Выбрать главу

Podczas kontaktu nieosobistego oficer GRU i jego agent mogą być oddaleni o dziesiątki kilometrów. Ani jeden, ani drugi nie wie, gdzie się znajduje jego rozmówca. Chcąc przekazać wiadomość albo wymienić jakieś uwagi nigdy nie korzystamy z radiostacji ani linii telefonicznych. Używamy rur kanalizacyjnych albo wodociągów. Można też podłączyć dwa telefony do metalowego ogrodzenia lub rozciągniętych drutów kolczastych. Te „odcinki łączności” są zawczasu ustalane i sprawdzane przez oficerów ubezpieczania.

Najczęściej jednak do komunikacji z cennym agentem GRU używa wielkich zbiorników wodnych. Niech sobie policja przesłuchuje eter. Woda jest najlepszym przewodnikiem sygnałów, niemal niekontrolowanym. Kiedy policja zacznie śledzić wszystkie rezerwuary, wszystkie rzeki, jeziora, morza i oceany, wtedy zmienimy system. Do tego czasu Instytut Łączności GRU na pewno coś wykombinuje.

XI

Krople rosy na butach. Brnę w wysokiej, mokrej trawie w stronę jeziora. Wokoło brzozy i jodły. Czubki choinek obwarowały wodę gęstym częstokołem. Cisza dzwoni w uszach. Żeby tylko nie nadepnąć na suchą gałąź, nie naruszyć spokoju tej czystej wody, tej kryształowej przejrzystości nieba i różowych szczytów gór. Kiedyś przyjdzie tutaj Specnaz, ale miękkie obuwie dywersantów nie zakłóci tej ciszy. A po nich z hukiem i wyciem przejdzie tędy 6. Gwardyjska Armia Pancerna. I znowu cisza. Mały, przytulny obóz koncentracyjny na brzegu jeziora nie zburzy tej sielanki. Może będę komendantem obozu, a może zwyczajnym zekiem — współtowarzyszem niedoli miejscowych socjalistów i pacyfistów. Tak było zawsze: kto pierwszy wita Armię Czerwoną, ten pierwszy pada pod jej ciosem.

Zorza zwiastuje nadchodzący dzień. Zaraz wschód słońca. Już niebawem zza górskich szczytów wytrysną kaskady światła. Jeszcze moment i ogłuszający szczebiot triumfalnym hymnem powita światłość. Na razie cisza. Natura zamarła na chwilę przed wybuchem olśnienia, radości i życia.

Kto podziwia ten widok? Tylko ja. Witia-szpieg. No i mój agent nr 299. Skrada się do jeziora od drugiej strony. Czy zdaje sobie sprawę, że w tej właśnie chwili obaj przygotowujemy na tym pięknym brzegu teren pod budowę kacetu? Czy stary dureń pojmuje, że obaj możemy się znaleźć w tym malowniczo położonym łagrze, a jego agenturalny numer kodowy może być jego przyszłym numerem obozowym? Ja to co innego. Nie wiem, co począć, urodziłem się i wychowałem w tym systemie. A ta zakuta pała pomaga nam z własnej, nieprzymuszonej woli. Jeżeli komuniści nie postawią mnie pod mur, jeżeli nie spalą mnie żywcem w krematorium i nie zatopią na przepełnionej barce, lecz zrobią mnie komendantem łagru, wtedy wszystkich tych wolontariuszy umieszczę w osobnym sektorze i nie dam im nawet kęsa. Niech pożerają się nawzajem. Niech każdego dnia ustalają, kto z nich jest najsłabszy. Niech każdy boi się zmrużyć oka, żeby nie udusili go we śnie i nie zjedli. Wtedy może zrozumie, że nie ma na świecie harmonii i być nie może. Że każdy musi bronić sam siebie. Do diabła, żeby też zechcieli zrobić mnie komendantem obozu!

Już czas.

Zarzucam wędkę. Wygląda jak zwyczajna wędka. Różnica polega na tym, że z uchwytu można wyciągnąć malutki drucik i podłączyć go do zegarka. Z kolei zegarek jest połączony przewodem z malutkim szarym pudełkiem; przewód ukryty w rękawie znika w wewnętrznej kieszeni. Tarcza mojego trochę niecodziennego zegarka zaświeciła i po minucie zgasła. To znaczy, że emisja została odebrana i nagrana na cieniutki drucik magnetyczny mojego magnetofonu. Fale niosące komunikaty nie trafiają w eter. Nasze sygnały rozchodzą się między dwoma brzegami i nie przekraczają granic jeziora. Komunikaty nagrywa się zawczasu na magnetofon, a emisja odbywa się z maksymalną szybkością. Przechwycenie meldunku agenturalnego jest bardzo trudne, nawet jeżeli z góry wiadome jest miejsce, czas, częstotliwość. Bez tych informacji jest wręcz niemożliwe.

