Выбрать главу

Raptem przestaje się śmiać.

— Naprawdę jesteś Rosjaninem?

— Naprawdę.

— Jesteś szpiegiem?

— Szpiegiem.

— Przyszedłeś mnie zwerbować?

— Jak najbardziej.

— Wiesz o mnie wszystko?

— Wszystkiego nie wiem. Tylko co nieco. Długo milczy.

— Nasze spotkanie zostało sfilmowane i będziesz mnie teraz szantażować?

— Nasze spotkanie zostało sfilmowane, ale nie mam zamiaru cię szantażować. Być może to się kłóci z kanonem powieści szpiegowskiej, ale szantaż nigdy nie przynosił pożądanych wyników i dlatego nie stosujemy szantażu. Przynajmniej moja instytucja.

— Jesteś z KGB?

— Nie, jestem z GRU.

— Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

— Tym lepiej.

— Słuchaj, Rusku, składałem przysięgę, że nigdy nie przekażę żadnych informacji obcym mocarstwom.

— Nie musisz nikomu przekazywać żadnych sekretów.

— No więc, czego się po mnie spodziewasz? — Najwyraźniej nigdy w życiu nie spotkał żywego szpiega i rozmowa ze mną bardzo go ciekawi.

— Napiszesz książkę.

— O czym?

— O okrętach podwodnych z bazy Rota.

— Wiesz, że jestem z tej bazy?

— Przecież werbuję właśnie ciebie, a nie tych przy sąsiednim stoliku.

Znowu wybuchamy śmiechem.

— Mam wrażenie, że oglądam film sensacyjny.

— Zawsze ma się takie wrażenie. Ja też nigdy nie przypuszczałem, że trafię do wywiadu.

— Słuchaj, Rusku, zaczekaj. Dobra, powiedzmy, że napiszę książkę. I co dalej?

— Opublikuję ją w Związku Radzieckim.

— Milionowy nakład?

— Nie. Tylko 43 egzemplarze.

— To niewiele.

— Płacimy po 17.000 dolarów za każdy egzemplarz. Kontraktu nie podpisujemy. 10% z góry. Reszta po otrzymaniu rękopisu, pod warunkiem, ma się rozumieć, że porusza zagadnienia interesujące naszych czytelników. Potem książkę można będzie wydać po angielsku. Jeżeli pewne szczegóły okażą się nieciekawe dla zachodniego czytelnika, to w wersji amerykańskiej można będzie je pominąć. Nie ma więc żadnego przekazywania tajemnic. Jest wyłącznie wolność druku. Ludzie piszą nie tylko o okrętach podwodnych, piszą na znacznie straszniejsze tematy i nikt ich za to nie sądzi.

— Im wszystkim również płacicie?

— Niektórym.

Uregulowałem rachunek i poszedłem spać.

Rozdział 14

I

C'udowne, niezapomniane chwile powrotu z samodzielnego werbunku do betonowych rodzimych kazamatów.

Tygodniową nieobecność zauważyli wszyscy bez wyjątku, cała zgraja. Kiedy oficer operacyjny znika na trzy dni, wiadomo, że był przy ubezpieczaniu. Ale ponad tydzień? Gdzie się podziewał? Nie ulega wątpliwości: werbunek.

Idę korytarzem. Cała nasza brać szpiegowska rozstępuje się, milkną rozmowy. Zaciskam wargi, żeby nie pokazywać, jak mnie radość rozpiera. Nie wolno cieszyć się przed spotkaniem z dowódcą. To uchodzi za nieprzyzwoitość.

Oni też szanują tradycję. Żaden nie wyrwie się z niedyskretnym pytaniem, nikt się nie roześmieje, nie pogratuluje. Pierwszeństwo należy do Nawigatora. Nikt, oczywiście, nie ma pojęcia, za co mi się gratulacje należą, ale każdy czuje szóstym zmysłem, że coś tam być musi, że to dzień mojego triumfu.

Jak przyjemnie, że nie ma w nich zawiści, a tylko zrozumienie, szacunek, radość. I duma. Dumni są ze mnie i z całej naszej bandy: widzisz, Witia, idziesz po czerwonym dywanie prosto do generalskiego gabinetu i cieszymy się, że ci się udało. Tak samo stąpaliśmy po tym dywanie, a jeżeli dopiero nas to czeka, z pewnością będziemy jak ty — dumni i opanowani.

Drzwi gabinetu otwierają się przede mną, sarn Nawigator wychodzi mi na spotkanie. Bez zbędnych ceregieli przepuszcza mnie przodem: — Wejdź, proszę, Wiktorze Andriejewiczu. — Na pozór nic specjalnego, ale ten zwrot w jego ustach brzmi doprawdy niezwykle. W zapadłej ciszy ktoś z wrażenia westchnął głęboko, aż dowódca zatrzymał się w drzwiach, obejrzał się i wybuchnął śmiechem.

