Выбрать главу

Być może dane dotyczące człowieka z Roty będą bardzo wyrywkowe i niekompletne. Może centralny komputer poda nam tylko datę urodzenia albo dzień, kiedy jego nazwisko po raz pierwszy pojawiło się na liście zastrzeżonych numerów telefonicznych. Może dowiemy się nazwy banku, w którym ma swoje konto. Te wyrywkowe informacje w zupełności wystarczą, by punkt dowodzenia GRU niezwłocznie skierował kilka szyfrówek tam, gdzie można zdobyć coś więcej na jego temat. Jakiś chart być może odszuka rodziców, kolegów ze szkolnej ławy, miasto rodzinne, zdjęcie. Więc kiedy spotkamy się w niewielkim hoteliku nad brzegiem górskiego jeziora, będę wiedział o tobie, człowieku z Roty, znacznie więcej, niż sądzisz. Do zobaczenia, drogi przyjacielu. A propos, dla większej wygody masz już swój numer: 713. W pełnym brzmieniu — 173-W-41-713. Odtąd każdy wtajemniczony wie od razu, że pracuje z tobą czterdziesty pierwszy oficer operacyjny wiedeńskiej rezydentury dyplomatycznej GRU.

III

Czas pędzi jak oszalały. Znowu dzień i noc zmieszały się w białoczarnym wirze: tranzyt z Libanu; nawiązanie łączności z grupą zwerbowanych ostatnio w RPA; pośredni kontakt z jakimś nieznanym „przyjacielem”; ubezpieczanie „nielegalnych”; tranzyt do Irlandii. Nawigator i Pierwszy Zastępca zabraniają mi tracić czas na głupstwa, jednak co chwila wyskakuje jakieś ubezpieczanie wyższej wagi: a to „nielegalnych”, a to ubezpieczanie masowe, kiedy wszyscy jak jeden maż ruszają w teren z zastępcami rezydenta włącznie. Bez wyjątków! Wszyscy do ubezpieczania! Skąd brać ludzi? Pójdziesz dwa razy w jedną noc! Tranzyt z Francji. Tranzyt z Hondurasu. Kręćka można dostać.

I nagle — stop! Wśród zapisanych gęstym maczkiem kartek mojego notesu niespodziewanie natykam się na zupełnie białą stronicę. Na niej tylko jedna notatka: „praca ż 713”. Ta biała strona nosi dzisiejszą datę! A ja jak głupi siedzę w swoim fotelu z głową napęczniałą od kolejnych tajnych spotkań i operacji.

Długo wpatruję się w lakoniczny zapis, biorę słuchawkę telefoniczną i nie wykręcając żadnych cyfr pytam:

— Towarzyszu generale, czy moglibyście poświęcić mi krótką chwilę?

— Nie możesz zaczekać do jutra?

— Już od dłuższego czasu zabiegam o rozmowę — zmyślam, wiedząc, że nie ma teraz czasu na sprawdzanie. — Dziś jest ostatni dzień.

— Jak to ostatni?

— Nawet nie ostatni, towarzyszu generale, ale pierwszy.

— O, cholera. Słuchaj, w tej chwili nie mogę. Przyjdź za pół godziny. Jeżeli zobaczysz kogoś w poczekalni, poślij w moim imieniu do diabła. Zrozumiałeś?

Zrozumiałem.

Przedstawiłem mu całą marszrutę, wszystkie sztuczki i chwyty, których zamierzałem użyć dla zatarcia śladów. Wyłożyłem też wszystko czego zdołałem się dowiedzieć o człowieku z Roty.

— No cóż, nienajgorzej. Powodzenia.

Wstał. Uścisnął mi dłoń. Po raz trzeci w ciągu czterech lat.

IV

Tłok na drogach, sezon turystyczny w pełni. Spieszę się. Liczę, że pod wieczór znajdę się w hotelu i jeszcze dziś wezmę się do roboty. Pięć godzin spędzam w samochodzie. Czasami ruch na szosie w ogóle staje, tworzą się gigantyczne zatory, ale gdy tylko się da, gnam przed siebie nie szczędząc silnika ani opon, wyprzedzam wszystkie pojazdy. Słońce już chyli się ku zachodowi, zjeżdżam na boczną, wąską drogę i nie zmniejszając prędkości pędzę naprzód. Zza zakrętu wyłania się biały Mercedes. Ostry zgrzyt hamulców, tumany kurzu — zniosło go na pobocze. Kierowca smaga mnie światłami po oczach, ogłusza klaksonem; kobieta na tylnym siedzeniu Mercedesa puka się palcem w czoło, pokazując, że jestem nienormalny. Wiem o tym bez pani, madonnę. Zakręt. Lekko muskam pedał hamulca, pisk opon, znosi mnie na przeciwny pas — i gaz do dechy, aż stopa oprze się o podłogę. Ręczę, że nie zapamiętali moich numerów, nie zdążyli nawet dojrzeć. Mocno trzymam kierownicę i nie wypuszczę jej, choćbym leciał w przepaść. Silnik wyje na wysokich obrotach, nie podobają mu się moje wybryki. Na pierwszym skrzyżowaniu odbijam w bok, na wąziutką leśną drogę. Długo wspinam się pod górę, a potem w dół, do górskiej kotliny. Nie korzystam z mapy, znam te okolice na pamięć, purpurowe słońce służy mi za punkt orientacyjny.