Udaję, że nakręcam zegarek. Tarcza jarzy się przez moment i gaśnie: odpowiedź została wysłana. Czas zwijać manatki.

Rozdział 13

I

Towarzyszu generale, nawiązałem kontakt przez wodę z Dwieście Dziewięćdziesiątym Dziewiątym. Zawiadamia, że jest mało prawdopodobne, by w najbliższych miesiącach pojawili się u niego w hotelu klienci z interesujących nas miejscowości.

— To fatalnie.

— Ale nr 299 nie próżnuje. Zawarł przyjazne stosunki z właścicielami okolicznych pensjonatów i czasem pod różnymi pretekstami ma możność przejrzenia rezerwacji na kilka tygodni naprzód.

— Myślisz, że to niczym nie grozi? — Dowódca wie, że to niczym nie grozi, ale ma obowiązek zadać mi to pytanie.

— Nie, towarzyszu generale, niczym. Dwieście Dziewięćdziesiąty Dziewiąty jest sprytny i doświadczony. Dowiedziałem się od niego, że w sąsiednim hoteliku — przysuwam kartkę papieru i piszę nazwę: nawet w specjalnie chronionych pomieszczeniach notujemy takie rzeczy na papierze, na głos przytaczając przypadkowe miejsca i daty — że w sąsiednim hoteliku zarezerwował pokój niejaki… — tu znowu piszę nazwisko. — Pracuje w Hiszpanii, w mieście…

Na leżącej przede mną kartce stawiam triumfalnie cztery litery: ROTA.

Patrzy na mnie, nie wierzy własnym oczom. Jeszcze raz piszę tę krótką, cudowną nazwę, o której cale GRU może tylko śnić po nocach, która w naszych uszach brzmi jak anielski śpiew: Rota.

Radość mnie rozsadza. Na całym świecie są setki miejsc interesujących radziecki wywiad wojskowy, a każde z nich to gratka, uśmiech fortuny. Tym razem trafiłem w dziesiątkę: Rota!

— Mam cię sprawdzić? — żartuje, naturalnie. Nie ma takiego oficera GRU, który nie znałby szczegółowej charakterystyki tej bazy. Na słowo ROTA w mózgu jak w komputerze zapalają się krótkie sygnały: powierzchnia akwenu — 25 kilometrów kwadratowych; wejścia do portu chroni falochron — 1.500 metrów; trzy pirsy po 350 metrów, głębokość przy pirsach — 12 metrów; skład amunicji — 8.000 ton; zbiorniki paliwa — 300.000 ton; lotnisko, jeden pas startowy — 4.000 metrów. O tym, że jest to baza amerykańskich atomowych okrętów podwodnych, wie każde dziecko.

Nawigator przemierza gabinet wzdłuż i wszerz, zaciera ręce.

— Przygotuj kwestionariusz.

— Rozkaz!

II

Człowieku z hiszpańskiego miasteczka Rota, nic o tobie nie wiem. Nie wiem nawet, czy jesteś Amerykaninem, czy Hiszpanem. Siedzę i pracowicie wypełniam kwestionariusz. Jutro zostanie przepuszczony przez centralny komputer GRU, który powie mi o tobie wszystko, co wie.

Centralny komputer GRU jest dziełem genialnych amerykańskich inżynierów. Sprzedali go Związkowi Radzieckiemu krótkowzroczni amerykańscy politycy. Za ten komputer Ameryka dostała wiele milionów, a straciła — miliardy. Centralny komputer zna wszystkich. Jest bardzo mądry — pochłania istne morze informacji o całej ludzkości.

Jest bardzo żarłoczny — wsysa książki telefoniczne, listy absolwentów wyższych uczelni, pracowników zachodnich firm. Jest nienasycony — pochłania miliony ogłoszeń prasowych, zawiadomień o narodzinach i śmierci. Żywi się nie tylko tą makulaturą. Pożera również tajne dokumenty w niesłychanych ilościach. Każdy z nas troszczy się, by to żarłoczne amerykańskie dziecię nigdy nie zaznało głodu.