A za nim cała banda.

Regulamin GRU kategorycznie zabrania informowania oficerów o pracy ich kolegów, o ich sukcesach czy niepowodzeniach. Nawigatorzy ściśle przestrzegają zasady, że każdy powinien wiedzieć tylko tyle, ile jest niezbędne do wykonywania pełnionej funkcji. Nie więcej. Jak w takim razie podtrzymywać stale ducha współzawodnictwa wewnątrz tajnej organizacji? Dowódcy wynajdują różne chwyty, pozwalające obejść sztywny regulamin i zademonstrować całej zgrai swoją sympatię do jednych i niezadowolenie z innych. Mają na to sposoby.

W moim przypadku Nawigator zastosował wariant prosty, ale pewny. Ledwie drzwi gabinetu zamknęły się za nami, korytarzem przedefilował szósty szyfrant w białych rękawiczkach z butelką szampana w srebrnym zapotniałym wiaderku.

Na widok wiaderka z lodem i nakrochmalonej serwetki rozległ się szmer aprobaty! Nieźle ojczulek wykombinował! A nasz Witia Suworow też złapał wiatr w żagle, patrzcie, na jakie wzbił się wyżyny. Ostro pruje! Młode charty z błyskiem w oku komentują mój nagły wzlot. Starzy doświadczeni wikingowie kiwają głowami. Wiedzą, jak trudna w życiu oficera operacyjnego jest chwila sukcesu. Poprzedza ją straszliwe napięcie, nadludzka koncentracja uwagi na każdym słowie, na każdym kroku, na każdym oddechu. Podczas werbunku wywiadowca natęża całą swoją wolę, swój charakter, całą posiadaną wiedzę, aby uderzyć w ofiarę, a równocześnie ani na moment nie traci z oka tego, co dzieje się wokół niego.

Sukces to nagłe odprężenie. Raptowne rozładowanie napięcia może się skończyć katastrofą, załamaniem, głęboką depresją, histerią, samobójstwem. Mądrzy wikingowie dobrze o tym wiedzą.

Nawigator też to wie, dlatego mimo zadowolenia stara się być surowy. Wytyka mi jakieś bzdurne niedopatrzenia, żeby tylko nie rozsadziło mnie z radości. A jak tu się nie cieszyć? Zgodził się. Zainkasował zaliczkę. Wziął spis zagadnień, które powinny znaleźć się w jego książce. Biorąc pieniądze dobrowolnie oddał się w nasze ręce. Niebawem wyda otrzymane 73.000 i zechce odebrać pozostałe. GRU wie z doświadczenia, że wielu ludzi postanawia wziąć 10-procentową zaliczkę i na tym skończyć. W rzeczywistości, gdy tylko poczują smak łatwych pieniędzy, nie związanych z dużym ryzykiem, robią rzetelnie co było ustalone i zgłaszają się po następne. Ta reguła nie zna wyjątków.

II

To dziwne, ale niedawny wyczyn mnie nie cieszy. Chyba rację mają ci, co mówią, że szczęściem jest tylko droga do sukcesu, szczęście się kończy, kiedy dopniesz celu. Spójrzcie na ludzi, którzy stanęli u szczytu sławy. Niewielu naprawdę wie, co to szczęście. Wśród obdartych, brudnych, wygłodzonych włóczęgów prędzej znajdziesz szczęśliwych, niż wśród gwiazd ekranu albo ministrów. Częściej zdarzają się samobójstwa wśród sław aniżeli wśród śmieciarzy.

Jest mi źle. Nie wiem, dlaczego. Jestem teraz gotowy na wszystko. Ciekawe, dlaczego nas nikt nie werbuje? Mógłby podejść do mnie, powiedzmy, amerykański dyplomata i rzucić: — Hej ty, chodź no tutaj, chcę cię zwerbować!

Zgodziłbym się natychmiast, nie żartuję. Znając zwyczaje GRU na pewno oniemiałby ze zdumienia. — Ty kretynie — zdumiałby się mój amerykański kolega — czy zdajesz sobie sprawę, na co się narażasz w razie wsypy? — W pełni — odpowiedziałbym radośnie. — No już, werbuj mnie wreszcie, przeklęty kapitalisto! Za darmo będę dla ciebie pracować, zapłatę od CIA możesz pakować do własnej kieszeni! Chcę po prostu ryzykować własną głową. Czyż nie upaja spacer po krawędzi przepaści? Czy nie wciąga igranie ze śmiercią? Są przecież na świecie szaleńcy, co ujeżdżają dzikie mustangi albo tańczą na arenie przed rozszalałym bykiem. Nie dla pieniędzy. Dla przyjemności.