Do hotelu dotarłem o zmroku. Stoi nad brzegiem leśnego jeziorka u stóp łagodnego zbocza. Zimą na pewno wszystko mieni się tutaj kolorami narciarskich skafandrów. Teraz, latem — cisza i spokój. Z gór ciągnie chłodem, nad łąką ściele się wieczorna mgła. Nie mam czasu na podziwianie piękna przyrody. Idę do swojego pokoju, na drugie piętro. Nie mogę trafić kluczem do zamka. Trzeba wziąć się w karby. Otwieram drzwi, walizkę ciskam w kąt — i pod prysznic.

Czysty, wykąpany, wkładam świeży, wyprasowany garnitur, na szyję jaskrawą apaszkę, staję przed lustrem. Nie, nic z tego: oczy nalane ołowiem, wargi zaciśnięty — fatalnie. Wyraz twarzy powinien być pogodny, beztroski. O, już lepiej. Teraz na dół, powoli, niespiesznie. Patrzą na mnie ludzie i nikomu nie przyjdzie na myśl, jakie mam trudne, wypełnione ciągłą pracą życie bez niedziel i świąt, jaki mam za sobą wyczerpujący dzień. A przecież jeszcze nie fajrant — dopiero zaczynam.

Na sali orkiestra gra na całego. Kolorowe światła miotają się po ciemnych ścianach, po suficie, po rozbawionych twarzach tryskających energią ludzi. Naraz wyrywa się trąbka, przeraźliwym głosem zagłuszając kaskady dźwięków i zniewalający rytm wciąga roztańczony tłum.

Czuję w dłoni ostry chłód wilgotnego kryształu, unoszę roziskrzony kielich z przezroczystym palącym napojem i zasłaniając nim twarz wolno omiatam wzrokiem salę. Staram się opanować napięcie, kątem oka dostrzegam człowieka, który w zielonej glansowanej teczce figuruje pod numerem 713. Widziałem go przedtem tylko jeden raz, na malutkiej fotografii, ale teraz poznaję bezbłędnie. To on. Przykładam szkło do ust, pociągam alkohol, wolno odwracam twarz. On powoli podnosi na mnie wzrok. Nasze spojrzenia krzyżują się. Udając radosne zdziwienie macham mu ręką na powitanie. Zdumiony odwraca się za siebie — nikogo. Znów patrzy na mnie pytająco: — Do kogo machasz? — do ciebie, do ciebie, do kogóżby innego! — Rozsuwając tańczących, z kieliszkiem w dłoni przepycham się w jego kierunku.

— Jak się masz! Nigdy bym nie przypuszczał, że cię tu spotkam! Pamiętasz ten wspaniały wieczór w Vancouver?

— Nigdy w życiu nie byłem w Kanadzie.

— O, przepraszam — mówię speszony, wpatrując się w jego twarz. — Tak tu ciemno, a pan tak bardzo przypomina mojego znajomego… Proszę wybaczyć…

Znów przebijam się do baru. Ze dwadzieścia minut przyglądam się tańczącym. W moim życiu nigdy nie było czasu na tańce. Staram się teraz zapamiętać najbardziej charakterystyczne ruchy. Kiedy przyjemne ciepło rozlewa się po całym ciele, wstępuję na parkiet, a tłum życzliwie się rozstępuje. Tańczę długo. Stopniowo moje ruchy nabierają właściwej giętkości i swobody. A może tylko mi się tak zdaje. W każdym razie nikt nie zwraca na mnie uwagi. Rozbawiony tłum przyjmuje wszystkich i wybacza wszystkim.

Nie wiem nawet, kiedy odszedł. Opuściłem bar późną nocą jako jeden z ostatnich…

V

Rankiem dźwięk budzika wyrywa mnie ze snu. Długo leżę z twarzą wtuloną w poduszkę. Męczy mnie chroniczne niewyspanie. Pięć godzin to stanowczo za mało jak na wielomiesięczne zaległości.

Wreszcie zmuszam się do wstania. Kwadrans katuję się forsowną gimnastyką, potem lodowaty prysznic, po nim gorący i znów lodowaty, i znów prawie wrzący. Kto regularnie stosuje tę procedurę, wygląda o 15 lat młodziej. Dziś muszę mieć rześki i wesoły wygląd.