, wypróbowaną ochronę, po drugie dywersanci mogą sobie czasem pojeździć autokarem po kraju, żeby poznać przyszłe lądowiska, skrytki, kryjówki, posterunki policji.

Wiedeńską rezydenturę dyplomatyczną GRU ochraniają komandosi z 6. Gwardyjskiej Armii Pancernej. Jest to armia wysokogórska ze szczególną tradycją. Swego czasu przedarła się przez Chingan Wielki, docierając do wybrzeży Pacyfiku. Jednym rzutem przebyła 800-kilometrowy dystans przez tereny, które wszyscy teoretycy uważali za niedostępne dla czołgów. Teraz 6. Gwardyjska Armia Pancerna szykuje się do skoku przez Austrię, lewym odsłoniętym brzegiem Renu — do Morza Północnego. Alpy w porównaniu z Chinganem to niewinne wzgórza. Niemniej jednak też trzeba wiedzieć, jak się przez nie przedostać. Właśnie dlatego w Wiedniu służą dywersanci wyłącznie z tej armii. To oni będą szli przodem, torując drogę swymi ostrymi nożami.

— Dzień dobry, Wiktorze Andriejewiczu. — Pietia wita mnie ciepło.

— Jak się masz, rzezimieszku. Zgnuśniałeś do reszty w tym bunkrze?

— Nie zgnuśniałem, tylko odpiąłem — śmieje się Pietia. — Sześć miesięcy nie widziałem spódniczki. Nawet z daleka.

— Trzymaj się, na okrętach podwodnych bywa gorzej.

Idę korytarzem wzdłuż pancernych drzwi. W poprzek zawieszono dziesiątki ciężkich kotar, więc nie wiadomo, czy jest długi, czy nie. Być może już za następną kotarą korytarz się rozwidla albo zakręca. Nie mam prawa tego wiedzieć. Drzwi do sali sygnalizatorów — pierwsze po lewej.

W niskim pomieszczeniu też pełno szarych zasłon. Podobno na wypadek pożaru. W każdym razie bywałem tu dość często, a jednak pojęcia nie mam, ile sygnalizatorów znajduje się w sali.

Jedna zasłona jest odsunięta, czeka na mnie. Za nią stoi szara skrzynka. Na tabliczce informacyjnej starannie wykaligrafowany napis: „Nadał 299. Przyjął 41”. Szyfrant wkłada kluczyk, przekręca go, po czym opuszcza pokój. Teraz ja wkładam swój klucz, też przekręcam i otwieram stalowe drzwiczki. Ukazują się rzędy zielonych żaróweczek. Jedna z nich się świeci: 28. Wciskam guzik, światełko gaśnie. Równocześnie gaśnie kontrolka nad moim aparatem: znak dla szyfranta, że został odebrany jakiś sygnał. Szyfrant nie ma prawa wiedzieć, jaki to sygnał. Tylko ja wiem, że chodzi o sygnał „28”. Nawet gdyby szyfrant dowiedział się, że otrzymałem sygnał „28” od agenta 173-W-41-299 i tak nic by z tego nie zrozumiał. Zapalona żaróweczka 28 oznacza, że agent 173-W-41-299 pragnie skontaktować się ze mną. Sygnał „28” ustala, że łączność pośrednia, „nieosobista”, nastąpi w pierwszą sobotę licząc od dnia nadania sygnału. Czas spotkania — między 4.30 a 4.45 nad ranem. Miejsce spotkania — Attersee, rejon Salzburga.

Dwieście Dziewięćdziesiąty Dziewiąty ma do dyspozycji cały system sygnałów i może w dowolnej chwili zażądać kontaktu pośredniego lub bezpośredniego. Każdy sposób łączności jest opracowany w najdrobniejszych szczegółach i ma ustalony numer. Pod numerem 28 kryje się precyzyjny plan, zawierający różne warianty i zapasowe kombinacje.

GRU zapewnia sobie bezpieczeństwo unikając spotkań z cenną agenturą; sprowadza je do minimum, w miarę możności — do zera. Już dziesięć miesięcy pracuję z agentem 299, ale nigdy nie widziałem go na oczy, co więcej — nigdy go nie zobaczę. Dwa, trzy razy na miesiąc nawiązuje się z nim łączność nieosobistą, ale w ciągu 21 lat pracy dla GRU Dwieście Dziewięćdziesiąty Dziewiąty miał zaledwie 6 kontaktów osobistych i widział tylko dwóch oficerów GRU. To bardzo słuszna taktyka. Dzięki niej agentura nie ponosi konsekwencji naszych błędów, a oficerom operacyjnym nie zagrażają skandaliczne wsypy i sensacyjne zdjęcia na pierwszych stronach gazet.